anenka1988
17.07.10, 23:16
Witam,
Moi znajomi mają bardzo poważny problem. Otóż są w związku od trzech
lat. Jak w każdym związku mają wzloty i upadki, ale generalnie
kochają się i jedno na drugie zawsze może liczyć. Planują się pobrać
za kolejne trzy lata. Nie pytajcie dlaczego tak późno, bo trochę to
skomplikowana sprawa. Z grubsza chodzi o to, że ona musi najpierw
skończyć studia medyczne, aby móc podjąć regularną pracę, by oboje
zarabiali (mówię o tym, bo wiem, że niektórzy tutaj lubią dzielić
włos na czworo i szukać przyczyn problemów tam, gdzie ich nie ma).
Ale do rzeczy: otóż on choruje na dyschondroplazję. To taki
genetyczny rodzaj niedorozwoju kości, który sprawia, że jest bardzo
niskiego wzrostu i np. sprawia, że facet nie może przebywać pieszo
zbyt długich dystansów, zresztą w ubiegłych latach bardzo się
nacierpiał w szpitalach. Nie jest też do końca w pełni samodzielny,
ale bardzo się stara. Statystyki pokazują też, że ludzie z jego
schorzeniem rzadko dożywają szóstej dekady życia. Podziwiam go, bo
mimo tych przeciwności losu jest niezwykle pogodnym człowiekiem, a
do tego bardzo oczytanym, o dużych horyzontach myślowych i szerokich
zainteresowaniach. Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że gdyby nie
ta choroba, to cieszyłby się ogromnym powodzeniem wśród kobiet.
Niestety to schorzenie sprawia, że między moim znajomym, a jego
dziewczyną zaczyna narastać spór. Otóż on chce mieć dzieci i się
tego nie wstydzi. Jest przy tym w pełni świadomy, że istnieje 50%
ryzyka, że jego potomstwo będzie chore na to samo co on. Wiem, że z
tego powodu nawet niektórzy niepełnosprawni, którzy są z nim
zrzeszeni w stowarzyszeniu takich niskich osób, twierdzą, że jest
okropnym egoistą. On odpowiada, że gdyby rozpatrywał to w takich
kategoriach, to musiałby żałować, że się w ogóle urodził. Powtarza,
że z jego chorobą można żyć i lepsze jest takie życie, jak żadne.
Nieco egocentrycznie też dodaje, że skoro mamy o nim takie dobre
zdanie, to znaczy, że jego geny nie są wcale takie najgorsze.
Natomiast jego dziewczyna ma odmienne zdanie. Twierdzi, że w życiu
nie zgodzi się na świadome ryzyko spłodzenia chorego dziecka. Mówi,
że sobie na pewno nie poradzą, że chce móc pracować, a nie
koncentrować się na trudnej sytuacji w domu. Powtarza, że ona już
teraz ledwo sobie daje radę żyjąc z chorym chłopakiem, któremu
trzeba czasem pomagać w różnych czynnościach. Ostatnio pytałam ją
czy jest świadoma tego, że gdy on umrze, to będzie mieć ok. 50 lat i
żadnych szans na swe późniejsze naturalne macierzyństwo (bo adopcję
też wyklucza w każdym przypadku). Rozpłakała się i powiedziała, że
mimo wszystko nie chce mieć chorych dzieci.
Chłopak zapewne przystanie na stanowisko swej partnerki, bo zawsze
jej zdanie stawia na pierwszym miejscu, ale czy będą szczęśliwi?
I co wy byście zrobili na ich miejscu? Czy jest tu pole do jakiegoś
kompromisu?