trudny-przeciwnik
27.07.10, 12:55
Mam pytanie o ocenę sytuacji następującej. Otóż mam przyjaciela ze studiów. On
studiował to, ja tamto. Obaj rozjechaliśmy się po Polsce. On pracuje na jednym
uniwerku, ja na drugim. Ponieważ jego uczelnia znajduje się w moim rodzinnym
mieście, przyjeżdżam tam niekiedy. Raz na miesiąc- dwa. Wtedy spotykamy się
gadając o sprawach nowych i dawnych.
Żona mojego przyjaciela, to dziewczyna, z którą go poznałem, mało, z która
zeswatałem. O planach mojego małżeństwa powiedzieli mi na moim weselu. Z tą
dziewczyną kolegowałem się i ja i moja żona. Nigdy nie było żadnych problemów,
choć nie łączyło nas nic oprócz koleżeństwa.
Teraz oboje są już po ślubie lat kilka. Od pewnego czasu pojawił się problem.
Mianowicie, mam wrażenie, graniczące z pewnością, że Ela nie pozwala spotykać
się ze mną swojemu mężowi. On zaś jest skazany na podwójną lojalność Chce
utrzymywać ze mną kontakt, lubi ze mną gadać i dobrze (ze wzajemnością) czuje
się w moim towarzystwie, ale jest pod presją. Nie powiedział mi o tym wprost,
ale dał do zrozumienia. Mam wyrzuty sumienia telefonując do niego i
zapraszając go na kolację.
Dodam, że te spotkania nie są częste, raz na dwa miesiące. Siedzimy kilka
godzin, pijemy butelkę wina, rzadko dwie i wracamy grzecznie do siebie. Nie
gadamy o dziewczętach, ani nie obgadujemy żon. Jasne, Ela musi wtedy położyć
dzieci spać, zając się domem. Ale mój przyjaciel tylko wyjątkowo gdzieś
wychodzi sam, to raczej domator. Zresztą podobnie jak ja. Problem jest, że tak
powiem, rozwojowy. Narasta. Moja żona twierdzi, żeby olać fochy Eli, i
rzeczywiście to robię, ale szkoda mi kumpla. Siedzi ze mną, je Zepeliny,
popija, rozmawia, ale myślą jest w domu przy żonie, która będzie mu robić
wymówki. Czy naprawdę my nie możemy mieć kogoś do pogadania oprócz żony?