pierwszakawa
28.01.13, 07:25
jak w temacie. jesteśmy 4 miesiące po ślubie, wcześniej mąż był bardzo spokojnym człowiekiem, mogłam mu wszystko wytłumaczyć, spokojnie przyjmował moje prośby, nawet krytykę.po ślubie sprowadzliliśmy się do polski (wcześniej mieszkaliśmy za granicą, to jego pierwsza zima w polsce i ciężko ją znosi). zaczął pracować w mojej branży, wiem, że to dla niego trudne, więc staram się go wspierać, mówię mu, jaka jestem z niego dumna, pomagam jeśli ma kłopoty, ale staram się nie traktować jak dziecko i ograniczać udzielanie porad (walczę ze sobą, bo jestem typem mamuśki:). Ostatnio (kilka tygodni) ma ciężki okres - trudności w pracy, kłopoty innej materii - i wyżywa się na mnie. przykład: w piątek przyszedł zły bo klient go zdenerwował (klienta nagrałam ja, więc pretensje do mnie) i poszedł spać w ubraniu. cierpię na częste infekcje skóry i muszę dbać o czystość pościeli, ale machnęłam ręką. jak wstał, to go poprosiłam spokojnie, żeby nie kładł się do łóżka w spodniach, bo mi to szkodzi. no i się zaczęło - naskoczył na mnie, że to nic takiego i czemu tak się czepiam tych spodni, że chcę mu wmówić, że choruję z jego winy itd. akurat robiłam pranie, więc zdjęłam tę pościel i zmieniłam na nową, to jeszcze usłyszałam, że robię to ostentacyjnie i nie mam powodu być dla niego taka nieprzyjemna. próbowałam wyjaśniać, że to nie z jego winy, tylko podróżował w tych spodniach, a autobusami jeżdżą bezdomni i inni ludzie nie dbający o higienę, a ja znów jestem na antybiotyku, ale tylko pogorszyłam sprawę, po słowie: "bezdomni" przestał słuchać, odwrócił się tyłem i nie rozmawiał ze mną cały wieczór. następnego dnia wściekł się na coś innego, ale oberwało się mi. powiedział, że widział fajną ofertę pracy w arabii saudyjskiej, więc mówię, że skoro fajną, to możemy tam pojechać, czemu niei zaczęłam głosno myśleć, jak to zorganizować. a on napadł na mnie, że dopiero co zaczęliśmy razem pracować, a ja chcę wszystko rzucać i jechać do arabii. powiedziałam, że nie chcę rozmawiać w taki sposób, niech ochłonie i pomysli, co chce mi powiedzieć, porozmawiamy potem. wyszłam do koleżanki i wróciłam 2 h później, to mi się dostało, że wychodzę w trakcie rozmowy. następnego dnia w drodze do moich rodziców powiedziałam mu, że w autobusie jest gorąco, może niech zdejmie szalik i się rozepnie, bo potem zmarznie (jak mówiłam, to jego pierwsza zima tu i nie zawsze wie jak się ubrać, często pyta mnie o radę w tej sprawie). on na to, że po co. no to mu tłumaczę, że gorąco, a na dworze zimno, że się pochoruje, a przeciez i tak jest przeziębiony itd. i znów awantura - podniesionym głosem mówił, że w takim razie czemu inni mają na sobie szaliki, że po co w ogóle wychodzimy, skoro to takie niebezpieczne a poza tym przecież nawet jak się pochoruje to nie umrze od tego więc niech mu dam spokój. wiedząc, że nie pohamuję jego złości przestałam mówić cokolwiek, a jak wysiedliśmy, to on mówi, że wraca do domu, bo teraz jest przeze mnie w złym humorze i nie chce w tym stanie iść do teściów. musiałam go prosić i płakać, żeby się uspokoił, ale nie chciał dać za wygraną i ciągle twierdzi, że wina jest po mojej stronie. już nie mogę, staram się go rozumiec, ale takie dziecinne akcje z jego strony mnie wykańczają, próbuję mu szybko wybaczać i zapominać, ale to był najgorszy weekend od dawna i już mi ręce opadły:/ jakieś porady?