mazi27
12.08.04, 13:33
Wrócilam z pielgrzymki dzis rano. Dzwie ostatnie noce zarwane calkiem ale i
tak nie chce mi sie spac. Na szlaku troche sie uspokoilam, umocnilam i
dostalam duza dawke nadzieji ze bedzie (kiedys) lepiej w moim zyciu. Modlilam
sie za nasze malzenstwo ile sil i wiary, powierzylam to Bogu. I wrocilam rano
do mieszkania. Pierwsza proba rozmowy i znowu nóż w serce. On mnie tak
strasznie nienawidzi. Nie chce rozmawiac i odpowiadac na moje pytania, a
przeciez mam prawo znac odpowiedzi. Mam prawo wiedziec dlaczego mnie wyrzuca
jak zuzyta rzecz. Obwinia mnie o wszystko, cale zlo. WIem na poczatku
malzenstwa zrobilam paskudna rzecz, rzucialam obraczka w czasie klotni. Czasu
nie cofne, moge tylko zalowac. Klocilismy jak inni. Decyzje ktore podjelismy
wspolnie on uwaza za moje. Oskarza mnie o rozpad. Wiem co robilam zle. Ale
czy mozna znienaiwdzic kogos za to ze kocha wlasnych rodzicow? Za to ze
jestem sowa i dlugo "urzeduje" i chociaz w sobote chce dluzej pospac. Za to
ze lubie podrozowac i ziwedzac a on nie? Za to ze plakalam kiedy jego matka
mnie ponizala? Za to ze lubie kwiaty i bylo ich duzo w naszym mieszkaniu? On
uwaza ze takie rzeczy wplywaly na nasze niepowodzenie. Byc moze ale on ze mna
nie chcial nigdy rozmawiac o tym co czuje, nie moglam nic wyciagnac z niego.
On tylko obserwowal (jak sam powiedzial). Ocenial mnie. A sam w sobie widzial
tylko to ze jest w porzadku i co zlego to nie on.
Moj spokoj runal. Nie wiem jak do niego dotrzec. Jest agresywny. Chce mi
pomoc poszukac mieszkania w innym miescie (blizej moich rodzinnych stron) i
to jak najszybciej. I wszystko zrobic cichaczem nawet nie mowiac do widzenia
moim rodzicom (a zawsze mowil ze byli wymarzonymi tesciami). I mowi ze jak mu
nie dam rozwodu to zobacze. "Powiedzial mam tego dosc i to koncze" a
slubowanie ze na dobre i zle jest dla niego bez znaczenia. Rzecz sie zuzyla i
trzeba ja wyrzucic i zdobyc nowa.
Co dziwne we mnie nie ma zlosci, nienawisci i zlych wspomnien. Nagle gdzies
sie zapodzialy i jest smutek i bol. Nie wiem co dalej. Nie wiem czy siedziec
i czekac na cud czy pojechac za kilka dni (bo daleko) do rodzicow i im
powiedziec? Czy mam szanse zeby nie dopuscic do rozwodu, tzn. do tego zeby go
nie dostal? Czy moge jakos wywalczyc cos ala alimenty (ile potrwa szukanie
pracy w obcym miescie), on ma duzo pieniaedzy ale mamy rozdzielnosc
majatkowa. Boze pomoz, bo nie dam rady sama. Poradzcie gdzie sie zwrocic?