elisif
16.02.14, 19:09
Witajcie. Nie wiem od czego zacząć. Chyba wkopałam się w coś niemożliwego do rozwiązania. To będzie długi post.
Mieliśmy z facetem naprawdę cholernie trudny czas, ale myślałam, że stajemy na nogi. Już, już wszystko miało się wyprostować. Chciał ze mną zamieszkać, mieć ze mną dziecko. Trochę zbladłam, bo nie bardzo wyobrażam sobie siebie jako matkę, sama czuję się gówniarą, ale z nim jakoś mnie to nie przerażało tak jak wcześniej, nawet miałam kilka takich uroczo dziewczyńskich dni, gdy chichocząc pod nosem oglądałam w necie wózki i chusty. Już prawie wszystko było dobrze, te konfliktogenne czynniki odchodziły na dalszy plan, pojawiło się światełko w tunelu dla nas obojga i wtedy właśnie przyszedł do mnie jakiś oddalony i powiedział, że już nie wie czy mnie kocha. I że się wypaliło. Pożegnał się ze mną i podziękował mi za spędzony razem czas. I poszedł, i mnie zostawił. Z dnia na dzień.
Wgniotło mnie to w ziemię tak, że zabrakło mi siły na cokolwiek. Nie mogłam oddychać, nie mogłam sobie znaleźć miejsca, godzinami tłukłam się po pustym mieszkaniu i ryczałam. Nie spałam w nocy, jechałam na prochach uspokajających, bo bez nich nie byłam w stanie wyjść z domu. Ryczałam w sklepie i na ulicy, było mi głupio. Byłamz tym wszystkim sama, bo nie chciałam opowiadać przyjaciółkom, nie chciałam słuchać głodnych kawałków, że wszystko będzie super. Nie umiałam myśleć, że cokolwiek będzie super. Któregoś wieczoru napisałam do niego, że nie wytrzymuję, że sobie nie radzę. Nie przejął się, odpisał coś tak absurdalnego, że odebrało mi to resztki nadziei i dało poczucie, że tkwię w czymś niezdrowym i dziwnym.
Następnego dnia po tych smsach spotkałam się z nim, rozmawialiśmy kilka godzin, to znaczy ja na przemian płakałam, wrzeszczałam i wściekałam się, dlaczego nie daje mi szansy, a on głównie milczał albo podawał mi tak absurdalne powody, dla których już ze mną nie jest, że miałam wrażenie, że ze mnie kpi. Czułam się tak bezsilna jak nigdy dotąd, chociaż nie był to pierwszy raz, w którym czułam się przy nim bezsilna. Na pytanie, co do mnie czuje, odpowiadał, że nie wie.
Jakoś przy okazji wygadał się, że miał długą rozmowę z ex. Wiem, że wobec niej był w stanie zdobyć się na szczerość. Zazdrościłam jej i nadal zazdroszczę, że ona dostawała jego szczerość i empatię z automatu, a ja musiałam błagać, czekać, w naszej relacji jego szczerość była ekskluzywnym towarem. Napomknął mi, że jego ex zwierza się gdzieś na jakimś tematycznym forum.
Potem spotkaliśmy się jeszcze raz, przywiózł mi późnym wieczorem kwiaty na walentynki, siedziałam jak głupia z tymi kwiatami i płakałam, bo nie wiedziałam, czy przyniósł je z litości, czy z innego powodu, a on oczywiście milczał i nie robił nic, co by wskazywało, że jestem dla niego kimś więcej niż byłą, do której nadal czuje sympatię i pociąg fizyczny (zwłaszcza pociąg fizyczny, powiedział mi wprost, że liczył, że zostanie na noc i będziemy się kochać, tylko coś mu wypadło). Nie padła żadna deklaracja tycząca się uczuć, nic się nie wyjaśniło, po prostu "czuł potrzebę". I świetnie się bawił, bo byłam wcięta i uważał, że to urocze, a ja po prostu próbowałam się znieczulić i za nic nie było mi do śmiechu. Czułam się potraktowana jak idiotka, jak taki pozbawiony refleksji materac. Byłam szczęśliwa że przyjechał, ale ulżyło mi, kiedy wyszedł pół godziny później. Nie wiedziałam, co mam czuć i na co mogę sobie pozwolić, i czy mam pieprznąć tymi kwiatami przez okno, czy z pietyzmem wstawić je w wazon. Ostatecznie wstawiłam je w ten wazon.
Uznałam jego ex za ostatnią deskę ratunku. Znalazłam to forum, jej posty, znalazłam to, co o nim pisze i to, co jej mówił po naszym rozstaniu. I mnie zatkało. Powiedział jej, że mnie kocha i ani trochę nie przestał kochać, że jestem dla niego kimś wyjątkowym, kimś, przy kim czuje się idealnie, że sama moja obecność sprawia, że jest szczęśliwy, że te problemy, które nas rozdzieliły, tak naprawdę nie stanowią dla niego przeszkody. W pierwszym odruchu miałam ochotę skakać ze szczęścia. W drugim uświadomiłam sobie to cholerne "ale". Nie powiedział tego mnie. To było tak inne od tego, co mi przedstawił, że nie umiem znaleźć w tym sensu. Patrzył, jak mnie skręca z bólu i strachu, i nic nie powiedział. Pozwolił mi wierzyć że staję się mu obojętna, i nic nie powiedział. Odechciało mi się dosłownie żyć jak odszedł, straciłam grunt pod nogami, a to wszystko było jakąś pieprzoną szopką, która nie wiem co miała na celu. Nie wiem, czy to był jakiś test, czy cokolwiek. Nie wiem, do czego to miało prowadzić. Nie wiem, jak można coś takiego zrobić komuś, kogo się kocha. Rozpieprzył mi wszystko w kawałki, świadomie. Poczułam się tak nieziemsko zraniona, że nie umiem za bardzo tego opisać. Patrzył, jak się sypię, jak ryczę, nie wiem po jaką cholerę. W życiu bym nikomu tego nie zrobiła, a zwłaszcza jemu. Nie jestem święta, ale nie wyobrażam sobie, żeby z kimś tak pogrywać.
Wczoraj przyjechał jakby nigdy nic, na kolację i wino, z nadzieją wspólnej nocy i bez żadnej deklaracji słownej, bez żadnych wątpliwości, jak gdyby ten wątek fajnej zabawy snuł się dalej mimo jego odejścia i jak gdyby moja akceptacja była oczywista. Zaproponowałam spanie na osobnych łóżkach (przecież się rozstaliśmy), zaczął się zbierać do domu. Poczułam się dotknięta do żywego i powiedziałam mu, że czytałam jej posty. Że wiem o wszystkim. Wściekł się, wściekł się strasznie. Skreślił mnie od razu. Nie było żadnego momentu zastanowienia, żadnej próby zrozumienia, dlaczego to robiłam, tylko oskarżenia, że go sprawdzam, jakbym nakryła go na czymś złym. W ogóle nie chciał mnie słuchać. Tak, kocha mnie, nie powiedział mi o tym BO NIE, nie obchodziły go moje reakcje BO NIE, poza tym nic miedzy nami nie będzie, bo ośmieliłam się to przeczytać. Przez cały nasz związek nie tknęłam jego telefonu, nie zajrzałam mu na maila, na komunikatory, nigdzie, mimo że mogłabym bez problemu, ale wychodziłam z założenia, że jeśli to zrobię, to to przekreśli całe zaufanie, jakie próbujemy między sobą zbudować, a bez chociaż szczątkowego zaufania nasza relacja nie ma racji bytu. Żeby było śmieszniej, on faktycznie przez jakiś czas spotykał się za moimi plecami z inną dziewczyną, co prawda tylko na kawę, ale ukrywał to przede mną, nie wiem po co, skoro to była tylko niewinna kawa. Nie miałam o niczym pojęcia, sam się przyznał, czułam się oszukana i straciłam zaufanie, ale wybaczyłam i nie kontrolowałam go później, próbowałam wierzyć na słowo, chociaż podejrzliwość i niepokój zostały mi do dzisiaj.
Nie szukałam tych postów, żeby go "sprawdzać". Szukałam ich, żeby chociaż trochę rozjaśnić sobie tę pieprzoną huśtawkę. Nie interesuje mnie życie uczuciowe jego ex ani ich rozmowy i nie zamierzam tego więcej tknąć. Ma prawo do prywatności. Czułam niesmak, czytając to. Przeleciałam te posty po łebkach.
Nie wiem, co się ze mną stało. Byłam taka niezależna, taka pewna siebie, nie potrzebowałam nikogo, żeby czuć się spełnioną. Od pół roku - odkąd pojawiły sie konflikty - żyję na nieustannej huśtawce. Wiem, że jest w tym sporo mojej winy, ale nie potrafię sobie poradzić ze swoją metamorfozą w tę cholerną kałużę nieszczęścia. Nie wiem, czy mogę połączyć bycie dawną sobą i bycie z nim, nie wiem, czy on nie potrzebuje właśnie takiej oddanej wyznawczyni, a we mnie coś pękło, już nie mogę dłużej bezkrytycznie go czcić, nie po tym chorym cyrku, jaki mi zafundował. Dla mnie to kompletny brak szacunku do moich uczuć i jest to mniej wybaczalne, niż gdyby mnie zdradził. Nie wiem, czy w ogóle możemy ze sobą być, kim bym nie była. I wiem, że nie chcę nigdy więcej być tym, kim byłam przez ostatnie miesiące. Chcę z powrotem dawną siebie. I chcę, żeby szanował moje uczucia, ale to chyba niemożliwe. Nie wiem już.
I nie bardzo wiem, co mam na celu, pisząc tutaj. Chyba potrzebuję, żeby ktoś pomógł mi zrozumieć to, co dzieje się wokół mnie. Bliskim nie powiem, wstydzę się. Udaję przed nimi, że żyję w jaimś cukierkowym raju z księciem z bajki. Trudno mi mówić o słabościach.