pfajfka
24.05.14, 12:22
Musze to napisac, bo wybuchne...
Od pol roku mieszkamy razem, w lutym sie zareczylismy. Po prawie czterech latach podchodow dojrzelismy oboje do tego zwiazku i postawilismy wszystko na jedna karte. Ja wyprowadzilam sie z mojego miasta, zostawilam wszystko za soba, przyjaciol, moje mieszkanie, znalazlam nowa prace, wierzylam, ze tym razem sie nam uda. Postanowilismy, ze najwyzszy czas na dziecko, nie chcielismy dlugo czekac. Na poczatku kwietnia dowiedzielismy sie, ze jestem w ciazy, cieszylismy sie jak dzieci, poinformowalismy kilku najblizszych przyjaciol, rodzicow... Ciaza od samego poczatku dawala mi w kosc, bylam strasznie zmeczona, zaczelo mi nieustannie piszczec w uchu, ale radosc z dziecka pozwalala mi zapomniec o wszystkich dolegliwosciach. Dlugo nie bylo mi dane sie cieszyc. W szostym tygodniu zaczelam plamic, szpital, badanie, stwierdzenie ciazy, mialam sie zglosic jakbym zaczela plamic zywa krwia i do domu. Tydzien pozniej sie stalo, obudzilam sie w nocy z silnymi bolami, krwawilam... Znowu szpital, lyzeczkowanie tego samego dnia. Moj sie tego dnia bardzo troszczyl, wprawdzie musial na czas operacji pojechac na chwile do pracy, ale kiedy mnie przebudzono byl juz przy mnie i nie odstepowal na krok, glaskal po glowie, uspokajal. Tydzien zwolnienia... Pisk w uszach nie minal, chodze po lekarzach, faszeruja mnie lekami, ale nic nie pomaga, jestem bardzo spieta, byc moze to od stresu, nie wiem... No i tesciowa... Wygadalam sie, ze moj sie podczas pobytu w szpitalu bardzo troszczyl... Zero reakcji, wygladalo to jakbym ja tym dotknela... Ona miala juz od dluzszego czasu planowyna operacje biodra. Od poczatku bylo jasne, ze bedziemy musieli jej pomoc, nie mialam nic przeciwko, rodzina powinna sie wspierac.. Tesc "musial" wyjechac, maja w Polsce dom i trzeba sie nim po zimie zajac, a przeciez my jestesmy, wiec tesciowa nie zostala sama. Nie do konca to zrozumialam, bo przeciez dom i nieskoszona trawa moga w takiej sytuacji poczekac, ale ok. Operacja poszla dobrze, moj pracuje z domu, wiec moze sam ustalac sobie czas pracy i odwiedzal ja w szpitalu codziennie, a i ja tam w ciagu tygodnia bylam 3 razy. Mamy ciazki okres, duzo stresu w pracy, stracona ciaza, wiecznie psujacy sie samochod, duze koszta, a jego interes w ostatnich tygodniach idzie tak sobie, co sprawia dodatkowy stres. Tesciowa bedac w szpitalu co chwile wymyslala nowe powody, dlaczego on musi przyjechac poraz drugi w ciagu dnia. Ona decydowala, kiedy mamy ja odwiedzac, musielismy nasza prace dostosowac do jej zachcianek, raz wolala wieczorem, to znowu rano, plus co chwile zmiana planow. Nic nie mowilam, myslalam sobie, ze to jest krotki okres i kiedy pojedzie na rehabilitacje, bedziemy znowu miec troszke czasu dla siebie i naszych spraw. Klinika rehabilitacyjna jest godzine drogi od nas, w moim bylym miejscu zamieszkania, tam jeszcze mieszka moja mama, ktora zaproponowala, ze nas odciazy i ja bedzie odwiedzac i w razie czego jej cos podrzuci. No wiec tesciowa twierdzi, ze wszystko ma, a kiedy nam sie wydaje ze mozemy sobie juz odpoczac, dzwoni i wymaga, zeby moj natychmiast przyjechal i jej cos tam przywiozl i twierdzi, ze to kategorycznie nie moze poczekac. I to nie chodzi, o jakies wazne rzeczy. Raz sa to jakies tam spodnie, innym razem szampon, kiedy indziej owoce (pomijajac fakt, ze w klinice mozna wiekszosc rzeczy kupic...) Moj wstaje i jedzie. Obojetne czy ja mam obiad na stole, czy akurat mamy gosci, czy zaplanowalismy wspolny wieczor, czy on jest po szyje zawalony papierkami. On bez dyskusji, jakby to bylo cos najnormalniejszym na swiecie, wstaje zaklada buty i zostawia mnie z opadnieta szczeka i jedzie godzine tam, godzine spowrotem, zeby zawiesc jej szampon, po ktory ona moze pofatygowac sie 5 minut do kiosku. Od tygodnia jest nie do zycia, wiecznie w drodze, zestresowany, nieogolony, niedospany, ciagle jemy fast food, bo juz na nic nie ma czasu, pare dni temu powiedzial mi, ze on juz sobie nie wyobraza miec teraz dziecka, wolalabym, zeby mi dal w twarz. Wczoraj wybuchlam, zrobilam mu awanture, ze skacze na kazde zawolanie, zamiast powiedziec mamie, zeby wyluzowala. On sie boi, ze ona sie obrazi i ma poczucie obowiazku, bo mama go potrzebuje, na tym koniec dyskusji. Ja go tez potrzebuje, ale to ma moj najwyrazniej gdzies. Trzasnelam drzwiami wyszlam z domu na spacer, zeby ochlonac, bo i ja potrafie dowalic, kiedy juz nie wytrzymuje. Kiedy wrocilam, wynioslam mu bez slowa koldre na kanape, od tego czasu jest cisza...
Nie wiem, co mam o tym juz myslec. Nienawidze jego matki, za jej postepowanie, z drugiej strony wiem, ze bez sensu jest z nia walczyc. Nie moge wybaczyc mojemu, ze tak szybko zapomnial o naszym dzidziusiu, tak jakby go nigdy nie bylo. Ja musze sobie sama radzic z moim bolem i ze wszystkimi komplikacjami po ciazy, on skacze wokol swojej mamusi. Zastanawiam sie, czy w ogole jest sens starac sie dalej o ten zwiazek, jezeli juz na poczatku nie mozemy sie dogadac i ja musze konkurowac z jego matka... Czuje sie pozostawiona samej sobie...