doda1983
24.08.04, 23:12
Wybaczcie, ale muszę się komuś wygadać, bo od południa chodzę i ryczę...
Wszystko zaczęło się gdy postanowiłam zadzwonić do mojego faceta, który jest
aktualnie w USA, wyjechał na 3 mies. To drugi taki wyjazd, był też w zeszłym
roku. Obchodzi dziś imieniny - dzwoniłam z życzeniami. Jest tam półtora
miesiąca, zostało jeszcze drugie tyle. Na początku dzwonił przynajmniej raz w
tygodniu, rzadziej wysyłał maile (nie ma stałego dostępu do netu). po
miesiącu wszystko się zmieniło. 15-ego sierpnia miałam urodziny - dostałam
przez kuriera kosz z kwiatami, a w nim 21 róż. Ale nie zadzwonił...
tłumaczył, że był na wycieczce nad Niagarą i nie miał jak. Zadzwonił 2 dni
póżniej, nasza rozmowa trwała 3 minuty - tym razem spieszył się do pracy. Od
wyjazdu nie dostałam od niego listu ani kartki - tłumaczy, że nie może się
zebrać i nie ma kiedy wysłać. A w zeszłym roku miał kiedy! W niedzielę
dzwonił do mnie do domu, byłam na jednodniowym wyjeździe, powiedział mamie,
że zadzwoni do mnie na komórkę, nie dzwonił... no i dziś ten nieszczęsny
telefon... Myślałam, że zrobię mu niespodziankę, że się ucieszy jak mnie
usłyszy... Pierwsza reakcja to wielkie zdziwienie, że dzwonię. Potem
powiedział, żebym nie traciła sobie karty (takiej na rozmowy telef), bo on m
o ż e zadzwoni w tym tygodniu. Rozpłakałam się (napewno to słyszał) i
powiedziałam, że chyba niepotrzebnie dzwonie. Nasz rozmowa wyglądała jakby
tylko czekał, aż się skończy, długa chwila ciszy bez słowa, zdołałam tylko
powiedzieć cześć i rozłączyłam się. nie wiem co się dzieje... kocham go
bardzo, nie wiem co się zaczyna psuć? Jemu bardzo się podoba w USA chciałby
tam kiedyś pojechać na stałe, ja nie wyobrażam tam sobie życia.
Musiałam to komuś napisać i wyrzucić z siebie... co o tym myślicie? Dziękuję
za słowa otuchy, bo bardzo mi ciężko
Doda