ally28
13.01.05, 15:39
Witam wszystkich, którzy zechcieli przeczytać mój post!
Czytam to i inne fora od dłuższego czasu. Z jednej strony zdaję sobie sprawę,
że moje problemy są niczym w porównaniu z przemocą czy zdradą w małżeństwie,
jednak tak strasznie mi to dokucza....
Jestem mężatką od ponad dwóch lat. Z moim obecnym mężem poznaliśmy się przez
ogłoszenie. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej nie z
mojej strony. Miałam wiele zastrzeżeń do jego wizerunku. Broda, wąsy, ciągle
rozwiane i nie przystrzyżone włosy, niby czysty, ale niechlujny sposób
ubierania (przetarte spodnie, swetry, które wyszły już z mody...). No ale
wszystko jakoś dopracowałam. Kosztowło mnie to nie mało nerwów ale w końcu
miałam chłopa prawie jak ta lala!
Nie wiem co, ale coś mnie do niego ciągnęło. Pewnie ten wyjątkowy sposób w
jaki mnie traktował. Widziałam jak strasznie pracuje nad tym, żebyśmy byli
razem, stara się organizować czas,żeby do naszego związku nie wdarła się
nuda. Śmiać mi się chce jak przeglądam jego kalendarz z roku 2002, gdzie
zapisywał sobie możliwości, dokąd może mnie zabrać, co pokazać i tak dalej.
Po około miesiącu znajomości zabrał mnie do Łazienek i oświadczył mi się. Po
3 miesiącach naszej znajomości zamieszkaliśmy razem. Początki nie były może
najłatwiejsze, pojawiały się sprzeczki o to czy owo, ale to głównie ja
krzyczałam a on spuszczał głowę i nawet jeśli z mojej winy nie rozmawialiśmy
po takiej kłótni, on zawsze pierwszy wyciągał do mnie rękę, zawsze wychodził
z inicjatywą, aby się pogodzić.
Po 10 miesiącach naszej znajomości pobraliśmy się, a 13 miesięcy po naszym
ślubie urodził się nasz synek Grzesio.
Niby szczęśliwa historia................
Teraz jakoś wszystko się dwróciło. Nie ma prawie dnia, żebyśmy się nie
kłócili. Te awantury doprowadzają mnie do szału. Boję się wracać z pracy do
domu, bo nie wiem o co dzisiaj pójdzie.
Coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy dobrze, że za niego wyszłam.
Gdyby ktoś popatrzył z boku powiedziałby pewnie: "A czego ta dziewczyna chce?
Mąż nie pali, nie pije ( no lubi sobie strzelić piwko czy dwa co wieczór, co
również wyprowadza mnie z równowagi!!!bo to chyba najprostrza droga do
nałogu!!No ale on mówi, że mam się cieszyć, bo nie szlaja się nigdzie z
kolegami, nie łazi po knajpach, a że strzeli sobie piwko w domu, to co to
takiego????), pomaga w domu, robi zakupy..."
Z jednej strony to prawda, mógłby trafić się taki, który by pił i
bił...Chociaż może szkoda że on nie jest taki bo przynajmniej na 100 %
wiedziałabym, że powinnam odejść, a tak to w tym tkwię... (Boże czy ja
bredzę???)
Marek rzeczywiście pomaga mi trochę w domu, rzadko myję naczynia czy robię
zakupy. Teraz nawet zajmuje się małym (on pracuje w systemie zmianowym, a ja
normalnie, więc gdy on akurat nie pracuje, to rano nie obchodzi mnie dziecko,
bo on wszystko załatwi). Tylko że jego praca polega na podaniu Grzesiowi
mleka, ubraniu go i zawiezieniu samochodem do swoich rodziców (bo oni zajmują
się małym pod naszą nieobecność). No i co to za robota? Ale ile się czasami
nagada! Jak małego rano ubiera to jest caaaaaaaały aż spocony! A ja to nic
przy dziecku nie robię, bo przecież wracam codziennie o 17:30 do domu. Ale
mam dobrze, bo nie muszę gotować obiadów, bo on je u mamusi i Grzesio też.
Więc na co narzekam. Zapomniał chyba jednak mój kochany mąż, kto kąpie i
usypia codziennie małego, kto i ile razy wstaje do niego w nocy, po czym
wstaje o 5:30 i pędzi do pracy w której co, leży????????????Do furii mnie
doprowadzają stwierdzenia że do obowiązków żony należy robienie mężowi
kanapek do pracy, do obowiązków żony należy robienie obiadów, do obowiązków
żony należy karmienie dziecka i zajmowanie się nim, bo przecież jestem
matką!!!!!!!!
Nie mogę już tego słuchać!
A do tego Marek to jedynak i to chory synek, chorej mamusi!
Synek ma 40 lat ale mamusia codziennie dzwoni i pyta jak się synek czuje. Jak
synek wybiera siię samochodem w dłuższą podróż powiedzmy 150-200 km, synka
komórka co chwilę dzwoni, bo mamusia martwi się czy się jeszcze nie zabił...
Synek słucha mamusi we wszystkim i bardzo często powtarza jej słowa (nie wiem
skąd to wiem, ale zawze wiem czy wypowiada swoje zdnie, czy powtarza to co
powiedziała do niego 3 godziny temu mamusia, to też doprowadza nie do
szaleństwa).
U mamusi synek ma wszystko podetknięte pod nos, nie musi nic robi, bo rodzice
choć wiekowi, koło siedemdziesiątki wszystko zrobią za synysia. Ostatnio
tatuś nawet synusiowi pomarańczki obierał....
A mamusia jest dodatkowo emerytowym pediatrą, co to leczył wieki temu ale
synuś mówi, że ona wszystko wie najlepiej. Mówię Wam jakie ona ma metody
wychowawcze! W wieku 10 miesięcy chciała zacząć podawać Grzesiowi mleko
krowie, bo w proszku jest sztuczne w kiedyś karmiło się tylko krowim.
Myślałam że zwariuję gdy dowiedziałam się że dawała małemu
(sześciomiesięcznemu!!!) po łyżeczce czerwonego wina, ponieważ pobudza
organizm do produkowania czerwonych krwinek!!!!Gdy tymczasem Grzesio nigdy
nie miał anemii i zawsze dobrze się rozwijał. Teraz ostatnio wyszło że nie
mamy pozwalać małemu (14 miesięcznemu) tak biegać bo nadwyręży
sobie ....serce! Przy okazji najmniejszego uczulenia dziecko jest smarowane
maściami (maśćmi - nie wiem jak się pisze) ze sterydami. I ja nic nie mogę
powiedzieć, bo mamusia wie najlkepiej, nie mogę pojechać z dzieckiem do
okulisty z ropiejącymi oczkami, ani do ortopedy na wizytę kontrolną, bo
przecież mamusia jest lekarzem i ona wie najlepiej i nie będziemy podważać
jej wiedzy lekarskiej! A wiecie jakie mausia kupiła dziecku kapciuszki?
Ciepłe zakopiańskie z kożuszkiem wokół o 4-5 numerów za duże bo mniejszych
nie mieli, no i oczywiście nie słyszała o butach z usztywnianą piętką!!!
Kiedyś próbowałam delikatnie powiedzić, żeby może nie dawała Grzesiowi tego
wina, bo jest za malutki a z tym mlekiem też może poczekajmy z 3-4 miesiące
aż podrośnie. Użyłam dokładnie takich słów. Wiecie jaki była
awantura??????????? Teściowie nie odzywali się do mnie z pół roku! A mąż,
nie będąc świadkiem też awantury, po wysłuchaniu wersji z obu stron stanął po
stronie......mamusi!
Kłótnie w naszym małżeństwie zaczęły się pewnego lata. Przyjechał do nas na
leczenia mój młodszy brat. Miał być 3 tygodnie, 2 rzay dziennie chodził na
zabiegi. Ja byłam wtedy w ciąży. Mieszkamy co prawda w kawalerce, którą mój
mąż dostał po babci, ale Karol spał na podłodze i niczym mi nie przeszkadzał.
Za to Marek wciąż miał jakieś wątki, a to że telewizji słucha za głośno, a to
że jego materac trzeszczy. No i po tygodniu jego wizyty u nas Marek zadzwonił
do niego z pracy i poprosił żeby pojechał na wekend do domu. Karol już
wcześniej mówil mi że na weekend wyjeżdża, ale ja przekonałam go żeby został,
po co ma wydawać pieniądze na przejazd. Prosiłam też marka żeby nie dzwonił
do Karola, bo ja go znam lepiej i wiem jak zareaguje. No ale ten zadzwonił. I
było tak jak przeczuwałam. Awantura na całego. Karol poczuł się urażony )
zresztą wcale się mu nie dziwię) i więcej już do nas nie przyjechał. A
mieszka z moimi rodzicami, gdzie Marek zawsze jest serdecznie przyjmowany. Ja
przyżyłam to strasznie a do tego byłam w ciąży. Kochany małżonek nie mógł
zaoszczędzić stresu ciężarnej żonie. W kłótniach niby mimochodem ale padły
słowa, że w końcu on jest w naszym mieszkaniu głównym lokatorem...No tak, a
ja co, służąca??????Do sprzątania i gotowania? I jeszcze do dawania......bo
takie myśli też mnie czasem nachodzą...
No i podobna sytuacja była tego lata. Marek w ogóle nie dopuścił do tego żeby
Karol do nas przyjechał. Nękał go tylko smsami (gdy tamten leżał w szpitalu)
że nasze mieszkanie jest za małe na gości, szczególnie teraz gdy jest dziecko
i on mu szuka hotelu.
Awanturowaliśmy się z Markiem strasznie tego lata! On uważał, że przyczyną
naszych kłótni jest mój brat, więc nawet kiedy Karol był na lecze