papaja123
28.02.05, 01:01
Moj problem moze sie wydac blachy, ale mnie ostatnio juz zaczyna przerastac.
Od 2 lat jestem z chlopakiem starszym ode mnie. Wlasciwie od poczatku byl to
zwiazek na odleglosc, na poczatku nie byla oa duza, mielismy bardzo realne
plany na przyszlosc, bylam zakochana i bardzo wierzylam w to ze uda nam sie
byc razem.
Z czasem odleglosc znacznie sie powiekszyla, ze wzgledow ekonomicznych, oboje
nie mamy pracy.
Na poczatku wszystko bylo ok, wiedzialam i wierzylam ze ta sytuacja minie i w
koncu wszystko sie ulozy, ze ta odleglosc to stan przejsciowy, ja szukalam
pracy, on tez, ale widzialam ze zaczal sie zniechecac do tego. Czasem bylo mi
naprawde bardzo ciezko, mamy kontakt wirtualny, smsy, telefon, internet, ale
to nie wystarcza...
Na poczatku bylo naprawde ok, pomimo odleglosci bylam bardzo zakochana,
zfascynowana, nie widzialam swiata poza nim. Z czasem sytuacja zaczela mnie
troche meczyc, no i zrobilam glupia rzecz, przez ktora prawie sie
rozstalismy. Nie zdradzilam go w doslownym znaczeniu tego slowa, ale chyba
bylo dosc blisko. Ja znudzona troche sytuacja, dalam sie zwiesc watpliwemu
urokowi kogos innego, przez kogo kiedys tam mialam juz problemy. Na szczescie
(teraz tak mysle) w pore sie o tym dowiedzial moj chlopak bo pewnie potem juz
nic nie byloby do uratowania.. Bylo ciezko, ale w koncu pogodzilismy sie, ja
ciagle bardzo zaluje tego co sie stalo, chociaz nic sie nie dzieje bez
przyczyny, ale to glownie ja zawinilam. To zdarzylo sie po 1.5 roku bycia
razem - wciaz na odleglosc.
Chociaz pogodzilismy sie, obiecalismy sobie ze bedzie lepiej od tamtego czasu
jakos wszystko idzie nie tak jak powinno. Nie ma z jego strony zadnego
wypominania ani nic z tych rzeczy - jestem za to wdzieczna. Ale jakos nic nie
jest tak, jak powinno. Coraz czesciej sie klocimy, o glupoty, blahostki, ja
jestem coraz bardziej drazliwa, powoli zaczynam miec wszystkiego dosc. Do
tego doszly problemy natury finansowej, on ma spore zobowiazania finansowe,
nie ma pracy, ale jakos szczegolnie nie kwapi sie zeby cos w tym kierunku
zmieniac - takie mam wrazenie..
Zaczynams ie zastanawiac czy to wszystko ma jakikolwiek sens, w koncu - ile
mozna zyc ciagle na cos czekajac..? Bardzo go kocham, wiem ze on tez mnie
kocha, ale widze ze to chyba powoli dobiega konca, i z jeszcze wiekszym
smutkiem widze ze mi powoli przetaje chyba na tym zalezec. Przerazaja mnie
problemy ktore ma, nie wiedzialam o nich od samego poczatku, nie umiem chyba
sobie z tym poradzic, wiem ze on w srodku tez sie martwi, ale troche przeraza
mnie taka ogolna beztroska (ja tak to widze). Facet, ktory ma 25 lat ciagle
bez pracy z ogromnym dlugiem i brak jakichs widokow na wspolna przyszlosc,
nie wiem juz sama czy ta wspolna przyszlosc chcialby dzielic ze mna.
Ja juz naprawde jestem tym zmeczona.. nie wiem ile jeszcze dam rade
obojetnieje i widze to, a z drugiej strony boje sie tego ze mialabym byc
sama, bez niego. Podswiadomie czekam az stanie sie cos i nie bede musiala
podejmowac takiej decyzji, zeby to sie skonczylo, ale bardzo sie tego boje -
takie 2 strony zupelnie inne.
Coraz czesciej wkurzaja mnie jego rozne zachowania, nie chce mi sie tlumaczyc
roznych rzeczy bo to nie przynosi zadnych rezultatow, a jesi przynosi to na
krotko i potem znow jest to samo..
Czuje sie tym wszystkim przytloczona, nie wiem co mam robic..
Mecze sie, nie wie czy on wie o moich obawach, pewnie nie, choc rozmawiamy o
nich , ostatnio jakos rzadziej, ale chyba nie wie ze jest tego az tyle.
Zle mi jest tak jak jest teraz, a na zmiany.. przestaje mi sie chciec,
przestaje mi powoli zalezec...