moleksiak1
05.06.05, 18:48
chciałam jeszcze dodać, że całych pięciu lat nie da się opisać w dwóch
zdaniach, że osoby które znają mnie od zawsze (nie znaczy to że użalają się
nad
moją sytuacją), rzeczywiście nie zazdroszczą mi, ale współczucie już mi nie
wystarcza. Potrzebuję konkretnej rady, ponieważ nie mogę już sie w tym
wszystkim odnaleźć.Teściowa rozwaliła już jeden związek, swojego młodszego
syna.Wtrącała się we wszystko (wiem to bo przez dwa lata mieszkałam u teściów)
i
widziałam co się tam dzieje. I ponieważ była tak pochłonięta ratowaniem
swojego
synusia, że na początku nie dawała się tak bardzo nam we znaki. Cała
rozgrywka
zaczęła się toczyć, jak poprosiłam ją o pomoc. Wtedy jeszcze nasza sytuacja
finansowa była nieciekawa, więc nie za bardzo mogłam wynająć kogoś do pomocy.
Wtedy i mąż zaczął mieć o to do niej żal, że mieszka 10 minut drogi od nas i
zawsze na wszystko i dla wszystkich znalazła czas, ale nie dla nas i wnucząt.
Potem zaczęły sie żale ona do nas, my do niej.Więc żeby zakończyć tą farsę
postanowiliśmy urwać kontakt.Nie dzwoniliśmy(a raczej mąż, bo ja w ogóle nie
dzwoniłam)nie spotykaliśmy się jak wcześniej. Wtedy to ona zaczęła dzwonić,
po
to żeby tylko zadzwonić, udac że się interesuje dziećmi, bo jak były w
szpitalu
to jakoś nie przejawiała zainteresowania żeby dzieci odwiedzić, tylko
najważniejsza było dla niej żeby mój mąż długo z nami tam nie siedział, zeby
odpoczął, bo do pracy musi iść, nawet nie było mowy żeby wziął urlop i był z
nami w tym szpitalu. Zresztą moim zdaniem, chodzi o to że najchętniej
teściowa
widziałaby to tak, żeby mąż odwiedzał ją z moimi dziećmi, a najchętniej jakby
nas zostawił i przeprowadził sie do mamusi, i tak jak u młodszego syna,
dostawał dzieci dwa razy w miesiącu i wszyscy byliby szczęśliwi.Tylko mój mąż
nie jest już mamusi synusiem tylko w przeciwieństwie do młodszego brata kocha
swoją żonę i dzieci i pragnie dla nich jak najlepiej, przy tym nie
zapominając
o matce i ojcu.dziękuję