smoczycawawelska
25.08.05, 12:05
Po niemal 10-letnich turbulencjach sercowych:miłości, zdrady, rozstania,
poznania,ect. w końcu udało mi się zakochać i myślałam, że z
wzajemnością.Teraz już nie wiem.Jesteśmy ze sobą 4 miesiące i...sinusioda.raz
na wozie (wielkim, tym na niebie!!:)))raz pod wozem-zmiażdzona,poturbowana,
ledwo żywa.Gdy jesteśmy ze sobą wszytsko pięknie, śmiejemy się,
rozmawiamy,dowiadujemy się o sobie cudownych rzeczy,chcemy siebie nawzajem
słuchać.Dbam o ten związek jak o żaden inny.Doświadczenie nauczyło mnie ile
można naniszczyć własną głupotą.Ale gdy stęskniona wykręcam numr telefonu,
chcąc usłyszeć coś miłego, zaraz żałuję:on ma tyle spraw na głowie, przed
chwilą się widzieliśmy itd.Natręt ze mnie to fakt(mieszkam sama więc pewnie
dlatego taka upierdliwa jestem),ale żeby tak od razu mówić:nie wiem co do
Ciebie czuje.Biegnę więc przerażona, wpadam mu w ramiona i słyszę:Kochanie,
przepraszam, nie chciałem, moja Malutka:))itd.i tak co drugi dzień:rzuca mnie
i wraca:ja umieram i zmartwychstaję.Nawet Chrystus by nie wytrzymał..;)