zagubiona75
26.11.05, 23:21
Czesc!
Pisze do was bo juz totalnie pogubilam sie w swoim zyciu i nie wiem jaka
wybrac droge :( Postaram sie krótko opisac sytuacje:
4 lata po slubie, 10 znajomosci
2-letnie dziecko
Mąż - oddany rodzinie, dziecku, mnie, pracuje, czasem zajmuje sie domem -
ogólnie dla wszystkich dobry facet. Ale ponadto: strasznie zazdrosny,
ograniczajacy kontakty ze znajomymi, wzbudzajacy ciagle poczucie winy ze
jestem zla matka, zona (bo np. gary w zlewie jak on wraca z pracy),
zapominajacy o moich kobiecych potrzebach adoracji, okazywania miłosci i
ciepła, i wlasciwie mialam ciagle poczucie ze ja jestem nic nie warta a on
jest TAAAAAki wspaniały. W tym wszystkim utwierdzali mnie dobitnie tesciowie,
ktorzy przy okazji decydowali o bardzo wielu sprawach naszego zycia. Maz do
konca nie "odłączył" sie od nich i tak zamieszkalismy blok obok nich i
wiekszosc wolnego czasu spedzalismy z nimi. Ja czułam że chyba przestaje
kochac męza. Cała ta sytuacja ciagnąca sie od kilku lat przytłaczała mnie.
Rozmowy nic nie dawaly - ja sie czepialam mowil.I w tej oto calej sytuacji
mojego kryzysu pojawil sie ktoś diametralnie rozny od mojego meza.... Znalam
go juz dluzszy czas ale nigdy nie pomyslalam ze miedzy nami mogłoby do czegos
dojsc! Ale od slowa do slowa opowiedzialam mu moja sytuacje, on opowiedzial
swoja. Poczulam ze moze byc moim przyjacielem i pewien czas tak bylo -
stalismy sie dobrymi przyjaciolmi. Ale we mnie zaczelo cos kielkowac i
poczulam ze z kazdym dniem bardziej i bardziej sie zakochuje.On we mnie
tez... Czulam troche jakbysmy byli swoimi połówkami, tak samo czulismy,
myslelismy, podchodzilismy do zycia... No i stalo sie to czego oboje
pragnelismy. Ja podjelam decyzje ze odejde od meza - powiedzialm mu jaka jest
sytuacja szczerze i otwarcie, że go nie kocham, że mam dosc takiego zycia i
ze kogos poznalam. Byly to dla wszystkich bardzo trudne momenty.
Wyprowadzilam sie z dzieckiem do mamy. Maz zaczal walczyc o mnie i o rodzine.
Twierdzil ze zmieni sie, ze rozumie co zrobil źle, ze zrobi wszystko zebym
wrócila. To wszystko to oprócz proszenia, kwiatów, długich szczerch rozmów to
niestety było tez uzycie siły, groźby, zastraszenie. Mialam straszne wahania,
patrzylam na swoje dziecko, na męza, na pogubiona siebie. Ta mieszanka żalu,
strachu o Niego, groźby ze mąz nie pozwoli nam byc razem, ze zrobi wszystko
zebym nie byla z nim szczesliwa, że odbierze mi dziecko a jednocześnie dobre
chwile które były,jego zapewnienia milości i zmian, nowego zycia, itp
zaowocowaly decyzja o powrocie. I mimo tego ze naprawde czuje ze kocham
tamtego mężczyzne podjełam decyzje ze spróbujemy. Widzac szczescie mojego
dziecka kiedy jestesmy razem nie moglam postanowic inaczej. A moze mogłam?
Moze powinnam? Czuje sie troche tak jakbym przegrała, jakbym sie poddala. Nie
umiem na razie zrezygnowac z tamtej przyjaźni bo nadal sie widujemy ale jako
faktycznie przyjaciele choc serca nas bola ogromnie :( On rozumie moja
sytuacje, czeka... Dał mi prawo decyzji, szanuje ja. Mój maz nigdy nie
szanowal. Nie wiem czy cos nam sie uda uratowac, jesli moje serce rwie w
inna strone. Czy mozna cos tworzyc bez milosci w imie dobra dziecka?
I nawet nie chodzi teraz o kwestie wyboru maz czy On ale o to czy ja nadal
moge byc z moim mężem??? jeśli nie kocham. Czy któraś z Was miala podobna
sytuacje? Co radzicie? :(