s.dominika
29.11.05, 10:49
Nie musicie tego czytać, ale po prostu odczuwam niesamowitą potrzebą przelać
to gdzieś, może więc niech będzie tu.Kolejna sprzeczka o nic. Ja podniosłam
głos, on podnióśł głos jeszcze bardziej, mi sie zrobiło smutno, bo to bez
sensu kłócić się o byle co. On nie chciał ustąpić, powiedział mi parę
niemiłych słów i trzasnął drzwiami.Pewnie wróci, ja go przeproszę, bo nie mam
siły się kłócić - nienawidze tego kłócenia, rujnuje mnie to od wewnątrz. I
potem bedzie super - jakby nic się nie stało, aż do następnego razu. I tak w
kółko - huśtawka nastrojów. Stałam się przez te sytuacje (na które nałozyły
się remont w mieszkaniu, zakup nowych rzeczy, które nie zawsze dziłają tak
jak byśmy chcieli)bardzo jakaś nerwowa. Łatwo mnie wyprowadzić z równowagi,
jak tylko się zdenerwuję - zaczyna boleć mnie brzuch. Jak próbuję o tym
rozmawiać, to on twierdzi, że to nie jego wina, że sama się wpędzam w taki
stan.Może i sama - już nie wiem.Do tego mam nerwową pracę i oczekiwałabym
trochę zrozumienia, ja rozumiem że jego praca tez jest nerwowa i staram się
go wspierać, jak ma zły humor. ALe on twierdzi,ze moja praca nie jest nerwowa
i problemy, które w niej mam powinnam rozwiązać stanowczo (w stylu pójść do
szefa i powiedzieć mu co o nim myślę i o tej całej firmie, za co on powienien
mi dać awans że mu otworzyłam oczy na pewne problemy)- co mnie jeszcze
dodatkowo wpędza w stan nerwowy, bo na nic się zdadzą moje tłumaczenia, że ja
tak nie umiem ,a po drugie przyniosłoby to efekt odwrotny od zamierzonego. No
i znowu powód do sprzeczki itd. Czasem czuję się z tym wszystkim jak
siłaczka. Może któraś z Was przeżywa podobne historie, to byłoby mi raźniej.