bambi00
11.12.05, 15:53
Postaram sie opisać krótko.
Jesteśmy razem od kilku lat, znamy sie ok 6. On starszy ode mnie kilka lat,
ma 27. On nie pracuje, dorabia tu i tam, od roku szuka pracy, mimo że ma
dobry zawód to brak doświadczenia i przede wszystkim papierów - zatrzymał sie
na etapie pisania pracy mgr. Ja pracuje na zlecenie na pół roku, studiuję
zaocznie, i każde zarobione pieniądze oddaję za długi (czesne), zarabiam ok
600 zł. W 2007 on ma dostać mieszkanie, małe bo małe ale będzie, niestety
musimy spłacić 1/3 jego wartości ok 60-80 tysięcy (z generalnym remontem,
ktorzy trzeba zrobić). Żadne z nas nie może wziąć kredytu, a spłacać mamy
zacząć już w połowie przyszłego roku. Możemy też zrezygnować z mieszkania i
sprzedać je wraz z długiem, ale wtedy każde z nas będzie mieszkało tak jak do
tej pory ze swoimi rodzicami (on tylko z mamą). Nie możemy wziąć ślubu
(którego oboje chcemy), bo nas nie stać, nawet na najskromniejszy, na
wypożyczenie sukienki, garnituru, na urządzenie obiadu dla świadków i
rodziców na nic - nie możemy też odłożyć, bo ja nie mam z czego, a on
wszystko przeznacza na tą spłate mieszkania. Moi rodzice nie mogą nam pomóc -
sami mają kredyty, jego mama również nie ma możliwości. Pomoc od dalszej
rodziny również odpada.
Dodatkowo ostatnio coraz rzadziej się widujemy, on tyra całe dnie zarabiając
grosze, a wszystkie ostatnie i najbliższe weekendy spędza pomagając kuzynowi
w remoncie domu. Ja co 2-3 weekendy mam zajęcia. Jeszcze prawdopodobnie nie
będziemy mogli mieć dzieci (konkretnie ja), On o tym wie, i ma nadzieje że
jednak będziemy mogli - nawet jeśli to nie sądzę aby było nas stać przez
najbliższe 10 lat. Wszystko powoli traci dla mnie sens, wiem że są ludzie w
gorszej sytuacji, zastanawiam się czy nie stawiam za wyosko poprzeczki, czy
nie narzekam bez powodu, ale już po prostu nie mam siły, problemy mnie
przerastają, już nie wierzę że się nam uda. Coraz cześciej widzę nas jako
parę 50-latków, każde z nich mieszka ze swoimi rodzicami i spotykamy się
kilka razy w tygodniu, chodzimy do kina, czy do parku, czyli zupełnie tak jak
teraz (z tym że teraz do kina chodzimy raz na miesiąc lub rzadziej). On
wierzy że będzie dobrze, że się ułoży, przekonuje mnie, a dla mnie życie już
dawno straciło barwy, nie widzę żadnych pozytywnych stron. W naszym związku
wieje nudą, zmęczeniem (nie sobą, ale pracą, problemami), każde z nas
najchętniej wraca do swojego domu, nie mamy dla siebie czasu, przestaliśmy o
siebie dbać, sprawy intymne też podupadły, a ja wiem że nie mogę od niego
wymagać za wiele, widzę jak ciężko pracuje i chce realizować marzenia, ale
już nie wierzę że się uda. Mam wrażenie że sama miłość tu nie wystarczy, bo
prędzej czy później bieda, wzajemne oskarżenia, wyliczanie z każdego grosza,
pretensje i obwinianie się nawzajem że jest źle popsuje nasz związek. Nie
umiem już myśleć pozytywnie, nie umiem cieszyć się z dribnych spraw. Musiałam
się gdzieś wyżalić, bo jedyna rada moich przyjaciółek to 'zostaw go i znajdź
jakiegoś bogatego' a dla mnie związek bez miłości nie istnieje, nie umiem być
wyrachowana, a może to moja wada, bo przestaję wierzyć w to że dzięki samej
miłości sa się zbudować szczęście :((
Przepraszam miało być krótko...