hanulka80
18.12.05, 12:59
Wiadomo, nic nie trwa wiecznie, choc milosc podobno moze... I zawsze
wierzylam, ze moj chlopak to bedzie ten jeden jedyny. Niestety, wykrecil mi
pare numerow, jego rodzina mnie traktuje dziwnie, a on nie ma nic przeciwko
temu. Nie czuje sie u nich dobrze, z nim tez juz nie. Zauwazylam, ze juz mi
nie sprawia radosci bycie z nim, ze widze coraz wiecej wad, ktorych nigdy nie
zaakceptuje (choc przez 5 lat sie staralam).
Ostatnio dotarlo do mnie, ze niewyobrazam sobie bycia jego zona i matka jego
dzieci i spedzenia z nim reszty zycia, bo ... umarlabym z nudow.
I stwierdzilam ze zdziwieniem, ze bardzo bym sie chciala znow zakochac. Nie
jest to sytuacja przejsciowa, naleze do tych osob, co jak juz raz sie zwiaza,
to na stale (tu sie okazuje ze jednak nie na stale ;)).
Powiedzcie mi doswiadczone kobiety, jak to jest? Jesli nie mam ochoty
przebywac w jego towarzystwie, jesli nudzi mnie, nie mam ochoty nawet sie
przytulic, irytuje mnie, itp. to znaczy, ze juz koniec? Ze czas dac sobie z
tym spokoj?
Wiem ze na takie rzeczy nie ma reguly, ale ja nie mam kompletnie
doswiadczenia. To byl moj pierwszy i jedyny chlopak, piec lat razem bylismy i
sporo nas laczy, tylko ze ja mam dosc.
Troche mi sie tez wydaje dziwne, ze mozna po takim bliskim zwiazku zapomniec
i stworzyc nowy szczesliwy, ale ja bym chyba chciala. Bo z nim juz nie moge
dluzej byc...
Pozdrawiam, Hania.