aluchelek
03.01.06, 15:49
Witam,
muszę jakoś wyrzucić z siebie moją historię. Nawet niespecjalnie proszę o
radę, może bardziej o opinie.
Poznalałam fajnego faceta, nie jest Polakiem. Studiowalismy razem, po jakimś
czasie zamieszkaliśmy razem. On tego nie uważał jednak za "związek", raczej
za uczucie, nakładające jednak pewne obowiązki (np. wierność). Dla mnie to
było dosyć zawiłe, bo z jednej strony miał rację, bo to było tylko
stypendium, potem wyjazd do naszych krajów. Z drugiej, no kurde, mieszkaliśmy
razem, razem robiliśmy zakupy, etc. Było mi czasem przykro, że nie traktuje
mnie wśród znajomych z akademika jako swojej dziewczyny, czasem mi porządnie
dołożył i w końcu go zdradziłam. Pomyślałam sobie, że ma za swoje, że mnie
bolało i teraz niech jego chociaż też raz zaboli.
W międzyczasie byliśmy u moich rodziców, razem pojechaliśmy do wspólnych
znajomych, etc. W końcu stypendium się skończyło i prawdę mówiąc, myślałam,
że nasz "związek" też. Gadaliśmy na skype, flirtowaliśmy, ale mi pękało
serce. On ciągle mówił, że "zobaczymy", że "może kiedyś".
Po miesiącu poznałam na imprezie pewnego faceta (tym razem w Polsce i jak na
ironię, Niemca), zaczęłam sie z nim spotykać i powiedziałam o tym
temu "pierwszemu" facetowi. W tym czasie "pierwszy facet" odwiedził mnie u
rodziców, szwendaliśmy sie po mieście, gadaliśmy, kochaliśmy się. Jak wrócił
do siebie, oszalał. Zaatakowała go nagle wielka miłość i pewnie troche
syndrom psa ogrodnika. Olałam go na początku, nie odpowiadałam na próby
kontaktu. Ale w końcu zmiękłam, zaczęliśmy gadać o tym co było między nami,
jak ja się czułam, z czego wynikła moja "zdrada": że czułam sie odrzucona, że
ja kochałam, etc, no jednym słowem powiedzieliśmy sobie WSZYSTKO. Pojechałam
do niego do Pragi na najcudowniejszy tydzień w życiu.
Układa sie super, przyjeżdza znów za dwa tygodnie a ja już piszczę z radości
(on też). W życiu sie z żadnym facetem tak nie dogadywałam, ma wspaniałe
poczucie humoru i ogólnie jest super :). Problem w tym, że czasem jakieś
czarne myśli mnie ogarniają: jak to będzie? CZasem pamiętam te wszystkie
kwasowe chwile. Ostatnio mój (już) facet mi powiedział, że myśli o mnie
bardzo poważnie, gadaliśmy o zaręczynach, etc. Ale on najpierw musi dokończyć
studia (pół roku), potem chce wyjechać, "zarobić" na start, ale wyjechać chce
sam. Ja mam w Polsce zajebistą pracę, dobrze zarabiam, mam mieszkanie...
Co myślicie o tej całej sytuacji? Bo ja sama czasem się gubię, czy pamiętać o
tym co było, czy raczej kochać z całej epy. Dodam, ze teraz układa sie między
nami bajecznie, nie ma kłótni, nieporozumień (no chyba że językowe), lubimy
bardzo nasze rodzinki, a seks jest odjazdowy.
Ech, związki międzynarodowe...
Ufff, wyrzuciłam to z siebie i już z tego powodu mi raźniej.
Pozdrawiam!