perra
12.01.06, 19:53
Przed 2 laty wyjechalismy na zachod, bo wg mojego meza mialo tu byc tylko
lepiej. Przez pierwszy rok moj maz probowal znalezc prace, ale to ta nie byla
ok, to do innej ze wzgledu na brak jezyka nie dostal sie. Gdyby nie moje
stypendium, nie mielibysmy za co oplacic mieszkania oplacic szkoly jezykowej.
Na poczatku mialam wrazenie ze tesciowa "odradzala" mu pojscie do mniej
ambitnej pracy, bo przeciez syn skonczyl studia.
Potem nie bylo wyjscia i jednak ten rodzaj pracy byl jedynym wyjsciem,
poniewaz moje styp.konczylo sie.W miedzy czasie tez uczylam sie jezyka, i
zaczelam sobie szukac pracy. Udalo sie pomimo sredniej znajomosci.W zawodzie,
ale niestety 300 km od "starego miejsca". Po kilku miesiacach zdecydowalismy
ze skoro moja praca jest w miare stabilna to moj P.taka mniej ambitna moze
znalezc w nowych okolicach. Przeprowadzil sie.Poszukiwania pracy zaczely sie
od nowa i historia zatoczyla kolo. Skoro ja mogla sobie znalezc prace w
zawodzie to dlaczego nie moj P.-przekonywali niektorzy z P.rodziny. Minol
rok, pelen stresu -bo nawet moja praca czasami byla nie ta, poniewaz musialam
zostac dluzej w pracy, albo wyjechac na delegacje, a moj P.musial sam zostac
w domu. Kurs jezykowy-hmm to nie dla P.bo on nie ma zdolnosci jezykowych.Po
roku jednak w rodzinie zle wygladalo ze ja nas utrzymuje, wiec moj
P.zdecydowal sie wyjechac ok.300 km "za praca".Znow mniej ambitna i znow
mielismy byc osobno. Zaczelam w tamtych okolicach szukac dla siebie pracy-
poniewaz nie wyobrazalam sobie zycia w weekendowym malzenstwie.Ale nie udaje
sie, poniewaz w tamtym miescie konkurencja jest znacznie wieksza, a po 2
latach nauki jezyka nie oszukuje sie ze moje perfekcyjnie i pracodawca ktory
nie potrzebuje polskiego zatrudni mnie a nie innego kandydata.Zaczelam wiec
szukac pracy w polsce,bo tam moj P.bez wiekszych problemow znalazby
normalna, "biurowa"prace. Pojawila sie dla mnie super propozycja. Za
pieniazki ktore na warunki polski sa wiecej niz ok.Ale znow sie pojawil
problem, ze miasto nie takie, ze polska to nic sie nie zamienila, ze on jak
wyjezdza to nie wraca sie, a jesli juz to domu.
Nie poznaje go.To nie ten sam,ambitny i dazacy do celow facet jakiego
poznalam i za jakiego wyszlam za maz.
Nie ukrywam tez ze zegar biologiczny tyka i P.tez chcialby miec baby juz, ale
po
1.ja bez bezpiecznej sytuacji finansowej nie chce decydowac sie na dziecko,
tylko aby miec je
2.nie chce byc w ciazy wsrod obcych mi ludzi, bez mojego P.-nigdy nie mozna
przewidziec co sie stanie.A mieszkam tu bez nikogo, bez rodziny itp.
3.ogolnie mieszkanie osobno i bycie malzenstwem weekendowym nigdy nie
odpowiadalo mi.
Dzis znow byla awantura, ze umowilam sie na rozmowe do polski.Ze jak chce
jechac to ok, ale on zostaje tu.
Zupelnie nie rozumiem, bo prace mialabym tylko na miejscu, bez delegacji.Po
przejsciu na umowe stala o prace moglibysmy starac sie o baby, a i moj
P.moglby znalezc sobie normalna, w zawodzie prace.
Co ja robie nie tak? dzis uslyszalam, ze jestem materialistka itp.
Czy to zle ze chce aby wszystko bylo wreszcie ok?ze chce abysmy mieli
wreszcie NORMALNA rodzine, mieszkali razem?
zaczynam sie gubic, czasami mam ochote rzucic prace przeniesc sie do niego,
postarac sie o baby.Ale znow bedzie nas tylko stac na oplacenie mieszkania.A
co z normalnym zyciem-bez wygod, zupene podstawy egzystencji-choc mojemu
P.marzy sie wyjazd na narty, moze urlop w lecie- gdzie nawet na rzeczy dla
maluszka nas nie bedzie stac z jego pensji.