Śmierć własnego ducha...

08.02.06, 10:44
Bywa właśnie tak.
Spotkanie, zauroczenie wielka miłość, szaleństwa, wizja nowego życia,
szczęście a potem dół.... ciemność, smutek, rozterki.
Spotkałam mego męża gdy był na życiowym zakręcie, nie miał pracy nie mniej
jednak wydawał się taki wspaniały, mądry romantyczny i w ogóle. Ja w wieku
wówczas 26 lat miałam stanowisko dyrektora ogólnopolskiej firmie handlowej
zatrudniającej 600 osób. Własny pokój sekretarkę itp. Nie mniej jednak praca
nie dawała mi oczekiwanej satysfakcji ponieważ jestem z wykształcenia
projektantem i cały czas marzyłam i nadal marze aby właśnie w tym się
spełniać choć należy to trudnych zadań. Mój przyszły małżonek bardzo mnie
cenił imponowałam mu jako silna wykształcona kobieta, feministka,
wegetarianka i ogólnie uważał mnie za oryginalną osobę. Poczułam się wówczas
bardzo silna. Rzuciłam swoją posadową prace i chciałam ruszyć na swoim. Nie
niemniej jednak jak to bywa życia płata nam figla, okazało się że jestem w
ciąży. Wtedy deklaracje wielka miłość, będzie wspaniale, było bajkowo. Potem
miałam zagrożoną ciąże i musiałam leżeć w łóżku. Mąż dostał prace, a ja całe
dnie byłam sama. Urodziło się dziecko, ja dalej coraz dłużej sama w domu.
Zaczęło się zwyczajne życie. Męża nie ma w domu bo zarabia na rodzinne. Mówię
mu iż jestem nieszczęśliwa iż nie pozwolę iż moje życie zamieniło się wielkie
usługiwanie, sprzątanie, pranie, martwienie się o dziecko, jego to nie
interesuje. Ja jestem ambitna i staram się robić swoje i ruszyć z tym czego
pragnę. Nie mam czasu na to wszystko a jak już się znajdzie to jestem
wykończona. Nie będę przecież siedzieć w zaniedbanym mieszkaniu i zaniedbywać
dziecka bo ono nie jest niczemu winne. Mąż już mnie nie szanuje, czuje się
jak śmieć i jakiś element jego wygodnego życia. Zaczął dobrze zarabiać
znajomi się odnaleźli, bo zaginęli gdy był sam bez perspektyw. Ja siedzę w
domu zapłakuje się i nienawidzę go kochając jeszcze jednocześnie. Ale jak
można kochać mężczyznę który nie docenia własnej kobiety, nie liczy się z jej
pracą traktując to jak jakąś fanaberie. A przecież bycie projektantem i
tworzenie czegoś wcale nie należy do prostych spraw, zawód mogą uprawiać
tylko nieliczni. Nie wiem jak będzie zemną bo cała sytuacja wyjada moją
psychikę.
    • marlena.k1 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 11:33
      Moze zbyt jest zapatrzony w swoje potrzeby?Powinnas postawic na swoim,nie
      wolno"karac sie" za to,ze ktos sie realizuje w zyciu a tobie nie wolno?Zawsze
      gdy masz natlok obowiazkow i czujesz ze nie dajesz sobie z tym rady,wez sobie
      jaks pomoc czy to przy dziecku,czy przy pracach domowych a sama zacznij
      realizowac sie zawodowo.Przestal cie szanowac,bo wczesniej to ty bylas
      ta "wyzej",a teraz gdy jemu cos sie udalo ,to zapomnial kim byl.W zwiazku
      powinien byc kompromis,a jesli jedna osoba nie jest w stanie na niego pojsc to
      po co ta druga ma stale na niego isc.Postaw na swoim a zobaczysz, ze wszystko
      sie ulozy,znow zacznie cie doceniac.
    • judith79 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 11:41
      co stoi na przeszkodzie cobys do pracy wrocila? maz zarabia dobrze, Ty jak sama
      napisalas bylas dyrektorem wiec ze znalezieniem posady problemow miec nie
      bedziesz... wezcie pania do sprzatania i opiekunke do dzieciecia i tyle.
      projektantem czego jestes?
      • pastoris1 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 11:51
        Ha!!! Nie jest tak łatwo.
        Do pracy nie wróce, bo nie mam do jakiej. Miałam w planach otworzenie własnego
        biura ale już nie mam za co. Na razie musze pracować w domu. Opiekunka była ale
        sie nie sprawdziła. Mimo tego że mąż dobrze zarabia to jednak nie mam tych
        pieniędzy. Sa na jego kącie on mi wydziela na zakupy raz na kilka dni 100 zł.
        Kładzie mi je na lodówce. Jak na zakupy to razem i wtedy on płaci. Nie mam już
        własnych pieniędzy oszczedności poszły od tak na życie gdy nie pracował. Nie
        będe go błagać o kasę. Zawsze byłam samowystarczalna już od liceum nigdy sie
        nie pytałam czy mogę, czy kupisz?
        Żyje wiec za to 100 zł aż mi sie skończą potem dostaje nastepne.
        To jest upakarzające gdy nie masz na zwykły tusz do rzes, czy też zastanawiasz
        sie czy kupić to lub tamto a on kupuje perfumy Christiana Diora.
        Zawsze chce mi sie plakać gdy ubiera sie w garnitur, plaszczyk i wklepuje te
        perfumy a ja znowu mam perspektywe domowej roboty jak ten kopcołuch.
        • jane_24 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 12:12
          to może zacznij od tego zeby poszukać najpierw pracy na etacie, masz przecież
          doświadczenie, byłaś dyrektorem, zarabiaj na tusz do rzęs i na perfumy dla
          siebie, na opiekunkę do dziecka ale nie dokładaj się do utrzymania domu bo w
          końcu to on się tym zajał, nie masz obowiązku siedzieć w domu szczególnie
          jezeli tak źle sie z tym czujesz. Czas uwierzyć siebie ale tak że to z Ciebie
          bierze sie siła a nie z kogoś. To w sobie musisz odnaleźć siłę, bo jak sama
          widzisz - gdy on Cie nie wspiera czujesz się jak śmieć.
          -
          chciałam dobrze a wyszło jak zwykle....
          Kociaki
    • 18_lipcowa Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 12:11
      Przykre to że jako tak wykształcona kobieta, mądra i na stanowisku byłaś tak
      głupia i naiwna i porzuciłaś swoje własne życie dla byle śmiecia,...
      • loorien Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 12:42
        Kochana, koniecznie musisz znaleźć pracę a dla dziecka opiekunkę. Uwierz że tak
        będzie najlepiej, nawet jeśli dziecko na tym trochę straci bo nie bedzie z
        mamą, na pewno mu to wynagrodzisz w czasie wolnym od pracy. Musisz wyjśc do
        ludzi, bo jak tak dalej pójdzie mąż Cię całkiem przestanie szanować i odejdzie
        do jakiejś która mu zaimponuje tak jak ty kiedyś. Nie czekaj na to, musisz byc
        niezależna
        • gogola2005 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 13:07
          może warto sie sprawdzić serwisy.gazeta.pl/czasopisma/0,71289.html
          • pastoris1 Re: Śmierć własnego ducha... 08.02.06, 13:21
            Dziekuje wam bardzo.
            To nie jest tak iż nie mam co robić i nie mówie tu o zwykłych domowych
            sprawach. Konkursy tak, czasem biore w nich udział nie mniej jednak sprawa
            konkursów takich zwykłych i krajowych to całkiem inny temat do rozmów. Jest już
            mi troszkę lepiej. Przemawia raczej przezemnie żal. Mam oferty pracy zagranicą
            w Polsce wiadomo jak to jest nie ma pracy dla wszystkich.
            Ja nie chce wiele, chce być szcześliwa myślałam iż z nim a tu takie
            rozczarowanie.
            Jak człowiek staje sie nieszcześliwy trudno mu być twórczym, znaleśc nowe
            myśli. Kreowanie wymaga wybicia sie z przyziemności i odpłyniecia w chmury, jak
            płynąc kiedy rzeczywistość trzyma Cie za nogi.
            Jak przekazywać innym radość jak samemu jest sie nieszcześliwym???
            W życiu nie chodzi tylko o to by zdobywać szturmem kolejne szczeble. Ja wiem iż
            ważna jest miłość i myślenie o tym.
            • 18_lipcowa Re: Śmierć własnego ducha... 09.02.06, 11:17

              > W życiu nie chodzi tylko o to by zdobywać szturmem kolejne szczeble. Ja wiem

              >
              > ważna jest miłość i myślenie o tym.

              no ale jakos szczęśliwa z tym nie jestes...
      • dunia77 Re: Śmierć własnego ducha... 09.02.06, 15:25
        Dlatego ja sadze, ze to po prostu kolejna prowokacja.
    • mislimuna Re: Śmierć własnego ducha... 09.02.06, 22:10
      Czy smierc ducha moze nastapic rowniez w odwrotnej sytuacji?? Tak przynajmniej czuje. Moj maz jest od dwoch lat bezrobotny. Ja nas utrzymuje i decyduje o wszystkim (zakupy, ubezpieczenia, rozne uslugi itp.) Haruje bardzo ciezko, czasem 7 dni w tygodniu. Praca dawalaby mi duzo wiecej satysfakcji, gdybym miala czas na odpoczynek.Oddalilam sie bardzo od meza. Zyjemy obok siebie. Moje zycie to przede wszystkim praca. Czysem tak sie wlasnie czuje, ze moja dusza umarla... ze kobiecosc we mnie umarla...
Pełna wersja