jagoda63
09.03.06, 14:12
Nie mam siły. Muszę obchodzić się z Nią jak ze śmierdzącym jajem, a i tak nic
nie pomaga.
Mam roczne dziecko. 11 miesięcy byłam w domu, miałam po drodze 2 operacje,
problemy w pracy, musiałam pracować w domu mimo zwolnienia chorobowego.
Poprosiłam moją Mamę o pomoc, bo musiałam wrócić do pracy. Ma 56 lat, chyba
przechodzi ciężką menopauzę. Jest nadwrażliwa, płacze z byle powodu, nie można
Jej zwrócić uwagi, bo zaraz się obraża i płacze, strasznie marudzi, narzeka od
rana do nocy, na wszystko po kolei, wszystko jest czarne, złe, brudne, marne,
do kitu i życie nie ma sensu... Nie potrafi się z niczego ucieszyć, nie sposób
Jej zadowolić, ma wieczne pretensje o wszystko. Chciałaby być należycie
traktowana, ale nie wiadomo co przez to rozumieć. Nie mieszka z nami, mieszka
u mojej babci i codziennie rano dojeżdża, ale nie chciała pomieszkać z nami w
te największe mrozy, czy nawet zimę, jakoś byśmy dali radę, mieszkanie jest
duże, miejsce znajdzie się dla każdego. Nie, Ona czułaby się skrępowana, poza
tym nie czuje się u nas dobrze, bo z Nią nie rozmawiamy, nie siadamy do
wspólnego obiadu, nie dyskutujemy, nie wprowadzamy Jej w nasze sprawy, nie
mówimy jak minął dzień i co się wydarzyło. A jak ma dojeżdżać, to też źle, bo
zimno i trzeba długo iść...Dojazd może nie jest najlepszy, ale to tylko 2
przesiadki, a jaka batalia była, żeby pojęła jak do nas trafić… i wieczne
przerywanie w środku zdania, bo Ona nie ma ochoty słuchać, bo nie będziemy Jej
tłumaczyć jak idiotce, ale potem nie rozumie…
Miała pretensje, że traktujemy Ją jak służbę, więc przestałam Ją o cokolwiek
prosić... Więc gotuję obiady jak wracam po pracy do domu, robię zakupy,
sprzątam itd. Ona i tak jest wiecznie przemęczona, przeżywa gehennę dzień po
dni, tak Ją życie męczy… Zrobiłam na Jej imieniny tiramisu, czekałam na M,
żebyśmy zjedli razem jak przyjdzie, bo znowu zarzuci mi , że jestem
nie-rodzinna. Pech chciał, że M zapomniał i nie przywiózł ze sobą kwiatów i
czekoladek, co gorsza zapomniał, że czekam na niego z tym ciastem… Mama się
obraziła, wyszła z płaczem. Jeszcze w drzwiach zdążyłam dać Jej prezent,
aromatyczną kawę…w drzwiach, bo za nic w świecie nie chciała zostać. Po paru
dniach okazało się, że kawa Jej nie smakuje.. Narzeka, że nie ma czasu wyjść
do miasta, bo cały czas siedzi z Małą… Przyszłam wczoraj wcześniej z pracy,
powiedziałam, że ma wolne, z dobrą myślą, że będzie mogła pojechać sobie do
miasta… Płakała cały wieczór i dziś od rana awantura, że traktuję Ją jak
śmiecia, że jak spełnił swój obowiązek, to niech spie...la…. Ręce mi opadają.
Ale w sumie, to chyba obraziła się o to, że nie zaproponowałam Jej, żeby u
mnie spała, bo mój M wyjechał. To prawda, nie zaproponowałam na wczoraj,
chciałam odpocząć, ale zaproponowałam na dzisiaj. Na dzisiaj to Ona już nie
chce + stek wyzwisk… Co chwilę słyszę tylko, że Ona w każdym momencie może
zebrać manatki i pojechać do domu, mieszka 500 km ode mnie, Tato został tam. I
taki szantaż na zawołanie. Wiecznie jest zestresowana atmosferą w naszym domu,
ale to Ona powinna się dostosować i jakoś spróbować się znaleźć w sytuacji,
wiadomo, że ludzie się czasami kłócą, ale dlaczego kogoś trzeciego ma to od
razu stresować… Mam wrażenie, że Mama chce doprowadzić do sytuacji, kiedy
żadna ze stron nie będzie już mogła ze sobą nawzajem wytrzymać i w kłótni się
pożegnamy, dodam, że nie stać nas na nianię, spłacamy ogromny kredyt. Nie
wiem, co robić. Nie chciałabym doprowadzić do takiej sytuacji. Staram się
jakoś ściągnąć tu Tatę, ale nie może przyjechać. Co robić??? Pomóżcie…
Pozdrawiam wszystkich