iminlove
18.05.06, 14:50
Hej.
Chyba musze sie komus wreszcie wyzalic, dlatego wylewam smutki tutaj. Bo chwilowo nie mam gdzie...
Jestem z moim facetem ponad 2,5 roku. Oboje studiujemy, ja w Poznaniu, on w Warszawie. Wlasnie konczymy drugi rok.
Problem polega na tym, ze mi to nie odpowiada. No bo trudno nazywac zwiazkiem kontakty raz na tydzien, od swieta. Wiem, ze spotykamy sie dosyc czesto jak na taka odleglosc, ale to nie to... Ostatnio na przyklad bylam chora, dorwala mnie jakas grypa i przez dwa dni nie moglam sie ruszyc z lozka, taka bylam slaba. Nie bylam w stanie pojsc sama do lazienki, robilo mi sie slabo jak tylko wstalam. Nie mowiac juz o zrobieniu sobie czegos do zjedzenia. To byl czwartek, on mial zajecia, wiec nie mogl przyjechac, stwierdzil, ze przyjedzie w piatek wieczorem... I zazwyczaj, kiedy bardzo potrzebuje pomocy, jest srodek tygodnia, wiec musze czekac kilka dni. Tylko, ze trudno sie czeka kilka dni, gdy jest sie na przyklad chorym, albo potrzebuje sie pomocy natychmiast.
Jest tez inna sprawa - oboje mamy po 21 lat i podczas gdy ja jestem dosyc samodzielna, on jest jeszcze pod duzym wplywem rodzicow (dodatkowo jest jedynakiem). Wiec czasem dochodzi do sytuacji, w ktorej ma wybor - przyjechac do mnie albo jechac do domu i jedzie do domu, bo 'dawno nie byl'.
Kiedy dwa lata temu zdawalismy na studia, moi rodzice wlasnie sie rozwodzili. Ojciec generalnie nie odzywal sie do mnie przez dwa lata i odstawial rozne szopki, co sprawilo, ze panicznie balam sie wyjechac na studia gdzies dalej, zeby w razie czego byc blisko rodziny, a poza tym balam sie, ze Mama nie bedzie w stanie utrzymac mnie w Warszawie. Do tego doszla depresja, w ktora wpadlam jeszcze w czwartej klasie (ktora - depresja - byla wynikiem stosunkow z ojcem i mojego bylego chlopaka, ktory straszyl mnie, ze sie powiesi przeze mnie...). Tak wiec na studia szlam nieco rozstrojona psychicznie. Ale moj chlopak marzyl o Warszawie i mimo, iz dostal sie do Poznania, wybral Warszawe. Rozumiem jego wybor, ale uczucia uczuciami i mialam (albo i ciagle mam) do niego o to zal. Bo to byl najtrudniejszy moment w moim zyciu a on mnie zostawil sama.
Teraz chce sie przeniesc do Warszawy, ale to wcale nie jest takie proste. Albo zdam od nowa (chociaz wcale nie jest powiedziane, ze sie dostane), ale bede miala dwa lata w plecy (ktore mozna nadrobic, chociaz to tez nie jest pewne), albo sie przeniose (raz juz probowalam - za duzo roznic programowych) i bede miala 3 tys zl w plecy (ktorych nie mam). Pytanie tylko, czy to ja nie musze poswiecic za duzo i czy warto poswiecac wszystko, skoro dwa lata temu on nie byl w stanie? Boje sie, ze sie nie uda, wtedy zostane w Poznaniu, a nie chce tak zyc kolejne trzy lata. Boje sie tez, ze sie uda i wyladuje w kompletnie obcym miejscu, bez znajomych z uczelni, sama. Bo on chyba ciagle woli mieszkac w akademiku. A pozniej okaze sie, ze to jednak nie to, ze nie odpowiada mi codziennosc z nim, ze jest calkowicie rozna od tej, ktora sobie wyobrazalam...
Co robic?