lidka756
05.07.06, 09:45
nie wiem czy to dobre miejsce, ale gdzieś się muszę wygadać, bo nie wytrzymam....
Jesteśmy 3 lata po ślubie, mamy dwójkę wspaniałych dzieci i zaczęło się coś psuć.
Teraz mamy "ciche dni" odzywamy się do siebie tylko kiedy naprawdę wymaga tego
sytuacja, a zaczęło się to mniej więcej tak - likwidują moją firmę, dla mnie
to nie jest komfortowa sytuacja i jak z mężem chciałam o tym pogadać, ale pan
mąż wolał oglądać mecz w telewizji i nie słuchał co do niego mówię, obraziłam
się czy raczej zacięłam i o pracy nie rozmawiamy, skoro go to nie interesuje.
W sobotę miałam po południu jechać na rozmowę o pracę(bo szukam nowej), ale w
ostatniej chwili poprosiłam żeby mnie zawiózł i co się okazało, że nie może bo
wypił z moim tatą po 2 drinki i jest problem - dlatego bez łaski pojechałam
sama. Po moim powrocie, dowiedziałam się, że mój szanowny małżonek postawił
wódeczkę akonto swoich imienin i opróżnili ja razem z moim tatą, poczułam się
jak córka sąsiada bo sama chętnie bym wypiła drinka, na odprężenie. Jak
powiedziałam co o tym myślę i że chyba nic dla niego nie znaczę, (bo nawet nie
raczył powiedzieć mi, że robi imieniny w biurze dla kolegów) to się obraził na
całego a mój kochany tatuś wyskoczył na mnie i powiedział, że w sobotę na
rozmowy w sprawie pracy jeżdżą tylko "cichodajki"(oczywiście mój mąż to
słyszał), wtedy jakby mi ktoś w twarz strzelił. No i tak trwamy od soboty.
Mężuś uniósł się honorem i do pracy jeździ na rowerze a ja samochodem, a
pracujemy bardzo blisko siebie...
Przyrzekłam sobie, że nie zrobię pierszego kroku, może to głupie, ale to
zawsze ja pierwsza naciskałam na rozmowe i wyjaśnianie nieporozumień, w tej
sytuacji mam tego dość.
A jak wy to widzicie, jak to oceniacie, mam chociaż trochę racji ??