maria.net
18.08.06, 11:57
Witam, chciałabym poznać Wasze zdanie na temat tego, w jakim stopniu
światopogląd, zasady, przekonania wyniesione z domu powinny pozostać
"nienaruszone", a w jakim stopniu mogą sie one zmieniać, wraz z zyskiwaniem
własnych doświadczeń życiowych.
Mama, (bo to głównie ona nas aktywnie wychowywała) zaszczepiła nam, ze rodzina
jest najważniejsza, na pierwszym miejscu, inni to obcy ludzie i potencjalni
wrogowie, którzy chcą nas pewnie wykorzystać. Od zawsze było mi wpajane, ze
tylko racje wyznawane w rodzinnym domu sa słuszne. Do tego stopnia, ze
uważałam iz tylko rodzice maja racje, jest tylko tak jak oni mówią. Wiem,
naiwne to było, ale byłam zahukana, moja mama umiała mnie psychicznie
sterroryzować (pewnie nieświadomie), wiec zawsze sie jej podporządkowywałam,
tylko jej zdanie moglo być sluszne.
W wieku 20 lat wyprowadziłam sie z domu na studia i przekonałam sie na własnej
skórze, ze świat nie jest czarno-biały. Jest kolorowy, bywa szary. Bez
problemu nauczyłam sie akceptować to ze ludzie sa inni, hołdują innym
tradycjom, inne maja poglądy na zycie i wychowanie. To sie chyba nazywa
tolerancja. Niestety, moi rodzice pewnych rzeczy nie chcą/nie moga
zaakceptowac. Chocby prosty przyklad: moja mama nie lubi Michala
Wisniewskiego, zawsze jak go widzi w tv czy gazecie, mowi 'o ten wariat
niepowazny' czy cos w tym stylu. Nie jestem fanka MW, nie lubie go, ale brak
sympatii okazuje ignorowaniem go po prostu. Kiedy mama zaczyna swoje
komentarze zawsze jej mowie 'nie ogladaj tego, przelacz, nie czytaj tego
artykulu, itp.'. Ale nie, ona musi sobie popatrzec, potem powywzlosliwaic sie,
itd. Na mój argument, ze komus to się musi podobac, skoro facet robi kariere,
slysze, ze ludzie musza nie miec oczu i uszu, skoro go lubia, ze kultura
schodzi na psy, itd. Juz kiedys doszlam do wniosku, ze uczy nas tym jakiejs
nietolerancji i negatywnego nastawienia do drugiego czlowieka. Najgorsze, ze
oboje z ojcem uwazaja, ze powinnismy sie z ich pogladami zgadzac, bo tak nas
wychowali i chyba mysla, ze maja prawo rządzić naszymi sumieniem, pogladami,
itd. Większość, jeśli nie wszystkie proby dyskusji o tym, ze swiat jest duzy i
ludzie sa rozni koncza się zwykle klotnia.
Powiedzcie, jak myslicie, na ile człowiek powinien się zgadzac z tym, co
wyniesie z domu rodzinnego (zakładając ze tego nie akceptuje), a na ile może
sobie wyrobic wlasne zdanie? Od dawna już uwazam, ze rodzina to nie świętość,
bo się jej sobie nie wybiera. I lepiej mieć z nia malo lub wcale do czynienia,
jeśli wszelkie kontakty maja służyć tylko mnożeniu konfliktow.
Z drugiej strony, czy takie zanegowanie poglądów wyniesionych z domu, nie
doprowadzi w pewnym momecie do tego, ze się straci swoja tożsamość? I co jest
ważniejsze, być soba ze swoimi pogladami, czy przynależeć do kogos/czegos (tu:
do rodziny) nawet kosztem spokoju wlasnego sumienia?
Pozdrawiam!