malutki_kwiatusek
01.09.06, 18:51
Dałam już ten wątek na psychologii... Ale jestem ciekawa, co Wy, młode
mężatki zrobiłybyście w Mojej sytuacji? A może mam bratnią duszę? A więc tak:
Otóż mój chłopak zawsze wyrażał się bardzo ciepło o swojej matce (najpierw
się rozwiodła z ojcem mojego chłopaka a potem on zmarł, ale mogę dodać że
mój chłopak ma młodszego brata). Często rozmawiali przez telefon gdy byłam
u niego albo on u mnie i ona ZA KAŻDYM razem mówiła "Kocham Cię" na co on
"Ja Ciebie też". Miał wtedy 19 lat, ale stwierdziłam, że może jego matka
kocha go bardziej niż moja że mu to powtarza za każdym razem...
Po kilku miesiącach jak byliśmy razem (on nie jest z z mojego miasta, tutaj
studiuje) zaplanowaliśmy sobie wspólny wyjazd na weekend majowy. Już
wszystko załatwione, hotel zarezerwowany a on mi w piątek oznajmia!!!
MOJA MAMA SIĘ ŹLE CZUJE MUSZĘ DO NIEJ JECHAĆ. OBIECUJĘ, ŻE BĘDĘ JAK
NAJSZYBCIEJ!
Wkurzyłam się, bo całe moje plany poszły w łeb, ale spędziłam ten weekend
z przyjaciółką i jakoś poprawił mi się nastrój. Potem nasze pół roku...
wypadało akurat niefortunnie bo 26 maja w Dzień Matki. Oczywiście pojechał
do niej, mimo że miał 150 km i był to czwartek, także zawalił trochę
ćwiczeń i wykładów. Zrobił jej niespodziankę, po czym zadzwonił do mnie i
opowiadał jak to jego matka się ucieszyła gdy zobaczyła jego niosącego
ogromny bukiet kwiatów...
O tym, że poznaliśmy się pół roku wcześniej oczywiście zapomniał. Dzień
później wysłałam mu smsa iż dziękuję za życzenia z okazji naszego świeta.
I zgadnijcie jak się tłumaczył?
Powiedział, że to jest taki dzień, w którym powinno się myśleć tylko i
wyłącznie o swojej matce. Na przeprosiny kupił kwiatka (ona dostała
BUKIET) i wino.
Później oczywiscie jeździł z częstotliwością jeden weekend z mamusią na
dwa tygodnie. Oczywiscie mamusia zrobiła syneczkowi niespodzianke i
przyjechała 1 czerwca na dzień dziecka. Mój chłopak opowiadał mi to z
wielką radością, a mi to szczerze mówiąc wisiało. Byłam już w sumie o nią
zazdrosna ale myslalam sobie, o co Ci chodzi? to przeciez jego mama...
Nadszedł czerwiec, koniec sesji, koniec szkoły zaplanowałam znowu wyjazd.
Pojechaliśmy. W założeniu na dwa dni. W pierwszy dzień zadzwoniła matka.
Powiedziała "Smutno mi bez Ciebie" i pojechał do niej. Gdybym za nim nie
wyszła zostawiłby mnie samą w hotelu. Bosko.
Nie oddzywałam się do niego przez kilka dni. Potem on przyjechał. (nie,
żeby do mnie, no skąd!) Przyjechał bo miał zapisy. Rozmawialiśmy na ławce
w parku. Ja miałam wyjechać 13 lipca do Włoch. Poprosiłam go, żeby
przyjechał do mnie chociaż raz przed moim wyjazdem, na co on powiedział że
będzie od poniedziałku do piątku pracował. A weekend? Weekend pewnie będę
chciał spędzić z moją mamą...
Wybiegłam stamtąd, on nawet nie probował mnie zatrzymywać.
Potem przyszedł i powiedział że może uda mu się wykombinować jeden dzień.
Przyjechał 13 lipca, oczywiscie w konspiracji żeby matka nic nie wiedziała
bo by się wsciekla! Dlaczego? Wiadomo. Oczywiscie sie dowiedziała, nie wiem
co było potem wyjechałam...
Gdy byłam we Włoszech to dzwoniłam do niego, ale odechciewało mi się gdy
mówił "Poczekaj sekundke, tylko mamie zaniose telefon". Co on, jej
służący?
Potem zaprosił mnie do siebie. Uznałam, że czas ją poznać. Przyjechałam.
Babka 49 lat, nie zbyt zadbana, kiedyś podobno ładna. Była dla mnie bardzo
miła. Aż za miła. Szczerze mówiąc, nawet ją trochę polubiłam, ale to nie
trwało długo.
Mój chłopak wymyslil, zebysmy poszli na pielgrzymke, poszliśmy z jego
miasta. Nocowałam u niego. Ona wciąż bardzo miła. Przywiozłam jej nawet
bombonierke.
Poszlismy. Szlismy 3 dni, ona dzwoniła do niego codziennie po 2 razy.
W ostatnią noc zadzwoniła. On nagle się rozpłakał. Spytałam, co się stało.
On powiedział, iż jego matka nazwała mnie dziwką...
Ponoć to nie był pierwszy raz, ponoć wszystkie inne też wyzywała a mnie
"Wyjątkowo" polubiła bo mnie nazwała tylko raz tak.
Gdy wchodzilismy do Czestochowy, jego matka czekala na niego, na jego
brata, oni podeszli do niej, oprocz mnie. Ona podeszla do mnie,
usmiechnela sie i przytulila. Co za hipokrytka.
Zaprosiła nas wszystkich (chyba, wszystkich) na obiad. Ja nie poszłam. Nie
chciałam jej widzieć. Brzydziłam się nią. Mój chłopak oczywiście poszedł,
nie prosiłam go, żeby został ze mną ale w duchu miałam nadzieję, że
zostanie. Poszedł.
Jego matka była bardzo zdziwiona, że mnie nie ma (chyba myslala, ze ja z
takich co się wszędzie na krzywy ryj pchają :/). Spytała się Mojego
chłopaka czemu mnie nie ma? Przecież była dla mnie taka miłaaaaaaaaaaaaaa.
Wyjaśnił jej, że nie mam ochoty jej widzieć po tym co powiedziała. Wściekła
się. Ponoć zrobiła mu awanturę. Później powiedziała coś w stylu "Tego co
jest między mną a Tobą, nie wolno Ci rozpowiadać". Wtedy zaczęłam jej
nienawidzieć.
Wróciliśmy z pielgrzymki pod koniec sierpnia. Ja wcześniej, gdyż nie
wracałam z nimi na piechotę, nie chciałam wysłuchiwać jak ona co chwile do
niego dzwoni a potem jak go wita w mieście. Po prostu PKSem pojechałam do
domu. Mojej mamie nic nie powiedziałam. Ona go strasznie lubiła, nie chciałam
żeby zmieniła zdanie na jego temat. Jego albo jego matki. No cóż, oni to
chyba jedność?
We wrześniu mój chłopak przyjechał do mnie aż jeden raz pod pretekstem
szukania mieszkania. Do mnie matka nie chciała go puścić. Powiedziała mu,
że się zachowuje nieodpowiedzialnie, czego przykładem było to co zrobił na
pielgrzymce. (Ale to ona do jasnej cholery nazwała mnie dziwką!)
Nadszedł w końcu pażdziernik i znowu mogliśmy być razem. Oczywiście już w
drugim tygodniu października musiał jechać do domu. Najwyraźniej chciał
tam wszystkim zrobić niespodziankę bo jego mama go przywitała tekstem "Co
Ty tutaj robisz? Pokłóciłeś się z Agnieszką?" Nie, nie pokłócił się, ale
to chyba jej marzenie. Chociaż on mówił iż była smutna przy tym pytaniu,
ja w to jakoś nie wierzę. Gdy wrócił, to wypomniałam mu, że czemu do mnie
nie jeździł tak często w wakacje jak do niej teraz jeździ. Jego matka
wyjechała do sanatorium. Było Wszystkich Świętych. Pojechał do domu, ale
tym razem byłam spokojna, wiedziałam że jej tam nie będzie. Rozmawialiśmy
przez komórkę. Nagle zadzwonił telefon domowy. Powiedział że musi kończyć
bo to ważny telefon? Od kogo? Zadzwoniłam na numer jego matki z braku
numeru żeby sprawdzić, czy ma zajęte. Jak to na złość, nie miała sygnału
zajętego tylko od razu włączyła się poczta. Wiedziałam, że to z nią tak
namiętnie rozmawia już dobre ponad 20 minut.
Po 10 minutach oddzwoniłam. Uff, już mógł rozmawiać. Kto to? Zapytałam
jakby nigdy nic. Moja mama. Za chwilę znowu telefon. Ja nie rozłączyłam
komorki. Sluchałam co on mówi. Rozmowa brzmiała tak: Z braku numeru? A coś
Ci się nagrał? Ojej... Kto to mógł być? No nie wiem, nie wiem, postaram się
to sprawdzić! No, ja Ciebie też! Papa.
Ja tez się wylaczylam i zaraz oddzwoniłam. Kto to był? Babcia. A co
chciała? Pytała czy nie jestem głodny. Słowo honoru? Słowo honoru. Kłamał.
Kłamał dla niej, żeby nie wyszło że jest wariatką dzwoniącą do swojego
synka tylko dlatego że ktoś dzwonił do niej z braku numeru. Widocznie
miała coś na sumieniu, skoro tak się bała nieznajomych. Potem mu to
powiedziałam, jednak on udawał, że nie pamięta tego zdarzenia. Może i było
błachostkowe, ale we mnie się już gotowało.
Nadszedł listopad, nasza rocznica 26. Na początku listopada zadzwonila
matka, z pytaniem kiedy może przyjechać w odwiedziny w weekend?
W każdy weekend, oprócz soboty 26. Wtedy jest rocznica moja i Agnieszki.
Kiedy przyjechała? Oczywiscie, ze 26. Ale Moj chlopak wiedział, że gdyby
już to zawalił to bym mu podziękowała, dlatego jakoś ją wypłoszył ok. 17 i
poszliśmy razem na kolacje.