sam-buka
14.03.07, 19:13
Mój związek trwa ponad trzy lata. Mieszkamy osobno. Pod koniec grudnia się
zaręczyliśmy. Nie powiem, że byliśmy idylliczną parą, wyjadającą sobie z
dziobków. Zdarzały się kłotnie, pretensje, ale zawsze była miłość, szacunek,
zrozumienie, nadawanie na tych samych falach. Czasem zdarzały się
kryzysy...moje osobiste. A to mi nudno, a to rutyna, a to wydawało mi się, że
zafascynowałam się innym, a ostatnio, już po zaręczynach, zaczęły mnie gryźć
wątpliwości, że to nie ten, że robię błąd, wiążąc się z nim na całe życie.
Doszło do tego, że rzeczywiście czułam jakąś straszną pustkę. Patrzyłam na
niego i irytował mnie, nic nie czułam, wszystko mnie rozdrażniało. Zaczęłam mu
mówić otwarcie, że go nie kocham, że nic nie czuję, że i tak nie zostaniemy
małżeństwem. On był cierpliwy i dobry. Do czasu.
Jakieś parę tygodni temu on ochłódł, nie poświęcał mi już tyle uwagi, zdarzyło
mu się brzydko odezwać. Pomyślałam sobie - skoro i tak już nie czuję miłości,
po co mam to znosić? I zerwałam z nim. On zgodził się, że tak będzie najlepiej.
I cóż, przez parę dni czułam nawet ulgę, starałam się nie myśleć o nim, i
wmawiałam sobie, że tak lepiej. Aż porozmawialiśmy przez telefon. Neutralnie,
o tym, co słychać. Gdy odłożyłam słuchawkę, po prostu się rozryczałam.
Uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go było brak, nawet przez te dwa dni. Nagle
cała ta miłość, o której myślałam, że już jej nie ma, zwaliła mnie z nóg,
wprost fizycznie czułam, jak zalewa mnie fala uczucia. Zatęskniłam strasznie.
Ponieważ nie rozstaliśmy się z gniewie, utrzymywaliśmy normalne stosunki,
zaczęliśmy się spotykać dość często. Mówił, że strasznie przeżywa to nasze
rozstanie, że bardzo mu ciężko, że w nocy śnią mu się koszmary. Ale, gdy
zaproponowałam, byśmy spróbowali jeszcze raz, że uświadomiłam sobie swoje
błędy, usłyszałam...że już mnie nie kocha tak jak kiedyś. To znaczy, kocha
nadal, ale już nie wyobraża sobie ze mną życia, że mu tej miłości nie
wystarczy na całe życie. Nie mogłam w to uwierzyć, zwaliło mnie to z nóg.
Ilekroć miałam jakieś wątpliwości co do naszego związku, były to moje własne
rozterki. Czy ja będę go mogła kochać. Jego miłość zawsze wydawała mi się
konstantą, i teraz rozumiem, że była dla mnie oporą w życiu. Teraz dopiero
odczuwam taką pustkę, że marzę tylko o tym, żeby znaleźc się w jego ramionach,
żeby znów było jak dawniej. Jednak wygląda na to, że nie będzie. Kilka razy
próbowałam z nim rozmawiać, odpowiedź jest taka sama - już mnie tak bardzo nie
kocha.
Tak się złożyły okoliczności, że wyjechaliśmy razem na parę dni do kolegów z
innego miasta. Spaliśmy razem w jednym łóżku, nawet w nocy przez sen on szukał
mojego dotyku i mnie przytulał, zresztą...zdarzało się, że poniosło nas
podniecenie i uprawialiśmy seks. Spędzaliśmy razem 24 godziny na dobę,
wszystko było dobrze i ładnie, za wyjątkiem tego, że to już praktycznie nie
jest związek. Bo nie usłyszałam tego, na co liczyłam - że jednak chce ze mną
być. Powiedział, że to już koniec.
Gdybym jakiś czas temu przeczytała o podobnej sytuacji, poradziłabym jedno:
nie poniżaj się, dziewczyno, skoro ciebie nie chce, nic tu nie wskórasz.
Jednak teraz widzę, że miłość koreguje zachowanie. Nie narzucam się mu, nie
dzwonię, nie proszę o nic, ale z trudem zmuszam się do życia i nie wyobrażam,
co będzie bez niego. Nadal nie mogę uwierzyć, że mógł przestać mnie kochać. W
niecałe trzy miesiące od zaręczyn? Tak raptem, kiedy wcześniej wciąż
powtarzał, że kocha i nic nie wskazywało na ten grom z jasnego nieba? Czy może
on też potrzebuje takiego wstrząsu, który ja przeżyłam? Bo dotychczas, mimo,
że teoretycznie w rozstaniu, nie spędziliśmy osobno więcej niż dwóch dni.
Proszę o obiektywną opinię - czy jeszcze mogę odzyskać Jego uczucia?