mochacino
04.08.07, 00:42
Jak dac do zrozumienia mezowi, ze sa momenty, kiedy (przepraszam za
kolokwializm :)) jest dupa nie facet...Pewnie powinnam przytoczyc jakies
sytuacje..no dobra, ostatnie jakies...kiedy kupowalismy z salonu samochod-
prawie nowy-on go odbieral, ja nie moglam, wzial z walnieta opona (widoczny
babel) zauwazyl to, powiedzial, ale pan stwierdzil,ze to nie szkodzi,ze
wszystko w porzadku, a po paru dniach na wlasny koszt musielismy zmieniac,
lusterko mieli wymienic, wymienili,ale na uszkodzone (mniej ale jednak),
wjechalam tam, zalatwilam w momencie, a on by takie wzial..2 dni temu
odbieral paszport w konsulacie(nie mieszkamy w Polsce), wzial i sprawa
zalatwiona, jak tylko wzielam do reki zobaczylam,ze jest blad, bardzo
widoczny, a on na to,ze panikara jestem, z igly widly, a okazalo sie,ze
paszport niewazny, bo z bledem..dzis, mial zalatwic sprawe z moim autem,
posulo sie, dostalam zastepczy,ale juz od 2 dni mial byc moj, a dzis to juz
na bank..siedzial i czekal na tel od pana z salonu pol dnia, bo jak dzwonil
to nikt pani nie byla w stanie mu pomoc, ma taka prace,ze w kazdym momencie
mogl podjechac i zalatwic sprawe, a on czekal pol dnia i nic,a moj zastepczy
mial ubezpieczenia do 17, czyli do godziny, w ktorej koncze prace, a dojechac
do domu? to po 16 napisal mi,ze tam jedzie i po 17 dal mi znac,ze na droge do
domu (jakies 40 min) jest ubezpieczony, jak podjechalam pod dom, to zrobilam
awanture mala,ze caly dzien bylam w stresie,ze nie wiem,co z tym
ubezpieczeniem i moim autem, a on do 16 czeka,zeby to zalatwic, bo przez tel
go zbywali..ja wiem,ze chaotycznie pisze, ale moze choc troche dacie rade
mnie zrozumiec...a on na to,ze czepiam sie, ze o co mi chodzi,ze mam sobie
sama zaltwiac, jak mi sie nie podoba (a ja chocby ta naprawe sobie
zalatwilam), gdzie wedlug mnie to obowiazek faceta, niepisany,ale obowiazek,
mam ojca i brata i nawet nie moge sobie wyobrazic,zeby ich kobiety o cos
takiego sie denerwowaly..czy ja przesadzam?