pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :(

24.10.07, 12:51
Jestem 3,5 roku po slubie. Nasz problem polega na tym, ze jestesmy
do siebie przywiazani, lubimy sie, na pewno jest jakies uczucie, ale
nie potrafimy ze soba zyc. Jestesmy calkiem inni, mamy inne zasady,
podejscie do zycia, marzenia, oczekiwania, styl zycia, poglady
religijne, polityczne, po prostu wszystko jest inne. Wydawalo nam
sie, ze mimo tych roznic damy rade, a okazuje sie, ze jestesmy non
stop nieszczesliwi, pokloceni, zmartwieni, smutni, zli,
zdenerwowani, czujemy sie niezrozumiani, boimy sie przyszlosci, nie
mamy z tego powodu dzieci, nie mamy radosci z zycia, motywacji do
urzadzania nowego mieszkania, ciagle powraca temat rozwodu. bylismy
juz w 3 poradniach - koscielnych, bo tak chcial maz. moim zdaniem
wkladamy w ten zwiazek duzo wysilku, myslimy nad rozwiazaniem
problemow od ponad 3 lat i tak naprawde nic sie nie zmienia. boje
sie rozwodu :( moj maz tego nie chce, ja jestem w kropce, bo nie
widze wyjscia. jak mysle o rozwodzie, wydaje mi sie, ze go kocham i
potrzebuje, ale codzienna atmosfera, klotnie, niezrozumienie sa po
prostu wykanczajace, nie mowiac o tym, ze marze o dziecku i
szczesliwej, normalnej rodzinie. czy ktos mial cos podobnego? a moze
znacie naprawde dobra swiecka poradnie z poznania? moze wskazana
bylaby separacja?
    • zocha791 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 13:15
      Po to jest okres narzeczeństwa, żeby nauczyć się siebie słuchac i
      życ ze sobą
      • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 13:29
        nie wszystko wychodzi w okresie narzeczenstwa, a poza tym nie czas
        teraz plakac nad tym czego sie nie widzialo albo w pore nie zrobilo.
        Jestesmy juz 3,5 roku po slubie, stalo sie jak sie stalo, mamy
        problem. i co teraz? teraz juz nie ma sensu gadac o narzeczenstwie.
        • sofi11 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 13:59
          Pierwsza kwestia-czy oboje chcecie dalej byc małżeństwem, jesli tak i oboje
          macie dobrą wolę, to jest szansa, że wszystko się ułoży. Najwazniejsza jest
          rozmowa, ale nie obwinianie, ale szczere powiedzenie czego nawzajem od siebie
          oczekujecie
          • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 14:16
            no wlasnie w tym problem, ze nie wiemy czy jeszcze tego chcemy. Jak
            napisalam, my walczymy juz 3,5 roku o to malzenstwo, powtarzalismy
            sobie w kolko, ze chcemy byc dalej malzenstwem, ale to sie po prostu
            nie udaje! rozmawiamy bardzo duzo i w kolko to samo - dochodzimy do
            wniosku, ze nie zmienimy siebie, naszych charakterow i pogladow i
            oczekiwan. kazdy chce byc soba, a sie dusi i czuje nieszczesliwy i
            niespelniony, tych swiatow nie da sie chyba pogodzic. na dodatek co
            z dziecmi? my ledwo dajemy rade ze soba, a przy dzieciach trzeba
            podejmowac wiele waznych wspolnych decyzji! boje sie, ze przy
            dzieciach zacznie sie walka o wychowanie, a ja za nic nie chce zeby
            moje dziecko zylo w takiej atmosferze. my sie roznimy praktycznie w
            kazdym szczegole i w tych bardzo waznych sprawach rowniez. mowimy
            sobie, czego oczekujemy od siebie, ale nie jestesmy w stanie zmienic
            naszych osobowosci, upodoban itd
            • burza4 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 21:18
              Jeśli teraz widzicie, że tych światów nie da się pogodzić, to
              perspektywy na udany związek są kiepskie.

              zadziałać mógłby jedynie kompromis, ale po pierwsze - nie kosztem
              zaparcia się siebie i udawania, że wszystko gra, po drugie - nie
              jednostronny. Mimo wszystko wyczuwam, że jakieś pozytywne uczucia
              jeszcze w was kołaczą?

              nie jest prawdą, że nie można zmienić swoich upodobań, można nad
              nimi pracować i choć faktycznie osobowości się nie zmieni
              radykalnie, można DLA PARTNERA nauczyć się nad wadami zapanować, a
              przynajmniej zrobić jakiś progres w tym kierunku. Różnice w
              poglądach nie powinny być problemem same w sobie, jeśli stanowią -
              to problemem jest kwestia poszanowania odmienności partnera, jego
              odrębnej osobowości, a nie poglądów samych w sobie. Zdaje się że po
              prostu brakuje wam motywacji do pracy nad sobą. Wy chyba raczej
              oglądacie się wzajemnie na siebie, i oboje jesteście przekonani, że
              to to DRUGIE powinno się zmienić. A jeśli już negocjujecie to
              zaczyna się błędne koło na zasadzie "no dobra, to ja odpuszczę
              wędkowanie, ale z czego ty zrezygnujesz w zamian?". To nie
              licytacja.

              zdaje się, że przytłacza was skala różnic. Nie wiem co wam
              podpowiedział terapeuta? (nawiasem mówiąc - skąd aż trzech? przecież
              wy wymagacie dłuższej terapii, jednorazowe wizyty to tu to tam nie
              rozwiążą sprawy). Może warto podejść systematycznie - wybrać JEDNO
              priorytetowe zagadnienie, które wam spędza sen z powiek i nad nim
              się skupić. Łatwiej rozwiązać jedną kwestię, niż sto hurtem. A jeśli
              się rozwiąże jedną - można przejść do kolejnej.

              jeśli nie da się rozwiązać nawet jednej - to szkoda dalej marnować
              czas i szarpać sobie nerwy.
    • aniesia26 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 24.10.07, 16:25
      Przepraszam ale ja tego nie rozumie jak można brać ślub w takiej sytuacji o
      której pisze autorka, że:
      > nie potrafimy ze soba zyc. Jestesmy calkiem inni, mamy inne
      > zasady, podejście do życia, marzenia, oczekiwania, styl życia,
      > poglady religijne, polityczne, po prostu wszystko jest inne
      > Wydawalo nam sie, ze mimo tych roznic damy rade

      myślałaś, że jak zostaniecie mężem i żoną to coś zmieni się na lepsze? Co za non
      sens

      piszesz, że jesteście po ślubie 3,5 roku a w kolejnym poście piszesz, że:
      > my walczymy juz 3,5 roku o to malzenstwo

      to na to wychodzi, że od razu po ślubie zaczęliście walkę o to małżeństwo, to po
      co braliście ślub??? zwłaszcza, że już przed ślubem nie układało się

      sami jesteście sobie temu winni
      • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 10:14
        mozliwe, ze pewnych rzeczy nie widzielismy przed slubem, kochalismy
        sie, a nasze roznice tez nie ujawnialy sie z taka sila jak po
        slubie. wiadomo, ze dopiero po slubie tak naprawde wszystko wychodzi
        w praniu, zaczynamy na dobre zyc razem, wszystkie decyzje podejmuje
        sie wspolnie. przed slubem wielu problemow jeszcze nie bylo, owszem,
        byly oznaki tego, ze sie roznimy, ale nie zdawalismy sobie sprawy,
        ze te roznice beda mialy takie skutki. z reszta nie pora plakac nad
        bledami sprzed slubu, bo teraz prosze tylko o rade co robic w tej
        sytuacji. nie potrzebuje zdan, ze sama jestem sobie winna i nie
        trzeba bylo brac slubu. byc moze nie trzeba bylo, ale tak sie stalo.
        i jak teraz rozwiazac problem? co do tych kompromisow, to zgadzam
        sie calkowicie, problemem jest to, ze przeraza nas skala roznic i
        swiadomosc, ze kompromis jest mozliwy do pewnego stopnia, kiedy nie
        zaczynamy czuc, ze zapieramy sie siebie. pracujemy nad kompromisem,
        ale czesto nam rece opadaja, bo sa sprawy, w ktorych nikt nie jest w
        stanie odpuscic, bo to sprawy dla nas podstawowe, jakies priorytety
        w zyciu.
        • aserath Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 10:31
          Az mnie korci zeby napisać co sądze o waszym postępowaniu i ze po slubie nic nie
          wychodzi, jak sie kogos pozna wczesniej (i z nim zamieszka), ale nie bede mędrkować

          powiedz konkretnie o jakie różnice chodzi bo nie bardzo rozumiem o co wy drzecie
          koty. Ja lubie czarną kawę, mąż białą, ja pilates, on pilkę nożną, ja komedie
          romantyczne - on horrory, ale NIGDY takie pierdoły nas nie różniły. Nawet w
          sprawach "wiekszych" np. ja nie uznaje chodzenia "na groby", on wrecz to lubi,
          potrafimy sie dogadać. Nie rozumiem czy macie az tak silne nieustępliwe
          charaktery, ze nie potraficie wypracowac zlotego srodka, czy po prostu nie
          zalezy wam na dopasowaniu, bo juz wiecie ze "jestescie rozni" i jedno zwala na
          drugie potrzebę przemiany. Napisz coś wiecej, naprawdę moze jakieś przykłady i
          napisz czemu nie poszliscie na jedną dłuższą terapię tylko 3 jednorazowe
          (pomijam fakt ze dla mnie"koscielna" terapia, to nie terapia... :/ )
          • yadrall Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 12:28
            Hej!

            Tez jestem z takiego niedopasowanego malzenastwa... tylko,ze my
            dokladnie wiedzielismy o tym przed slubem. Rozmawialismy o tym w
            narzeczenstwie wiele razy i wspolie zdecydowalismy,ze bierzemy slub
            i siebie nawzajem z calym dobrodziejstwem. Mielismy swiadomosc jaka
            ciezka praca nas czeka,ale wiedzielismy tez,ze uczucie ktore nas
            polaczylo jest silne i razem damy rade.

            I jestesmy malzenstwem 4,5 roku i nie jest zle. Owszem sa chwile,gdy
            zastanawiamy sie nad rozwodem,ale zazwyczaj jest to w chwili
            klotni,a potem jak emocje opadna to wszystko jest ok.

            Przede wszytkim w chwili klotni przypominam sobie,ze moj maz taki
            byl od zawsze i go takim zwielam,bo go kocham i koniec. Akceptuje
            to,ze ineczej patrzy na pewne sprawy i juz. Oczywiscie z jego strony
            jest to samo,a przyznac musze,ze charakter tez mam trudny...

            I tak w drobiazgach odpuscilismy sobie i nie walczymy o pierdoly,a w
            sprawach istotnych rozmawiamy, rozmawiamy i jeszcze raz
            rozmawiamy... tak dlugo,az dojdziemy do kompromisu-kazda strona
            ustepuje po troszeczku i jakos sie dogadujemy...choc nie jest latwo
            czasami.

            Posdrawiam serdcznie i zycze wytrwalosci.

            PS. niech zgadne-Ty chcesz dziecka,a Twoj maz nie?

            • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:10
              no to po kolei:
              1. chodzilismy 3 razy pogadac do poradni przykoscielnych,
              powiedzieli nam, ze faktycznie nasz problem jest gleboki, sa nawet
              powody do stwierdzenia niewaznosci malzenstwa koscielnego, ale
              mowiono nam tez, ze powinien to byc dla nas plan B. Plan A to
              probowac tolerowac wszystko to, co jest inne, ale nie jest zle i ze
              z czasem bedziemy sie zarazac nawzajem i wypracowywac wspolne zycie.
              Bylismy tez na fajnym weekendzie dla malzenstw, gdzie rozmawiano o
              podstawowych bledach jakie popelniaja malzenstwa, o tym jak odbierac
              druga osobe itd itp... wszystko to byc moze troche pomoglo, ale
              tylko troche.
              2. Nasze roznice dotycza nie tylko drobiazgow typu:
              inna muzyka, inne spedzanie wolnego czasu, inne upodobania
              jedzeniowe, inny gust itd itp, ale i bardzo podstawowych spraw:
              np: religia - moj maz jest baaardzo religijny, praktykujacy ponad
              norme, jest z domu, w ktorym sie slucha radia maryja, choc on sam
              nie slucha, jest calkowicie posluszny nakazom kosciola. Ja mam
              luzackie podejscie do tych spraw, nienawidze radia maryja, jest to
              dla mnie nie do przyjecia, nienawidze klapek na oczach, jestem
              bardziej liberalna, nie praktykuje, choc wierze i nie chce zeby moje
              dziecko bylo wychowywane w takich pogladach jak moj maz, a moj maz
              odwrotnie. klocimy sie o poglady na temat gejow, na temat seksu
              przedmalzenskiego, na temat ilosci partnerow w zyciu itd. dodam, ze
              ja nie jestem specjalnie liberalna, pewnie nawet ponizej normy, ale
              w stosunku do jego skrajnego konserwatyzmu, owszem, jestem
              liberalna. Inna sprawa to poglady polityczne - ja glosowalam na PO,
              on na PiS, ktory jest dla mnei nie do przyjecia. niewazne z reszta
              kto ma racje, wazne, ze systemy wartosci sa kompletnie inne.
              denerwujemy sie rozmawiajac na powazne tematy. inna sprawa to
              podejscie do zycia - on zyje zupelnie inaczej, nie obchodza go
              specjalnie materialne potrzeby, a ja uwazam ze pracuje po to zeby
              cos z tego miec i chce miec ladne mieszkanie, ladne meble, a nie
              wszystko najtansze, bo maz lubi miec po prostu kase na koncie i z
              niej nie korzystac. klocimy sie o pieniadze - ja nie ejstem
              rozrzutna w zadnym wypadku, ale cokolwiek kupie slysze komentarz, a
              on jest po prostu sknera i wszystko jest niepotrzebne i za drogie.
              mam juz stres kupujac zwykle parowki w sklepie. on chce mieszkac na
              wsi albo w malym miescie, ja jestem z duzego miasta i w zyciu sie
              nie przeprowadze, dla mnie to brak perspektyw i mozliwosci jakie
              daje duze miasto, zupelnie inny styl zycia, w ktorym nigdy sie nie
              odnajde. ja lubie miejskie zycie, on wiejskie. po prostu wizje
              zycia, poglady mamy jak z innych swiatow.
              • triss_merigold6 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:29
                Czyli głębokie róznice światopoglądowe, obyczajowe i związane ze
                stylem życia. Czas powiedzieć sobie papa i kulturalnie rozwieść.
                Jakoś nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w takich warunkach,
                prędzej czy później któreś z was pozna kogoś bardziej pasującego i
                pójdzie w długą.
                • aniesia26 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:42
                  triss_merigold6 napisała:
                  > Jakoś nie wyobrażam sobie wychowywania dziecka w takich warunkach

                  ja również. Przecież jakby było dziecko to tata mówił by "To i to" a mama
                  zaprzeczała "nie bo to", ojciec wpajałby dziecku swoje poglądy a matka swoje --
                  a dziecko by chyba zwariowało
              • wielorak Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:36
                myślę że za bardzo oboje wyolbrzymiacie, co z tego, że każdy z was jest za inną
                partią? można o tym pogadać, wymienić się poglądami i żyć dalej- rozmowa nie
                musi się kończyć nakłonieniem partnera do swoich racji i zmianie jego zdania.
                ja też jestem bardziej rozrzutna niż mój mężczyzna i też mi czasami powie, że
                wydaję kasę na pierdoły i ok. cenię sobie, że on przemyśli zakup a nie jak ja
                kupi coś pod "wpływem chwili"- to też różnica miedzy nami ale ja widzę w niej
                pozytyw, bo gdy te różnice sie dopełniają, działają prawie idealnie.
                on lubi muzykę taką, ja inną ale jak włączy swoje utwory to posłucham ale nie
                jest to dla mnie problem.
                co do wychowania dziecka i religii to dziecko wychowują rodzice a nie jeden z
                nich. piszesz o kompromisach ale ich w waszym małżeństwie nie widać.
                ja też nie tak dawno nie wyobrażałam sobie życia poza miastem a teraz jak
                pomyślę o wiejskiej ciszy i spokoju to być może i tam chciałabym mieszkać.
                zresztą dla mnie i tak nieważne gdzie- byle z nim :-)
                spróbujcie znaleźć dobre strony waszych różnic i popracujcie nam kompromisami i
                większą tolerancją. jak męża nie ma w domu to przecież możesz wyłączyć to Radio,
                którego nie lubisz.
                a przed ślubem nie mówiliście o religii? o tym gdzie każde z was chce mieszkać?
                i mimo tych różnić zdecydowaliście sie?
                powodzenia
                • aniesia26 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:52
                  wielorak napisała:
                  > myślę że za bardzo oboje wyolbrzymiacie, co z tego, że każdy z was
                  > jest za inną partią? można o tym pogadać, wymienić się poglądami i
                  > żyć dalej- rozmowa nie musi się kończyć nakłonieniem partnera do
                  > swoich racji i zmianie jego zdania.

                  Dokładnie jestem tego samego zdania. Bo np. ja i mąż też mamy inne poglądy
                  polityczne, ja głosowałam na partię która jest przeciwstawna partii na którą on
                  głosował i nie było na tym tle żadnych kłótni ... on ma swoje poglądy a ja swoje
                  on uwielbia spędzać czas nad woda z wędką a ja nie przepadam za tym wolę inny
                  sposób spędzania czasu
              • chiara76 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:41
                a mnie ciekawi, jaki argument mieli w owej poradni za unieważnieniem małżeństwa
                kościelnego, możesz napisać?
    • aserath Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:39
      rany magda010 z twojego ostatniego postu zastanawiam sie jak to w ogóle jest
      możliwe ze wy się polubiliście, a co dopiero pokochaliście!!! NAprawde szczerze
      podziwiam jezeli wzieliście ślub z miłości, bo dla mnie w tym wypadku to
      przyklad skrajnej głupoty. Co prawda ludzie sie zmieniają i nie wykluczone ze i
      tobie na starośc odwali na punkcie kosciola, ale czekać 50 lat az to sie stanie
      albo i nie stanie to bez sensu.

      wiesz, ja w ogole nie jestem "kosciela" i takich ludzi jak twoj maz unikam jak
      ognia, bo z nimi to sie nawet dyskutowac nie da. Jak slysze ze ktos glosowal na
      pis to mnie krew zalewa i szczerze mowiąc - nie potrafilabym z takim mężczyzną
      dzielić zycia. Obawiam sie ze nawet starając się być obiektywną - niewiele ci
      pomogę. Bo tu nie ma co pomagac Jak ktos slepo wierzy w kosciół - to zabij sie
      ale nie przekonasz tej osoby do innych poglądów (na pewno są jakieś wyjatki, ale
      tutaj nie sądze zeby tak bylo). I wiesz co - ja bym się rozwiodła albo jezeli
      faktycznie macie taką mozliwość - nawet unieważnila małzenstwo.
      • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 13:58
        no wiec mnie tez krew zalewa i jego tez, a jednoczesnie jakos sie
        lubimy i pewnie jakos sie kochamy. np zal mi go, ze przychodzi
        smutny z pracy bo wszyscy na niego wsiadaja ze glosowal na PiS ... i
        co... ja tez niecierpie PiSu, a kosciol mam w nosie, a mojego meza
        mi zal i go przytulam. no ale sami tez sie okropnie klocimy na te
        tematy. czasem jest nam naprawde fajnie, wyglupiamy sie, smiejemy,
        ale wszystko psuja te powazne roznice. jak widac po wypowiedziach
        problem jest duzy, jedni pisza, ze by sie rozwiedli od razu, inni,
        ze wyolbrzymiamy problemy, trudna decyzja, bardzo trudna. co do
        stwierdzenia niewaznosci malzenstwa koscielnego powiedziano nam, ze
        po pierwsze fakt innego rozumienia przysiegi malzenskiej - ja
        dopuszczam generalnie rozwody a moj maz nie, wiec moj maz przysiegal
        mi to co przysiegal i myslal, ze ja rozumiem to tak samo, a dla mnie
        oczywiste jest, ze rozwody sa dopuszczalne, wiec inaczej
        rozumielismy przysiege. po drugie bralismy slub nie do konca
        dobrowolnie, bo pod koniec zaczelismy miec watpliwosci i zaczely nam
        sie oczy otwierac, ale w wyniku po pierwsze presji przygotowan i
        rodziny wzielismy ten slub w tym czasie, a gdyby nie to, byc moze
        bysmy go odlozyli, a po drugie bylismy w bledzie co do oceny drugiej
        osoby, czyli nie do konca dostrzegalismy prawde o drugiej osobie,
        byc moze bylismy tez niedojrzali, gdyz nie zdawalismy sobie sprawy z
        problemow jakie to spowoduje w malzenstwie itd itp
        • aleola1 zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:11
          rany prosisz o pomoc a zero konkretow w twoich wypowiedziach,
          wiec jak ty oczekujesz ze ktos tu ci pomoze?
          • wielorak Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:20
            to może dla odmiany napisz dlaczego chcesz z nim dalej być? tylko nie pisz o
            "jakiś tam uczuciach"- konkrety, konkrety
            • magda010 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:28
              no wiec plusy dla ktorych mysle zeby z nim dalej byc, to to, ze jest
              fajnym chlopakiem ogolnie, odpowiedzialnym, pomocnym, troskliwym,
              opiekunczym, bylby dobrym ojcem (nie liczac pogladow), mozna mu
              naprawde zaufac, jestesmy ze soba blisko, jestesmy dla siebie
              najblizszymi osobami, wiemy o sobie wszystko, jestesmy ze soba
              bardzo szczerzy. sa fajne chwile, kiedy lapiemy to samo poczucie
              humoru, kiedy sie razem smiejemy itd. nie mamy dla siebie zlych
              uczuc, martwimy sie jeden o drugiego, zyczymy sobie nawzajem dobrze.
              po prostu nie mozemy sie tylko dogadac co do najpowazniejszych
              spraw, a poza tym jestesmy do siebie przywiazani i cierpimy naprawde
              bardzo, ze nam sie tak nie uklada.
          • magda010 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:24
            w jednym z powyzszych postow napisalam konkrety - roznice w
            swiatopogldzie - na religie, na wizje zycia, polityke, podejscie do
            spraw materialnych itd... jest tego taka ilosc, ze nie da sie
            wszystkiego opisac
            • chiara76 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:27
              magda010 napisała:

              > w jednym z powyzszych postow napisalam konkrety - roznice w
              > swiatopogldzie - na religie, na wizje zycia, polityke, podejscie do
              > spraw materialnych itd... jest tego taka ilosc, ze nie da sie
              > wszystkiego opisac

              no więc ja też się dziwię, jak to czytam, czy tak kompletnie innych ludzi w
              ogóle było w stanie się w sobie zakochać i podjąć tak poważną decyzję , jaką
              jest decyzja o ślubie.
              Osobiście na Twoim miejscu ozłociłabym terapeutę , który by Wam pomógł , bo
              szczerze mówiąc wygląda to kiepsko i tyle.
              A powiedz mi, długo znaliście się przed Ślubem? Nie poruszaliście tematów
              poważniejszych? Wtedy nie drażniła Cię rozbieżność zdań i światopoglądu?
              • magda010 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:37
                przed slubem znalismy sie 3 lata, draznila mnie rozbieznosc
                pogladow, ale nie wygladalo to az tak jak jest teraz. wiedzialam, ze
                on jest taki bardziej koscielny, ale przed slubem byl jakby
                normalniejszy, mieszkalismy razem, bo bylismy przez rok w niemczech,
                spalismy ze soba przed slubem i nie mial z tym problemow, ja
                chodzilam z nim do kosciola w niedziele, bo z kolei mi to wisialo i
                chodzilam dla towarzystwa, z pieniedzmi problemu nie bylo, bo kazdy
                mial swoje, z reszta jako studenci oboje zylismy bardzo oszczednie.
                dopiero pozniej, jakos po powrocie, tuz przed slubem zaczely sie
                problemy - nagle on mial problem zeby ze mna zamieszkac, co mi sie w
                glowie nie miescilo, bo mieszkalismy razem rok, a teraz tuz przed
                slubem on ma problem? zaczal miec problem ze spaniem ze soba, bo
                przeciez jest spowiedz przedslubna, wiec nie wolno i to wszystko
                zaczelo sie dziac jakos nagle i lawinowo, a ja zglupialam. do slubu
                zostalo bardzo malo czasu i nie wiedzialam co robic. zwalalismy to
                wszystko potem na nerwy, na przygotowania do slubu, na to, ze
                mieszkamy u moich rodzicow, na dodatkowy stres, bo szukalismy pracy
                itd ... a okazalo sie, ze to byl po prostu sygnal, ktory
                zlekcewazylismy. wczesniej to wszystko bylo jakby na duzo mniejsza
                skale.
                • wielorak Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:49
                  no to rzeczywiście, on przeszedł przed ślubem prawdziwą metamorfozę ale mimo
                  wszystko piszesz, że jakieś uczucie jeszcze jest, że widzicie problem i
                  próbujecie go rozwiązać a to już duży sukces.
                • aniesia26 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 21:33
                  piszesz, że:
                  > spalismy ze soba przed slubem i nie mial z tym problemow
                  coś mi się tu nie zgadza skoro podkreślasz, że Twój mąż jest jak najbardziej
                  praktykującym katolikiem to pozwolił na seks przedmałżeński przecież kościół
                  uważa to za grzech
                  • chicarica Re: zadnych konkretow nie podajesz 26.10.07, 09:59
                    Ja myślę, że pan przed ślubem, ale już mieszkając w Polsce, miał problem z
                    powiedzeniem swojej rodzinie, że będzie mieszkał z dziewczyną bez ślubu. W
                    Niemczech nie było problemu, na zasadzie że jak za granicą to nie grzech bo nikt
                    nie widzi, ale wrócił do moherlandii i mu się odmieniło.
                    Temu małżeństwu może pomóc zamieszkanie z powrotem w normalnym kraju - np. w
                    Niemczech, oraz ułożenie relacji między sobą z dala od moherowego piekiełka.
              • wielorak Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:41
                uwierz mi, polityka czy podejście do spraw materialnych to nie są poważne
                problemy. przeczytaj sama co przed chwilą napisałaś, zobacz ile on ma
                pozytywnych cech, jakm moglibyście być zgodnym i fajnym małżeństwem. uwierz w to!
                • magda010 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:55
                  dzieki, jestes jedna z niewielu osob tutaj ktore patrza na to
                  pozytywnie. zdaje sobie sprawe z tych jego zalet i dlatego
                  ewentualna decyzja o rozwodzie jest tak trudna i bolesna. no wiec z
                  jednej strony sa wlasnie te plusy i to, ze faktycznie moglibysmy byc
                  fajnym malzenstwem, a z drugiej jest zycie ze swoimi szczegolami, w
                  ktorych trzeba sie dogadywac, codziennosc, w ktorej trzeba
                  podejmowac decyzje, ustalac wspolny front, a u nas to idzie wciaz
                  pod wiatr. wciaz sa nerwy, placz, poczucie niezrozumienia .. chodzi
                  o to, ze to trwa juz tak dlugo i dotyczy tylu spraw i malych i
                  duzych, ze nie wiadomo juz co robic.
                • magda010 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 14:55
                  dzieki, jestes jedna z niewielu osob tutaj ktore patrza na to
                  pozytywnie. zdaje sobie sprawe z tych jego zalet i dlatego
                  ewentualna decyzja o rozwodzie jest tak trudna i bolesna. no wiec z
                  jednej strony sa wlasnie te plusy i to, ze faktycznie moglibysmy byc
                  fajnym malzenstwem, a z drugiej jest zycie ze swoimi szczegolami, w
                  ktorych trzeba sie dogadywac, codziennosc, w ktorej trzeba
                  podejmowac decyzje, ustalac wspolny front, a u nas to idzie wciaz
                  pod wiatr. wciaz sa nerwy, placz, poczucie niezrozumienia .. chodzi
                  o to, ze to trwa juz tak dlugo i dotyczy tylu spraw i malych i
                  duzych, ze nie wiadomo juz co robic.
                  • aleola1 a moze 25.10.07, 15:39
                    bylibyscie swietnymi przyjaciolmi a nie malzenstwem?
                    pewnie tak ale skoro tak to umiecie dyskutowac to moze warto siasc i zrobic
                    liste tych spraw ktore was roznia i zaczac po malu obierac wspolny front? macie
                    chyba ciezke zadanie.
                    A czy on tez tak to wszystko widzi jak ty?
                  • pronovia Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 15:49
                    Nasuwają mi się dwa komentarze:
                    1. Piszesz, że kłócicie się o seks przedmałżeński i z Twoich postów
                    rozumiem, że Twój mąż jest przeciw a Ty za, a nie kłóciliście się o
                    to przed ślubem??? Teraz to jest dla Ciebie problem a nie w
                    momencie, kiedy było to naprawdę ważne??? Przed ślubem jego poglądy
                    W PRAKTYCE ci nie przeszkadzały, a po ślubie, W TEORII tak???
                    2. rzeczywiście w takiej sytuacji ciężko wychować dzieci i stworzyć
                    im oparcie, zasady i punkt odniesienia. Rodzice z reguły powinni
                    trzymać wspólny front.
                    • sangritt Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 16:11
                      dziwi mnie bardzo to, ze twój mąz na dłuzszy czas przed slubem nie
                      miał problemu by z toba sypiać, a w obliczu slubu tak go "uświęciło"

                      ja miałam podobną, tyle ze odwrotna sytuację, moj mąż był przeciwny
                      cały czas odkąd go poznałam, ale w końcu zmienił zdanie i tak mu juz
                      zostało

                      współczuję ze w obliczu ślubu przkręciło mu się akurat w tę stronę
                  • wielorak Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 16:00
                    to może warto zmienić terapeutę na bardziej obiektywnego i neutralnego czyli
                    niekościelnego? a może osobna terapia? myślę, że jeszcze nie wykorzystaliście
                    wszystkich pomocy i wszystkich opcji ratowania małżeństwa. przede wszystkim
                    nauczcie się słuchać siebie nawzajem i szanować zdanie drugiej osoby. podstawą
                    są też kompromisy i jakoś trudno mi uwierzyć, że dwoje ludzi, którzy ratują swój
                    związek w kwestii kompromisów wogóle sobie nie radzą. czasem trzeba na chwilę
                    zagryźć zęby i ustąpić bo to przyniesie efekt i rokuje lepsze stosunki partnerskie.
                    • triss_merigold6 Re: zadnych konkretow nie podajesz 25.10.07, 16:08
                      W pewnych kwestiach kompromisów nie ma. Ona akceptuje seks bez
                      ślubu, facet ma wizję spowiedzi przed oczami. Jaki kompromis? Ona
                      uważa, że fajnie i warto jest wydać kasę na ładnie urządzone
                      wnętrze, on mógłby mieć wszystko używane i najtańsze - jaki
                      kompromis? Może taki, że ona zarobi na ładne skoro chce, bo jemu to
                      wisi ale korzystać będzie?
                      Ty chyba nie rozumiesz, że to różnice w mentalności i te są nie do
                      przeskoczenia. Szczerze mówiąc to nie widzę sensu ciągnięcia takiego
                      związku i wieloletniej szarpaniny. Poza tym, jak mówię, ktoś pozna
                      partnera bardziej kompatybilnego i małżeństwo się rozleci prędzej
                      czy później.
                      A że przysięga? Shit happens, skoro dla niego istotna to nie musi z
                      niej rezygnować, najważniejsze, że zwykły rozwód ma skutki prawne.
                  • zizi81 gdy się chce być razem można wiele zaakceptować. 25.10.07, 19:21
                    chodz mi o to, że nie zawsze trzeba mieć takie same poglądy i
                    temperamenty, zainteresowania by być razem szczesliwym. Oczywiście
                    spektrum róznić w waszym związku jest ogromne ale na codzień trzeba
                    się skupiać na tym co łaczy i co nam się podoba w partnerze a
                    róznice traktować poprostu jako intymne indywiduale pole zyciowe
                    drugiej osoby. W moim zyciu pzrekłada się to następująco: ja jestem
                    ateistką mój maż wierzący (sporo na ten temat rozmawialiśmy i wyszło
                    na to, że choć każde z nas rozumie pobudki i poglądy drugiej strony
                    w tych kwestiach to każde pozostaje przy swoim na tyle na ile się da
                    jednak szukamy czegoś wspólnego, tzn. mieliśmy slub kościelny bo
                    było to ważne dla mojego M zresztą dla mnie też choć dla mnie
                    przysięga była ta samo wielkim zobowiązaniem jak dla niego tyle że
                    bez fundamentu religijnego),
                    mamy różne zainteresowania: mój M lubi skeljać modele, majsterkować,
                    interesuje się samochodami choć te sprawy mnie nie interesują to
                    praktyczne przesłanki które z tego wynikają już tak (M skleił kiedyś
                    model specjalnie dla mnie, naprawia mi w domu mnóstwo rzeczy,
                    rozprawia wiele razy na temat jakie auto chciałby dla mnie i dla
                    naszej rodzinki), ja interesuję się filozofią (byłam na kilku
                    konferencjach wyjazdowych i czułam sie akceptowana, M nie miał nic
                    pzreciw moim wyjazdom bo rozumie ze to dla mnie ważne, ja lubię
                    czytać książki on nie za to z lubością zawsze kupuje mi coś do
                    czytania gdy poprosze. Poza tym jest cudownym ojcem dla naszego
                    synka (sama pisałaś że i twój M byłby cudownym) jest też czuły
                    opiekuńczy i daje mi poczucie bezpieczeństwa. Nasze małżęństwo mimo
                    wielu rożnic było w pełni świadomym wyborem i jestśmy szczęśliwi i
                    kochamy się choc tak jak i u Was czasem jest gorąco i kłocimy się
                    namietnie. Zatem może skup sie na tym co was połączyło i łączy a z
                    różnic postarajcie się wyciagnać coś dobrego dla drugiej strony.
                    Wszystko zalezy od interpretacji. Powodzenia
                • triss_merigold6 Jaja sobie robisz?! 25.10.07, 16:02
                  Polityka i podejście do spraw materialnych to są b. poważne
                  problemy. Dotyczą systemu wartości jaki człowiek posiada, rozumiesz?
                  Gdyby facet próbował wpajać mojemu dziecku moralność radiomaryjną to
                  bym typowi oczy wydrapała. To samo dotyczy głosowania na partię
                  paranoików.
                  Podejście do kasy przekłada się na decyzje dotyczące zakupów,
                  oszczędności, sposob spędzania wakacji, urządzanie mieszkania,
                  rozrywki dla dzieci etc. Niech panna urodzi i chwilę nie pracuje -
                  gość bedzie miał genialny pretekst do oszczędzania na niej i
                  kontroli nad wydatkami, z głupich podpasek się będzie rozliczać.
        • arwen8 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 18:53
          magda010 napisała:

          > jakos sie lubimy i pewnie jakos sie kochamy

          I chcecie resztę życia tak "jakoś" przeżyć?
          Jakoś nie widzę w tym najmniejszego sensu...
    • enith Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 21:02
      magda, przyznam, że z rosnącym zdumieniem czytałam ten wątek i post, w którym
      wypunktowałaś ważniejsze różnice między tobą i mężem. Dla osoby postronnej,
      takiej jak ja, wyglądacie na małżeństwo zawarte kompletnie wbrew zdrowemu
      rozsądkowi, ale pewnie oboje z mężem to wiecie. Niektóre z różnic, o których
      piszesz, są do przeskoczenia (moim zdaniem, oczywiście). Kwestia głosowania na
      osobne partie - nie jesteście jedynym małżeństwem w podobnej sytuacji i nie
      rozumiem, czemu drzecie o to koty. Jeśli nie jesteście w stanie kulturalnie
      omawiać kwestii polityki, to omijajcie ten temat. Szczerze mówiąc nie wyobrażam
      sobie kłocić się z mężem o to, że np. ośmielił się głosować na republikanów,
      podczas, gdy ja kibicuję demokratom. To, która partia znajduje się obecnie przy
      władzy w żaden sposób nie ma wpływu na moje stosunki z mężem, a o polityce
      rozmawiamy bardzo rzadko. Kwestia wydawania pieniędzy - nie potraficie się
      dogadać to utwórzcie rozdzielność majątkową. Każde z was płaci za dom, rachunki
      itp. Resztę pieniędzy wydajecie każde wg własnego uznania. Jeśli mąż nie chce
      wydać pieniędzy na urządzenie mieszkania, ty je urządź po swojemu (i za swoje
      pieniądze). Wolisz lepsze jedzenie? Kupuj je sobie sama, a mąż niech kupuje i je
      wg własnych upodobań. O seksie przedmałżeńskim i gejach nie rozmawiajcie, bo
      przecież chyba was to nie dotyczy ?! Wolny czas spędzaj sama i w sposób jaki
      najbardziej lubisz. Pozwól mężowi spokojnie praktykować wiarę, ale też nie chodź
      z nim do kościoła dla świętego spokoju, skoro robisz to ewidentnie wbrew sobie.
      Taka uległość, zapewniam cię, nie popłaca. Uważam, że nad większośią różnic
      między wami można popracować i choć wymagać to będzie ciężkiej pracy i
      wyrzeczeń, to jakiś kompromis dałoby się utworzyć. Natomiast kwestia wychowania
      dziecka chyba jest nie do przeskoczenia. Nie da się bowiem wychować dziecka w
      połowie katolika, a w połowie niewierzącego, a wygląda na to, że żadne z was nie
      pójdzie w tej kwestii na ustępstwa. Efektem tego będzie pewnie sytuacja, gdzie
      mama mówi "a", tata mówi "b", a pośrodku znajduje się skonsternowane dziecko,
      które nie wie, kogo ma się słuchać. Nie decyduj się na dziecko dopóki nie
      wypracujecie w tej materii kompromisu (o ile to w ogóle możliwe). A jeśli
      wszystko inne zawiedzie, nie pomogą poradnie i zdecydujecie się rozwieść, to
      "nie taki diabeł straszny", pod warunkiem, że potraficie się rozstać
      kulturalnie. W mojej najbliższej rodzinie miał miejsce rozwód w ubiegłym roku.
      Para z 18-letnim stażem i dwójką dzieci. Mąż odchodzi do innej kobiety w lipcu,
      a wyrok rozwodowy (bez orzekania o winie)otrzymuje na drugiej rozprawie
      rozwodowej, w lutym. Majątek podzielono po równo, dzieci zdeklarowały się z kim
      chcą zostać i każde z małżonków poszło w swoją stronę. Jak na razie był to
      najszybszy i najbardziej kulturalny rozwód jaki widziałam. Jeśli więc różnic
      między tobą i mężem nie dacie rady pokonać - rozważ separację, a może nawet
      rozwód, bo coś czuję, że prędzej czy później któreś z was znajdzie sobie
      bardziej pasującego partnera i odejdzie w siną dal.
      • arwen8 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 21:29
        Enith, to co opisałaś w niczym nie przypomina kochające się
        małżeństwo. Radzisz unikać istotnych tematów (wiążących się z
        wartościami), nie rozmawiać, szukać kompromisów, robić swoje "po
        cichu", olewać zdanie i poglądy męża, mieć swoje osobne życie
        (konto, pokój, etc.). Nasuwa się logiczne pytanie - po co w ogóle
        tkwić w takim związku? Co Ty w ten związek wnosisz i co z niego
        bierzesz, skoro wszystko jest podzielone?

        Małżeństwo nie jest próbą stworzenia dwóch "jakoś" wzajemnie
        tolerujących się światów pod jednym dachem, lecz tworzeniem jednego
        wspólnego świata. Jeśli nie ma uczucia takiej jedności, jeśli
        częściej mówi się "ja" i "on" a nie "MY", to takie małżeństwo nigdy
        nie będzie w pełni szczęśliwym. Będzie takim sobie trwaniem przy
        sobie (możliwe, że nawet przez 50 lat) ale nigdy nie będzie
        spełnionym, radosnym, lekkim (w sensie, że dodaje Ci skrzydeł)...

        Będzie tylko wspólnym trwaniem, a nie wspólnym życiem.
        • enith Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 22:10
          arwen8, oczywiście, że to tylko namiastka małżeństwa, ale z jakiegoś sobie tylko
          znanego powodu magda dalej w nim tkwi. Stąd moje rady, by, jeśli faktycznie mają
          z mężem zamiar nieść ten krzyż przez resztę życia wbrew rozsądkowi, próbowali
          wypracować kompromis zamiast wpędzać się nawzajem w chorobę. Najłatwiej jest
          napisać "rozwiedź się". A co w przypadku osób, które rozwieść się po prostu nie
          chcą? Zresztą widać, że autorka toleruje takie zycie małżeńskie po łebkach,
          skoro nawet nie jest pewna, czy w ich związku jest miłość. Jeśli ona to
          akceptuje, to czemu ja mam jej pisać o rozwodzie? Takie rady to ona już usłyszała.
    • arwen8 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 25.10.07, 21:16

      magda010 napisała:

      > Jestesmy calkiem inni, mamy inne zasady, podejscie do zycia,
      > marzenia, oczekiwania, styl zycia, poglady religijne, polityczne,
      > po prostu wszystko jest inne.

      W tym zdaniu zawarłaś wszystkie najważniejsze informacje. Zbyt wiele
      Was różni. To nieprawda, że przeciwieństwa się przyciągają. Tak
      wielkie przeciwieństwa (np. religijne, światopoglądowe, etc.) mogą
      jedynie różnić. Owszem, przeciwieństwa typu Ty uwielbiasz pop, a mąż
      siedzi w death metalu da się pogodzić. Ba, takie różnice mogą nawet
      wzbudzać wzajemną fascynację! Ale nie da się pogodzić przeciwieństw
      typu Ty uwielbiasz muzykę i nie wyobrażasz sobie nawet dnia bez
      niej, wtenczas gdy Twój mąż woli całkowitą ciszę. Wasze różnice są
      właśnie różnicami tego drugiego typu.

      Można szukać drobnych kompromisów. Ale nie można zamienić małżeństwo
      w jeden wielki kompromis i poświęcenie się. Żaden związek i żadna
      osoba nie jest warta całkowitej rezygnacji z siebie. A właśnie na
      taką długoterminową rezygnację musielibyście się z mężem zgodzić by
      móc "jakoś" ze sobą przetrwać. Tak, właśnie "przetrwać", bo to, co
      opisujesz w niczym nie przypomina małżeństwa spełnionego,
      szczęśliwego. Problemy się nasilą kiedy pojawią się dzieci. O ile w
      ogóle pojawią się, bo kiedy tak wiele jest różnic, nie sposób jest
      myśleć o potomstwie.

      Możliwe, że stworzyliście swój związek nie całkiem świadomie. Może
      zlekceważyliście swoje różnice światopoglądowe przed ślubem, myśląć,
      że da się je jakoś pogodzić, że miłość czyni cuda, że potraficie
      znaleźć kompromis w każdej sytuacji, że zmienicie się nawzajem, etc.
      Może była presja rodziny i znajomych, lub chęć ucieczki przed
      rodziną. Może była chęć spróbowania siebie w roli "dorosłej osoby",
      bo naglił czas. Może były tysiące innych powodów na które nie
      zwróciliście uwagi. Niestety, nie były to powody sprzyjające
      budowaniu trwałego, mocnego związku.

      Podstawowe pytanie brzmi, czy po tych 3,5 latach chcecie dalej
      walczyć ze sobą, rezygnować z siebie, swoich wartości i poglądów?
      Czy chcecie "ratować" coś, co już na wstępie nie miało szans? Ile
      jeszcze lat jesteście w stanie zmarnować sobie nawzajem, kurczowo
      trzymając się swoich iluzji? Ile chorób psychosomatycznych jesteście
      w stanie przyjąć na siebie, by "ratować" nieuleczalnie chory
      związek? Jakim kosztem? Po co? Dla kogo?

      Wygląda na to, że w chwili obecnej bardziej się boisz tego, co
      powiedzą inni (w przypadku ewentualnego rozwodu) niż cierpienia i
      powolnego zabijania siebie. Boisz się nieznanego i samotności. A tak
      naprawdę najbardziej powinnaś się bać całkowitej utraty siebie.

      > czy ktos mial cos podobnego?

      Owszem! Na dodatek wyszłam z tej sytuacji zwycięsko. Mój ex-mąż
      również. Dziwisz się jak to możliwe? Przez 9 lat małżeństwa plus 5
      lat narzeczeństwa przechodziłam przez piekło, które opisałaś. Niby
      wszystko było dobrze, niczego nam nie brakowało, ex-mąż był
      wspaniałym człowiekiem, pobraliśmy się z miłości, ex-teściowie nas
      wspierali i pomagali (w sposób NIE toksyczny). A jednak coś było nie
      tak. Dzieliło nas dosłownie wszystko, żadnych wspólnych wartości,
      poglądów, marzeń, planów, zainteresowań. Staraliśmy się jednak te
      różnice pogodzić przez te wszystkie lata, ex-mąż bardzo się
      poświęcał, ja też rezygnowałam ze swoich marzeń i pasji. Robiliśmy
      to wbrew sobie, po to by (jak nam się wówczas wydawało) "ratować"
      małżeństwo. Baliśmy się rozwodu. Baliśmy się opinii innych,
      rodziców, znajomych. Baliśmy się przyszłości "nie-razem", ponieważ
      taki kawał młodości spędziliśmy "razem". Albo raczej "razem ale
      osobno". Kłóciliśmy się ostro, coraz ostrzej. Chorowaliśmy. Tyliśmy.
      Wpadaliśmy w depresje. I wciąż chcieliśmy być razem, chcieliśmy
      tworzyć pozory udanego małżeństwa. Może bardziej dla innych, niż
      dla siebie. Baliśmy się przyznać do błędu. Baliśmy się być sobą i
      żyć dla siebie, zgodnie z własnymi wartościami. Baliśmy się zaufać
      swoim uczuciom. Próbowaliśmy przekonać siebie, że każde małżeństwo
      kiedyś przechodzi kryzys a kłótnie są czymś "normalnym"...

      Pewnego dnia trafiliśmy na "Kto zabrał mój ser?" Spencera Johnsona.
      Niby takie oczywiste komunały, a jednak coś nagle do nas przemówiło.
      Zaczęliśmy się powoli wyzbywac lęku przed nieznanym, przed podjęciem
      decyzji, przed byciem sobą. Do tego doszło też przepracowanie
      nierozwiązanych spraw z dzieciństwa, przewartościowanie relacji z
      rodzicami, budowanie pewności siebie i wyzwolenie się z uzależnienia
      od opinii innych na nasz temat. Aż w końcu podjęliśmy wspólną
      decyzję o rozstaniu i wreszcie odetchnęliśmy z ulgą...

      Teraz jestem z Osobą, o której dawniej nie odważyłabym się nawet
      marzyć. Nie wierzyłam, że takie związki w ogóle istnieją, że taka
      miłość nie jest tylko wytworem fantazji pisarzy i reżyserów. Teraz
      WIEM. Wiem też, co jest potrzebne by móc stworzyć związek szczęśliwy
      i całkowicie spełniony - obydwie osoby muszą wiedzieć, kim są i co
      dokładnie czują. Muszą żyć świadomie a nie "jakoś" tam. Łączy nas
      wszystko, co najważniejsze - wspólny światopogląd, podejście do
      religii, polityki, czy zasad życia w rodzinie, definicji przyjaźni,
      miłości, małżeństwa, wspólne marzenia, plany na przyszłość,
      identyczne wartości. Owszem, są też drobne różnice - np. Mąż nie
      lubi zimnego mięsa a ja uwielbiam sznycle i kotlety na zimno; Mąż
      jest uzdolniony muzycznie, a ja - plastycznie; Mąż nigdyby nie
      wsiadł do samolotu, a ja - na statek. Żadne z nas nie poświęca
      swoich wartości dla drugiej osoby. Nie ma mowy o "kompromisach", bo
      wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie po wspólnym rzetelnym
      omówieniu szczegółów sprawy. Nie ma kłótni czy "cichych dni". Są
      rozmowy - długie, szczere, częste. Nie ma walki o dominację,
      o "swoje". Jest współpraca (również w kuchni). Nie ma
      chęci "odpoczynku" od drugiej osoby czy ucieczki do innego pokoju by
      móc poczuć się sobą. Jest ogromna bliskość i radość z bycia sobą ze
      sobą. Nie ma wysiłku, jest lekkość wspólnego tworzenia Naszego
      Małżeństwa.

      Kiedyś nie wiedziałam, jak piękny i radosny może być związek, w
      którym nie trzeba się poświęcać czy rezygnować z siebie, w którym
      można razem się rozwijać, rosnąć, marzyć. Nie "jakoś" się kochać
      i "jakoś" być ze sobą, ale być ze sobą w pełni świadomie. Jest to
      realne i osiągalne! Ale tylko wtedy, kiedy wreszcie przestaniemy
      oszukiwać siebie, poznamy i zrozumiemy swoje uczucia (również te
      bardzo niewygodne, jak złość, nienawiść, żal, smutek, rozgoryczenie,
      ból, wściekłość, lęk), zaufamy im i odważymy się podejmować decyzje
      zgodne z tym zaufaniem.

      Odwagi i powodzenia!
    • mrs.solis Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 02:43
      Ja tam nie widze sensu ciagniecia takiego malzenstwa. Jestescie nim
      dopiero 3,5 roku i jestescie nim zmeczeni a gdzie reszta wspolnego
      zycia jakies 30-40 lat? Chcecie sie tak szarpac cale zycie? No
      chyba,ze jako madrzejsza mu ustapisz i zaczniesz biegac do
      kosciola,glosowac na pis i olac wyglad mieszkania.
      Mialam podobna pare znajomych jak wy. On swietoszkowaty zabuczaly
      gbur,ona dosc liberalna,wesola i pelna zycia. Roznili sie poczawszy
      od gustow w muzyce i filmie po poglady polityczne. Przed slubem byli
      razem 7 lat i rowniez razem mieszkali. Po slubie widocznie wkoncu do
      nich dotarlo,ze takie roznice na dluzsza mete sa nie do pogodzenia
      na reszte zycia skoro malzenstwo trwalo tylko 3 lata i rozwod.
      Ja nie widze dla was szans na szczesliwe dlugie pozycie. Moze
      zdecydujecie byc razem do konca,ale nie bedzie to szczesliwy zwiazek
      i juz wspolczuje waszym przyszlym dzieciom atmosfery w domu.
      • magda010 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 09:16
        moge przytoczyc chocby przyklad wczorajszego dnia - bylo milo jak
        wrocil do domu, ja wczesniej zrobilam male zakupy. maz zobaczyl na
        stole sok i uslyszalam, czemu kupuje sok, przeciez jest za drogi. z
        jednej strony sie wkurzylam, bo mam juz uraz do tych uwag, bo slysze
        je bez przerwy. postanowilam nie robic jednak klotni, wiec zaczelam
        sie troche tlumaczyc, ze to sok z biedronki i kosztowal tylko 1,80
        zl. potem cos mnie jednak gryzlo i zaczelam mu dogryzac, zeby nie
        pil tego soku, bo czemu ja dostaje opieprz,a on go wypija. no to
        oczywiscie stwierdzil, ze zartowal. potem poszlismy razem na wieksze
        zakupy do marketu. jak zwykle mialam wrazenie, ze wszystko co ja
        proponuje jest na "nie", chcialam obejrzec talerze, bo mamy w domu 3
        okropne, to on nie chcial, za to napalil sie na jakis zestaw do
        warzenia piwa, bo on chce warzyc piwo w bloku, w piwnicy. potem ja
        wrzucilam do kosza jakies male cukierki, jakis tanszy jogurcik, a on
        biegal i wrzucal rozne rzeczy z promocji, ogolnie to na co mial
        ochote. gdy mnie pytal czy moze cos tam, to ja zawsze mowie, ze tak,
        bo po prostu tak juz mam, ze uwazam, ze kazdy ma prawo kupic to co
        lubi. ja natomiast wczesniej slyszalam zawsze "nie", teraz jest z
        tym troche lepiej i slysze najwyzej jakas uwage, ale uraz we mnie
        pozostal i naprawde mam stres gdy chce cos wlozyc do koszyka.
        wieczorem przed zasnieciem wywiazala sie dyskusja na temat relacji
        naszych rodzicow z dziecmi, czyli z nami i moj maz strasznie
        napastliwie tlumaczyl, ze nie chce zebym ja miala z dziecmi takie
        relacje jakie miala moja mama ze mna, bo to jakas chora
        nowoczesnosc, ze moja mama potrafi cos mi gadac na mojego tate i to
        jest chore, poza tym on uwaza, ze matka powinna przekazac dziecku
        pewne wartosci, a juz nie musi rozmawiac zbyt intymnie z dzieckiem.
        ja z mama rozmawialam o roznych sprawach, wiedziala troche o mnie, o
        moich chlopakach, problemach itd, to byla jakas wiez, a nie tylko
        szacunek. ja uwazam, ze u meza w domu sa nienormalne stosunki, bo sa
        nieszczere, tylko zyczliwe i nic wiecej. jego rodzice nigdy nie
        wiedzieli nic o problemach swoich dzieci, o niczym z nimi nie
        rozmawiali. pozniej lekko sie poklocilismy, bo maz zaczal mowic, ze
        nie chce zeby jego dziecko bylo np skatem, pozerem, nalezalo do
        jakiejs subkultury, sluchalo np techno, ubieralo sie dziwnie itd.
        dla mnie oczywiscie tez kazde przegiecie jest zle, ale bez przesady,
        nie wszystko co jest z jakas fantazja i jest inne i nowoczesne jest
        zle. sama lubie techno, podziwiam jak ktos umie sie fajnie
        oryginalnie ubrac i ogolnie nie widze nic zlego w tym, ze ktos ma
        jakas pasje, chociazby to byla deskorolka. dla mnie te granice sa
        duuuzo dalej niz dla meza, dopoki nie dzieje sie nic zlego, to neich
        sobie dziecko slucha techno, jezdzi na desce itd. poza tym mam
        wrazenie ze on jest zamkniety na jakas dziecieca fantazje, dziecko
        ma byc mile, grzeczne, spokojne. a ja rozumiem, ze dzieci maja sto
        pomyslow, ze sa kreatywne, ze probuja roznych rzeczy, czasem takich,
        ktore nam sie wydaja glupie, ale dopoki to nie jest zle, to traktuje
        to jak normalna dziecieca fantazje. no i jak zaczelam sie juz
        denerwowac ta rozmowa, to ja skonczylam, bo juz mi do glowy
        przychodzily wizje, ze jak bedzie dziecko, to moj maz nie bedzie mu
        pozwalal np wyjsc z kolegami na deskorolke .. moze przesadzam, ale
        mam jakis uraz i moze pewnie rzeczy wyolbrzymiam, a moze nie. w
        kazdym razie tego typu rozmowy sa czesto i zawsze sie koncza nerwami
        i inna wizja tego wszystkiego.
        • baetka Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 13:02
          Dziewczyno, przeczytaj jeszcze raz może początek tego postu tak jakby pisała to
          inna osoba - i zastanów się, czy nie jest ci żal tej dziewczyny, która kupiła
          sok.Chcesz tak spędzić życie?
          Jednak najbardziej mi żal waszego ewentualnego potomka. Bo boję się, że
          "podleczycie" swoje sprawy na tyle, że zdecydujecie się na dziecko i zaczniecie
          je wychowywać w tej paranoi.
          I nie twierdzę wcale, że rozwód jest najlepszym rozwiązaniem - bardzo mądrze
          napisała jedna osoba powyżej - udany dojrzały związek to związek dojrzałych osób
          - cała ta historia pokzauje że może nie jest wam potrzebna terapia małżeńska,
          ale terapie dla was obojga. I mówię to całkowicie bez jakiejś złośliwości,
          jednocześnie życząc powodzenia
        • mrs.solis Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 16:08
          Jak twojemu mezowi nie odpowiada to co kupujesz to zacznij go
          wysylac samego na zakupy. Co kupi bedzie zarl. Lubi brzydkie talerze
          to fajnie,te brzydkie "przypadkiem" strzaskaj jemu zarcie podawaj na
          papierowych. Lepiej dla ciebie bedzie tanio i mniej zmywania. Zanim
          zdecydujesz sie z nim na dziecko to postaw sie w jego sytuacji i
          wyobraz czy chcialabys miec tak zacofanego ojca,z ktorym nie
          bedziesz mogla nigdy o niczym porozmawiac.
          • arwen8 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 16:35
            mrs.solis napisała:

            > Jak twojemu mezowi nie odpowiada to co kupujesz to zacznij go
            > wysylac samego na zakupy. Co kupi bedzie zarl.

            Zalecasz jedynie bierną agresję (passive-agressive) a nie prawdziwe
            rozwiązanie problemu.
    • chicarica Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 10:02
      Ja myślę, że pan przed ślubem, ale już mieszkając w Polsce, miał problem z
      powiedzeniem swojej rodzinie, że będzie mieszkał z dziewczyną bez ślubu. W
      Niemczech nie było problemu, na zasadzie że jak za granicą to nie grzech bo nikt
      nie widzi, ale wrócił do moherlandii i mu się odmieniło.
      Temu małżeństwu może pomóc zamieszkanie z powrotem w normalnym kraju - np. w
      Niemczech, oraz ułożenie relacji między sobą z dala od moherowego piekiełka.
      • wielorak Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 12:13
        znowu robicie z igły widły. czy ty pracujesz? zarabiasz? jeżeli tak to jakim
        prawem ktoś ci może zabronić kupić coś na co masz ochotę? ja lubię jabłka, mój
        mężczyzna banany. dlaczego miałabym kupić tylko banany dla niego? ja sie nie
        liczę? ja teże pracuję. następnym razem powiedz mu, że zarabiasz na to i to
        właśnie kupić i na każdą uwagę w tej kwestii odpowidaj tak samo- metoda zdartej
        płyty czyni cuda tylko trzeba zawsze odpowiadać tak samo. w koncu się znudzi i
        nie będzie ci zwracał uwagi na takie rzeczy albo po prostu sama powiedz "nie,
        tego nie kupuj" i już. zmień coś- może on wtedy zrozumie swoje postępowanie.
        z drugiej strony też nie jesteś święta i niepotrzebnie wbijacie sobie igły np. o
        sok.
        druga sprawa jeżeli chodzi o wychowanie dzieci. ja mam też różne poglądy ze
        swoim mężczyzną. mam wrażenie że to ja będę ta "miękka ręka" a on "twarda" ale
        osobiście mi to pasuje i cenię sobie, że ma taką wizję, że jest to dla niego
        ważne. jeżeli chodzi o styl, zainteresowania dzieciaka itd wiesz nie mam
        doświadczenia ale z reguły jak rodzice coś planują i chcą dziecko na siłę
        ukierunkować to dzieciak robi odwrotnie. po dziecku niczego nie można być
        pewnym. może trafi się wam grzeczny aniołek a może prawdziwy pędziwiatr, tego
        nie wiesz i takie tematy myślę że są zbyteczne. lepiej porozmawiać np. jak
        zachowałby sie w takiej a takiej sytuacji, co by dziecku powiedzał. myślę że to
        się nazywa rozmowa o wychowaniu a nie na zasadzie "moje dziecko absolutnie tego
        nie będzie słuchać, tamtego nie będzie robić".
        • wielorak Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 16:23
          ciekawi mnie jedno. czy te wszystkie panny, które z taką łatwością pisza o
          rozwodzie zamiast pomóc rozwiązać problem, doradzić WSPÓLNĄ prace obojga ludzi,
          którym się nie ułożyło z taką samą naiwnością i bez skrupułów zakończyłyby swój
          małżeński związek?
          lepiej napisać na forum, niż pójść do urzędu i złożyć pozew.
          oczywiście ja na nikim nie siadam- taka chwila zadumy nad radami niektórych.
          • arwen8 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 16:45
            wielorak napisała:

            > doradzić WSPÓLNĄ prace obojga ludzi

            Świadomie podjęta decyzja o rozwodzie, zrozumienie własnych błędów,
            odpowiedzialności i wartości jest ogromną i barzo ciężką pracą.
            Często taka praca kończy się zawarciem nowego, szczęśliwego,
            zdrowego związku. Jeśli kończy się jedynie powielaniem tych samych
            błędów i uwikłaniem się w taki sam chory związek, to świadczy to
            jedynie o bezmyślności i braku refleksji nad sobą.

            Poza tym trzeba umieć odróżnić związek który można wspólnie naprawić
            od takiego, który już z samego założenia był skazany na
            niepowodzenie. Im wcześniej zdamy sobie z tego sprawę, tym mniej
            wyrządzimy krzywdy sobie i innym.

            Nie wszystko można naprawić i nie za wszelką cenę. Warto o tym
            pamiętac.
          • kawka74 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.10.07, 18:16
            rozwód to też rozwiązanie problemu, nieprawdaż? i to całkiem niegłupie
    • vharia Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 27.10.07, 16:32
      Mam podobnych znajomych. Dosłownie podobnych, bo tam też to on pis-antygej-prokaczor-katolikwojujący. Dla mnie jest facet niestrawny. Zrobiło mu sie to jednak kilka lat po ślubie. Ot- iluminacji doznał :/
      Mieli już dziecko, wspólne kredyty i inne bzdury, koleżanka jest kompromisową (zbyt)ustępliwą osobą. Poradziła sobie tak, że częściowo skręciła w jego stronę. Część poglądów przyjeła, część zracjonalizowała (to-a-to nikomu krzywdy nie czyni przecież), swoje wygłasza na głos bardzo rzadko. Żyją i nie ganiają się z nożami. Chcesz tak?
      Co kto lubi, ja bym nie mogła. Komkpromis także ma pewne wyznaczone rozsądkiem i zwyklym realizmem granice.
    • 22i Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 03.11.07, 04:46
      nie tobie dziewczyno jednej.Tak to już jest
    • ela.buu Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 05.11.07, 18:42
      Mozesz byc nieszczesliwa u boku obecnego meza
      albo dac sobie i jemu sznse byc szczesliwywymi w innym zwiazku.
      Niestety pisze to z wlasnego doswiadczenia
      jest to trudna decyzja
      ale wlasnie ona pozwolila mi byc teraz szczesliwa mezatka a z nim mam czasem
      kontakt przez net ( mieszkam juz za granica )
    • wiolc-ia20 Re: pomóżcie, małżeństwo mi się sypie :( 26.11.07, 08:41
      więcej uczucia i napewno nowe zasady takie które ustalicie wspólnie
      częściej ze sobvą rozmawiajcie o tym czego oczekujecie od drugiej
      połówki!dajcie poprostu sobie szanse i starajcie naprawiać sie błedy
      które za każdym razem były popełniane.powodzenia
Inne wątki na temat:
Pełna wersja