Jestem prawie zdecydowana...

22.11.07, 13:35
na rozwód. Dawno mnie tu nie było ale w moim małżeństwie bez zmian,
nic nie idzie w dobrym kierunku, kompletnie nic. 4 dni jest dobrze
po to żeby na 5 dzień wybuchła wielka awantura, podczas której
słyszę od męża "że gorzej trafić nie mógł", "że mam to jak w banku,
że nie spędzi ze mną całego swojego życia", "że mam się zamknąć" i
inne takie a potem milczy przez 5 dni i traktuje mnie jak powietrze.
Mogłabym się rozpisać ale nie chce mi się bo nic nowego
rewelacyjnego tutaj nie stworzę. Długo wierzyłam i myślałam, że
jednak nam się ułoży, ale jak stoi przede mną człowiek, który 15
miesięcy temu przysięgał mi miłość i wierność do końca swoich dni i
człowiek ten mówi mi, to co napisałam wyżej i inne jakże przyjemne
rzeczy to dochodzę do wniosku, że chyba nie ma w co za bardzo
wierzyć, a myśleć powinnam powoli tylko o jednym-o rozwodzie.
Pozdrawiam.
    • twitti Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 14:59
      a ja nie rozumiem jednego , czy przed slubem nie bylo zadnych problemow?nie
      mieliscie takich dni?bo przeciez nie poznaliscie przed samym slubem!znaliscie
      sie, wiedzieliscie jacy jestescie... Przeciez nie mozna tak bez powodu sie
      znienawidziec... I to rok po slubie.. nie rozmiemiem tego..
      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 16:05
        Były problemy ale nie na taka skalę. A dni takich nie mieliśmy
        ponieważ nie mieszkaliśmy ze sobą, więc nie było po kłótniach
        cichych dni i traktowania się jak powietrze ze strony mojego męża.
        Myślę, że nienawiść to zbyt mocne słowo w naszym przypadku, ja sama
        nie umiem nazwać tego co jest między nami i uwierz mi, że sama tego
        nie rozumiem. Nie chcę zwalać wszystkiego na mojego męża, ale uważam
        (i widzę to dopiero teraz-bo jak miałam wcześniej to widzieć, że mój
        mąż nie dorósł do bycia mężem. Jest to człowiek, z którym nie umiem
        juz rozmawiać jak kiedyś, jest to człowiek bez ambicji jak dla mnie,
        jest to człowiek, który mówi różne rzeczy, które później nijak mają
        się do rzeczywistości, mój mąz mówi o czymś a i tak tego później nie
        robi-i stał się taki po ślubie (albo byłam ślepa po prostu i tyle).
        Czasami mam wrażenia, że on ma podwójną osobowość, potrafi być taki
        wredny i niedobry w stosunku do mnie, po to żeby po paru dniach
        przyjśc i udawać, że nic sie nie stało. Mogłabym napisać książkę na
        temat naszego małżeństwa. Niestety nie wybraliśmy się do terapeuty,
        ja sama również nie poszłam-może powinnam była-niestety nie miałam
        na to czasu ostatnio po prostu-może psycholog pomógłby i zrozumieć
        dlaczego oboje zachowujemy się w taki a nie inny sposób. Ja po
        prostu jestem zmęczona-mam dosyć-nie dość, że mam bardzo strsujacą
        pracę to nawet w domu nie mogę od stresu odpocząć. Nie chcę spędzić
        życia z kimś ko przeciętnie raz na miesiąc będzie mi wygraniał, że
        gorzej trafić nie mógł, muszę w końcu podjać jakąs decyzję-bo mąż
        nic nie robi żeby zmienić swoje zachowanie i żeby zmienić nasze
        małżeństwo na lepsze. Teraz pomilczy parę dni, potem przyjdzie
        przeprosi a za 2 tygodnie znowu usłysze od niego, że jestem jego
        błdem życiowym-nie chcę tego już, to za bardzo boli zresztą uważam,
        że zasługuję na kogoś lepszego-a jesli nie uda mi się znaleźć kogos
        takiego to wole być sama ni znosić takie poniżanie przez niego.
        • twitti Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 18:38
          W takim razie sama musisz podjac ta decyzje!porozmawiajcie jeszcze
          raz na spokojnie, powiedz co czujesz i ze nie widzisz sensu trwwac w
          takim niezdrowym zwiazku!jak oleje i sie nie zmieni to zostaje tylko
          jedno wyjscie!
          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 23.11.07, 09:06
            Rozmawiałam z nim juz nieraz, to on na dzień dobry wychodzi z
            założenia, że nie ma sensu próbować naprawiać, bo za chwilę znowu
            będzie do niczego, jemu się kompletnie nie chce-nie wykazuje żadnej
            inicjatywy w związku z tym, żeby zrobić chociaż jakiś krok w
            kierunku tego, żeby było lepiej-więc tak naprawdę to nie mam z nim o
            czym rozmawiać. Bo jak w porywie emocji znowu usłyszę od niego, że
            jestem taka i siaka i że gorzej trafić mógł to o czym mam z nim
            rozmawiać?
            • twitti Re: Jestem prawie zdecydowana... 23.11.07, 10:30
              To w takim razie jak jemu nie zalezy to co tu ratowac...w zwiazku musi dwom
              osobom zalezec a nie jednej!szkoda ze tak sie ulozylo, tak szybko po slubie, ale
              z drugiej strony moze lepiej ze tak szybko, moze sobie jeszcze zycie lepiej
              ulozycie!moze to nie byla Twoja polowka!tak czy inaczej wspolczuje Ci ze musisz
              podejmowac taka decyzje!pozdrawiam i zycze Ci duzo szczescia:)
    • pronovia Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 15:10
      Cóż, jeśli Wasze małżeństwo nie może się podnieśc po kryzysie
      wywołanym przez Twój komentarz treści: "nie mów do mnie z pełnymi
      ustami" to chyba rzeczywiście nie jesteście dla siebie stworzeni.
      Życzę siły, wytrwałości, powodzenia i rozwagi przy podejmowaniu
      kolejnych życiowych decyzji.
      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 23.11.07, 09:12
        Nie chodzi o ten kryzys, chodzi o wiele innych rzeczy, które się
        nawarstwiają właściwie od samego początku trwania naszego
        małżeństwa. Wiesz ja wyszłam za mąż po to, żeby ząłozyć rodzinę,
        żeby realizowac siebie i mieć wspólne plany marzenia, żeby iść do
        przodu, robić coś a nie stać w miejscu i wiecznie się o wszystko
        prosić, bo mąż sam z siebie nic nie zrobi, jemu się od samego
        początku nie chce-tylko, że ja dopiero teraz tak naprawde zaczynam
        miec pełen obraz jego osoby, na początku tłumaczyłam to sobie, że to
        jego praca na 3 zmiany, że to mój brak dobrej pracy (w zeszłym
        roku), że coś tam, a teraz widzę, że wyszłam za człowieka, któremu
        wcale nie zależy,na tym, żeby jego żona była szczęśliwa, za
        człowieka któremu nie zależy na wspólnej przyszłości, nad jakimś
        własnym dachem nad głową więc i teraz nie dziwię się,że jemu się nie
        chce naprawiać wspólnie ze mną naszego małżeństwa...
    • aserath Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 15:11
      "prawie" - czyli nadal się wahasz...
      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 16:11
        Waham się, ale dałam sobie-albo własciwie mężowi czas do końca roku.
        Po tym jak sie wypprowadził na 2 tygodnie i wrócił we wrześniu
        powiedziałam sobie, że jeśli do końca roku nic się nie zmieni, jeśli
        do końca roku nie zobaczę, że jemu zależy, że robi cokolwiek w
        kierunku, żeby było dobrze, że szuka dla nas mieszkania, myśli o
        przyszłości to pójdę po rozwód-a nic się takiego się nie stało i
        raczej na nic dobrego to się nie zapowiada a ja nie zamierzam
        obudzić się za 10 lat i żałować, że zmarnowałam sobie zycie przy nim
        albo co gorsza, że nasze dzieci muszą patrzeć na chore zachowania
        tatusia i mamusi.
        • lenchen Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 17:25
          Obawiam sie, ze w waszym przypadku to wlasciwa decyzja.
        • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 20:02
          A po co ci w takiej sytuacji nowe, duże mieszkanie i kredyt do spłacenia na 30 lat ? Myslisz, że to jest to co scali Wasz związek ?????????
          piszesz: "jeśli nie zobaczę, że jemu zależy, że robi cokolwiek w kierunku, żeby było dobrze"
          A sama nie zrobiłaś tego co było najważniejsze ! Nie poszłaś do terapeuty, wymigujesz się zabieganiem, pracą... A może on tez jest zabiegany i zestresowany i nie ma czasu...
          Porozmawialiście chociaz o jakims programie naprawczym, zasadach wspólnego pożycia, czy też nie było czasu ani okazji ?
          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 23.11.07, 09:17
            Nie chodzi o nowe duże mieszkanie i kredyt na 30 lat. Chodzi o to,
            że nawet jak było dobrze to nic nie robił w tym kierunku. A co do
            tego, że nie zrobiłam najważniejszego i nie poszłam do terapeuty to
            nie chodzi tylko o pracę, miałam problemy ze zdrowiem, byłam w
            szpitalu, miałam robione rózne badania i żyłam bardziej tym przez
            jakiś czas, nawet wtedy mnie nie wspierał i nie był przy mnie,
            szkoda gadać. Oczywiście, że rozmawialiśmy, puste słowa jeśli chodzi
            o mojego męża-wystarczyła jedna mała iskra, żebym znowu usłyszała od
            niego to co wyżej pisałam, na co mi to?
            • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 23.11.07, 17:32
              Słuszne pytanie: na co ci to ?
              Na co ci małżeństwo, nad którym nie chcesz pracować, w które nie wierzysz, które juz dawno spisałaś na straty ? Na co ci życie z facetem, który juz dawno przestał byc dla ciebie atrakcyjny, do którego straciłaś szacunek, zaufanie, którego przestałaś kochać ?
              Dlaczego zatem tak odwlekasz decyzje o rozstaniu ? Dlaczego tak trzymasz sie tego faceta i uporczywie manipulujesz zdarzeniami (lub ich interpretacją) tak aby przedstawiać sie w roli ofiary ?
              Dlaczego sama siebie sprowadzasz do poziomu męczennicy, nie chcesz wyznaczyc mężowi granic, których przekraczać nie wolno ? Co cię zmusza do tkwienia w takim układzie ?
              Czego sie boisz, gadania ludzi, samotności - tego, że nie spotkasz w życiu juz nikogo interesującego ? Bo w to, ze dasz sobie sama radę nie mam watpliwości. Jesteś zaradną, silną kobitką...
              • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 25.11.07, 13:42
                Nigdzie nie napisałam, że mąż przestał był dla mnie atrakcyjny, że mu nie ufam i
                że go nie kocham. Nie manipuluję zdarzeniami i wcale nie próbuję przedstawić się
                w roli ofiary, po prostu nie wiem co więcej mogę zrobić lub też nie, żeby on
                zrozumiał, że tak dalej być nie może. łatwo jest powiedzieć, dlaczego nie
                wyznaczam granic żadnych, a powiedz mi jaki ja wpływ na to co on do mnie mówi?
                żaden, mogę jedynie się spakować i go zostawić jak następnym razem powie mi coś
                takiego, moje proszenie go i tłumaczenie, że krzywdzi mnie jak tak do mnie mówi
                nic nie daje, więc co mam robić?Niczego się boję, na pewno nie będzie mnie
                obchodziło gadanie ludzie, niech sobie mówią i myślą co chcą. Napisałam
                przecież, że jestem prawie zdecydowana, zaczęłam już szukać mieszkania dla
                siebie na wynajem i jak tylko będę miała siłę, żeby załatwiać resztę spraw to
                zrobię to.
                • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 27.11.07, 19:13
                  Nie ufasz, bo na swoje własne pytanie zadane mężowi w stylu "czy mnie kochasz" wzbudzasz w sobie miliony wątpliwości mimo, ze on powiedział TAK !!! Nie wierzysz w jego odpowiedź, doszukujesz sie drugiego dna w całej sytuacji, w stylu a bo sie nie usmiechnął jak to mówił, a bo nie powiedział tego tak jak chciałaś. Nie wierzysz w jego słowa, jestes nastawiona negatywnie do wszystkiego co jest z mężem zwiazane - a to oznaka nieufności własnie
                  Niemal wszystkie twoje posty zawieraja krytykę twojego mężą. Ja wiem, że to pisanie na forum ma pozwolic wyrzucuc tobie wszelkie nagromadzone frustracje wynikające z kryzysu małżeństwa, ale jestes na tym forum juz sporo czasu i gdzieś miedzy wierszami i narzekaniami jakies ciepłe mysli o mężu powinny sie pojawic prędzej czy później. A ty piszesz o nim chłodno i z dystansem i negatywnie.
                  Abstrahując od tych wszystkich przykrości jakie on tobie zrobił, to nie starasz sie zrozumieć jego punktu widzenia, jego sposobu patrzenia na swiat i zycie. Widzisz tylko ten swój jedynie słuszny model na szczęśliwa rodzinę. Masz nierealne oczekiwania - jak chocby to zwiazane z szukaniem mieszkania, którego sie kurczowo trzymasz, starasz sie zrobic z tego priorytetowe zadanie a ktorego realizacja ma sie nijak do rzeczywistej sytuacji w jakiej sie znajdujesz.
                  Napisałam ci juz kiedys co moim zdaniem możesz zrobic najlepszego dla SIEBIE w tej sytuacji. Możesz iśc do dobrego terapeuty aby pomógł ci sie odnaleźć w tej sytuacji. Każdy by sie pogubił w takiej sytuacji w jakiej ty się znalazłaś. Więc pomóż sama sobie, znajdź doświadczonego terapeutę, ktory pomoże ci nabrac dystansu do sprawy, który pomoże ci spojrzec na to wszystko z innej perspektywy.
                  • nomya Re: Jestem prawie zdecydowana... 11.01.08, 14:41
                    Jestes zbyt krytyczna i wręcz arogancka. Po cholerę dziewczynie
                    terapeuta skoro tylko ona ma ochotę naprawić związek? Do tego muszą
                    być dwie osoby!
                    • aniatko Re: Jestem prawie zdecydowana... 11.01.08, 15:08
                      A mimo wszystko nie lepiej byłoby rozmawiać z nim, do skutku i
                      powiedzieć to co piszesz tu nam wszystkim? Ja wiem, że czasami
                      wsparcie jest potrzebne ale tak naprawdę forum nie rozwiąże
                      problemów za Ciebie. Porozmawiaj z nim raz jeszcze. Przemyśl
                      wszystko, ale przemyśl też siebie...jeżeli nic się nie zmieni to po
                      prostu zrób kolejny krok i tyle...
    • trusia29 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 20:19
      Jęsli jestes tego pewna to nie zwlekaj, szkoda czasu. Po rozwodzie
      tez mozna zyc i to zycie zwykle jest lepsze niż w złym, męczącym
      małżeństwie - jestem tego przykladem.
      • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 20:41
        pewnie, że samodzielne zycie jest lepsze od kiepskiego małżenstwa, ale warto sobie zrobić rachunek sumienia i zastanowić sie na swoimi popełnionymi błędami. Ale nie takimi w stylu: byłam ślepa, bo nie widziałam przed ślubem, że on leniwy jest, tylko tymi istotnymi dla współżycia dwóch osób, np nierealne oczekiwania, chęć dominacji, nieumiejętność zawierania kompromisów, obwinianie partnera o całe zło tego świata, brak empatii itp Bez tego rachunku sumienia, bez uswiadomienia sobie własnych błędó, bez pracy nad soba niestety isnieje duże prawdopodobieństwo, ze w nastepnym związku popełnimy te same błędy, a czym to grozi juz wiemy....
        • trusia29 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 21:58
          Świeta prawda. Moje pierwsze małżeństwo się rozpadło, byla w tym i
          moja wina, choć mój mąz w mojej (i jego zreszta tez) ocenie
          przyczynił się do tego mocniej. Staram się unikać poprzednich błedów
          w drugim małżeństwie i jak na razie udaje mi się to. Z kolei mój
          eks rozwodzi sie po raz drugi własnie, więc u niego z wyciaganiem
          tych wniosków najlepiej nie poszło...
          A na zycie po rozwodzie i bez stałego związku wcale nie narzekalam,
          choc na poczatku balam sie tego. Zdecydowanie lepsze bylo, niż
          awantury małżeńskie.
    • arwen8 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 21:14
      Odpowiedzialność za związek zawsze leży 50/50 po stronie każdego z
      partnerów. Zanim "rozliczysz" meża z jego 50% przyjrzyj się swoim
      50%, błędom, które sama popełniłaś i pozytywnym zmianom, które
      wniosłaś.

      Jakiekolwiek zmiany w związku zawsze zaczynamy OD SIEBIE.
      • trusia29 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.11.07, 21:54
        Zgadzam się, że winę ponosza obie strony, ale co tych proporcji to
        róznie bywa... czasami jedna strona może miec większy udział
        • purecharm Re: Jestem prawie zdecydowana... 25.11.07, 14:49
          A skad takie wyliczenia? Owszem, czesto za rozpad malzenstwa odpowiedzialne sa dwie strony, ale nie rzadziej wina lezy glownie po stronie jednej osoby. Jezeli np. facet nagle robi sie chamski, przestaje mu kompletnie zalezec na rodzinie, przestaje szanowac zone, bo przeciez nie musi sie juz starac, to chyba uklad 50/50 jest nieadekwatny do sytuacji.

          Do autorki: sama siebie oszukujesz. Niby wiesz, ze Twoje malzenstwo nie ma juz szans, ale decyzji o rozwodzie nie podejmujesz. Mozna i 30 lat gadac: powoli mysle o rozwodzie. Po co Ty mu dajesz jeszcze jakies szanse? Przeciez sama wiesz, ze nawet jak sie zmieni, to tylko na chwile. Zastanow sie czy chcesz tak spedzic reszte zycia.
    • wiolc-ia20 Re: Jestem prawie zdecydowana... 26.11.07, 08:04
      wydaje mi sie że mam taki problem jak ty tylko przez cały czas
      oszukuje siebie wmawiajac sobie że wszystko bedzie dobrze....my nie
      mamy takiego problemu bo ślubu nie było!czasem smutno mi kiedy się
      kłócimy ale wina nigdy nie stoi po jednej stronie!czasem wydaje mi
      sie ze lepiej byłoby go zostawić w pizdu!!!ale?!no zawsze jest te
      ale bo kiedy nie ma miedzy nami zgrzytów to jest tak jak było na
      początku<nie wioem co robić;-{
    • dyderko Re: Jestem prawie zdecydowana... 26.11.07, 16:20
      Według mnie dla Was byłaby jeszcze szansa, tylko właśnie oboje
      musielibyście się zmienić. Myślę że Twój mąż ma wady, podejrzewam że
      ma ich mnóstwo (jak zresztą każdy z nas) ale mam wrażenie że właśnie
      Twoje wady, te których sobie nie chcesz uświadomić nie pozwalają Wam
      wyjść z zaklętego kręgu wzajemnych żali i obwinień.
      Przeczytałam Twoje wątki i wiem jedno: nie potrafisz odpuścić. A
      każdą radę byś odpuściła Ty kwitujesz opisem jego karygodnych
      zachowań. Ja rozumiem że on się często zachowuje jak siedmiolatek,
      że często widzi tylko koniec własnego nosa, że nie umie wykrzesać u
      siebie odrobiny empatii dla Ciebie i Twoich uczuć. Ale patrząc na
      jego zachowanie przez pryzmat swojej urażonej dumy nie zbliżasz się
      do jakiegokolwiek porozumienia. Podejrzewam że potem robisz mu
      wykłady jaki on jest zły, jak źle postąpił i ze zdziwieniem
      zauważasz że on jest coraz bardziej zły, coraz bardziej się
      wycofuje, a na koniec reaguje tekstem np. "że gorzej trafić nie
      mógł". A jak by Ty się czuła jakby ktoś Cię wciąż pouczał,
      strofował, karcił...?
      Ja nie twierdzę że on jest w porządku, że należy jego zachowania
      tolerować ale może spróbuj inaczej i nie wychowuj go tak
      ostentacyjnie! On Ci przyprowadza kumpla w sam środek zaplanowanego
      dnia to Ty mu robisz wykład na temat niestosowności, że zrobił Ci
      przykrość, że nie liczy się z Tobą, ja się nie dziwię że on jest
      coraz bardziej zły (nikt nie lubi poczucia winy), ma coraz większą
      ochotę uciec, więc broni się (najgorzej jak może ale broni). Nie
      mogłaś mu powiedzieć po prostu „Zorganizowałeś mi dzień, to wybacz
      ale teraz trzeba posprzątać. No i kolację zrób a ja idę odpocząć.
      Czekam na Ciebie kochanie.” Jestem pewna że posprzątałby, Ty
      odpoczęłabyś a i on zapamiętałby że jak zrobi coś nieplanowane to
      może liczyć na nieplanowane obowiązki. To przykład ale tak jest ze
      wszystkim, zamiast wiercić dziurę w brzuchu do momentu obudzenia
      agresji w przeciwniku, można zawsze wymyślić coś co pozwoli
      odpokutowanie grzesznikowi bez robienia z niego strofowanego
      smarkacza.
      No i włącz dziewczyno poczucie humoru, bo nic tak nie zabija jak
      powaga!
    • miaau Re: Jestem prawie zdecydowana... 28.12.07, 18:53
      trzymałam za was kciuki.. co postanowiłaś?
      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 07.01.08, 12:18
        Nic nie postanowiłam i momentami sama nie wiem na co czekam. Są
        rzeczy o których tutaj nie pisałam. Pod koniec listopada odbyłam z
        mężem jedną z poważniejszych naszych małżeńskich rozmów-właściwie to
        po raz pierwszy w życiu chyba mój mąż miał więcej do powiedzenia ode
        mnie. Powiedział mi wtedy bardzo wiele ważnych rzeczy, złożył różne
        obietnice-wzajemnie sobie obiecywaliśmy rózne rzeczy, poprawę
        swojego zachowania a przede wszystkim podjeliśmy decyzję o terapii-
        mąż wziął tą sprawę na siebie-powiedział, że się zajmie szukaniem
        jakiejś przychodni-że bierze sprawę na siebie i.....no właśnie i
        jest początek nowego roku a on nic w tym kierunku nie zrobił, a miał
        3 tygodnie wolnego-dopiero dzisiaj wrócił do pracy po świętach.
        Rozmawiałam z nim na ten temat, ale jakoś nie uzyskałam od niego
        żadnej odpwowiedzi-tak jakby temat przestał istnieć i teraz na
        pierwszym miejscu jest coś innego (sesja, egzaminy i pisanie pracy
        oraz jej obrona prawdopdobnie w marcu) a nasze małżeńswto poszło w
        odstawkę. Nie wiem jak się zachować, jest mi strasznie przykro -
        boli mnie to, że mąż zupełnie nie dostrzega rzeczy, które mnie bolą
        i martwią jeśli o nas chodzi - wiecznie coś innego jet ważniejsze od
        nas i od poprawy naszego małżeństwa-nie rozumiem tego. Ja rozumiem,
        że studia są ważne i nie jestem jakaś heterą, która nad nim stoi i
        każe mu szukać terapeuty dla nas-dałam mu czas, odpuściłam w wielu
        kwestiach, starałam się nie zawaracać mu głowy tematem-żeby miał
        czas sam się z tym oswoić i poszukać czegoś dla nas a on nic.
        Mieliśmy parę niefajnych kłótni i niemiłych sytuacji od tamtej
        rozmowy, ale ogólnie jest nieco lepiej niż na przełomie lata i
        jesieni, ale nie jest tak jak byc powinno i sama nie wiem za czym
        czekam bo jak dla mnie to on się nie zmienia i nadal nie wykazuje
        chęci zmian, pomimo obietnic jakie mi złożył.
        • trusia29 Re: Jestem prawie zdecydowana... 07.01.08, 20:03
          Asiek, ale o co chodzi? Zle wam, od wielu miesiecy opisujesz wasze
          kłotnie i swoje frustracje, teraz znowu mąż obiecał terapie i
          niezałatwił... Złóż po prostu pozew i nie czekaj, bo ci zycie ucieka
          na marudzeniu i nieszczesciu. Zostaniesz marudna, niezadowolną z
          zycia baba obarczona nieopdpowiednim męzem jesli nie wezmiesz sprawy
          w swoje rece.
          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 09.01.08, 11:50
            No wiem wiem, ale wiesz-łatwo powiedzieć, gorzej z realizacją. Niby
            jestem twarda, ale boję się, wiesz wciąż mam nadzieję, że może
            otworzą mu się wreszcie oczy, że może ruszy się wreszcie i zrobi
            coś, żeby mi pokazać, że jemu na nas zależy- z drugiej strony sama
            jestem sobie sobie winna, bo widzę, że on nie dotrzymuje danych mi
            słów a i tak nic z tym nie robię - i on w tym momencie widzi, że ja
            mu pozwalam olewać temat - z drugiej strony tyle próśb, moich słów i
            rozmów a z hego strony :NIC. Już sama nie wiem. Wiesz już naprawde
            myślałam, że coś się ruszy po naszej rozmowie pod koniec listopada,
            po raz pierwszy widziałam jak mój mąż płacze i przez łzy mi obiecał,
            że się zmieni, że pójdziemy na terapię. Nie rozumiem jego
            postępowania i chyba nigdy nie zrozumiem, nie wiem co nim kieruje, a
            jak zadaję mu pytania w stylu "dlaczego obiecałeś a nic nie robisz"
            to om ma pretensje do mnie, że marudzę i znowu mam o coś do niego
            pretensje...przecież to nie ja jestem niesłowna, tylko on.
        • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 09.01.08, 18:55
          A czym różniła się ta poważniejsza rozmowa od tych wszystkich innych ? Co Wam dała ? Coś się zmieniło dzięki niej ?

          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 09.01.08, 21:15
            Tym, że mój mąż w momencie, kiedy mu powiedziałam, że nie widzę już naprawdę
            innego wyjścia jak rozwód popłakał się jak małe dziecko i właściwie to prawie na
            kolanach prawie mnie prosił i przepraszał za wszystko-czego nigdy wcześniej nie
            robił-zawsze podczas innych rozmów buntował się przeciwko mnie, nie chciał
            przyznawać mi racji a podczas tej rozmowy to zrobił - powiedział wiele ważnych
            rzeczy, mówił długo-co również u niego jest rzadkością ponieważ zazwyczaj nie
            miał nic do powiedzenia, po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy usłyszałam od
            niego, że on docenia wszystko co robię, że nie chce innej kobiety, że chce mnie
            i, że zrobi wszystko żeby poprawić swoje zachowanie i naprawić to co psujemy,
            tym właśnie różniła sie ta rozmowa od innych, które zazwyczaj i tak kończyły się
            wielkimi kłótniami.
            • alis123 Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 00:54
              a jak bylo po rozmowie? na drugi dzien? przez pierwszy tydzien?
              Probowal sie jakos wykazac, zmazac winy, nadskakiwac ci? Nie wiem,
              moze warto spisac ustalenia na kartce, powstawiac daty - co na kiedy
              kto w ajki sposob zalatwia
              • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 09:40
                Może przez pierwsze parę dni był inny niz wcześniej, bardziej się
                starał, ale dośc szybko przestał i właściwie w tej chwili znowu
                jesteśmy w punkcie zerowym. Nie jest jakoś fatalnie i okropnie
                między nami, ale jednak podczas poważniejszych rozmów i małych
                kłótni widze i odczuwam, że my sobie nie umiemy sami poradzić z
                nasyzmi problamami i nie umiemy rozmawiać ze sobą. Domyslam się, że
                mój mąż wychodzi z założenia, że skoro jest w miarę jakoś na co
                dzień to już nie trzeba iść na terapię, szkoda tylko, że nie widzi
                jak źle się dzieje między nami jak się kłócimy albo jak rozmawiamy o
                zwykłych sprawach dotyczącycyh nas i naszej wspólmnej przyszłości.
                Nie ukrywam również, że nie czuję się na co dzień dobrze traktowana
                przez mojego męża, są rzeczy, które mnie bolą, sprawiają mi
                przykrość-mówię mu o tym, proszę żeby pewnych rzeczy nie robił i nie
                mówił w taki sposób jak to robi, a on się zachowuje jakby do niego
                kompletnie nie dochodziły moje słowa-przekręca wszystko w żarty,
                traktuje sprawę zupełnie niepoważnie a na drugi dzień znowu jest
                taki jaki był poprzedniego dnia-zupełnie nie liczy się z moimi
                uczuciami.
            • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 08:59
              Rozumiem.
              A ty ? jakie ta rozmowa wywarła na tobie wrażenie Asiek06 ?

              Do Alis123:
              Uważasz, że zona powinna byc strażnikiem swojego męża, wyliczać, sprawdzać, odpytywać, kontrolować ?

              • agrafka781 Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 09:22
                Asiek06 piszesz,że mąż obiecał że pójdziecie na terapię,że on się
                zajmie tą sprawą i jak do tej pory nic nie załatwił. Znam ten typ
                faceta bo mój mąż też dużo mówił i obiecywał , gorzej było z
                realizacji.
                Ja po kolejnej awanturze spakowałam swoje rzeczy i oznajmiłam ,że
                się wyprowadzam i nie wrócę dopóki on nie pójdzie do psychologa.
                Niestety , nie jestem twardzielem, i przekonał mnie żebym została,
                ale postawiłam warunek: w ciągu dwóch tygodni ma znależć poradnie i
                iść do psychologa, i nie interesowało mnie że ma dużo pracy,że nie
                ma czasu i takie tam. No i udało się, ale tylko dlatego że on
                zrozumiał,że naprawdę odejde jeśli czegoś nie zrobi. Myąlę,że
                powinnaś dać mu konkretny termin a jeśli się z tego nie wywiąże
                wyprowadzić się, czytałam wcześniej twoje posty i wydaje mi się że
                zbyt długo źle się dzieje w twoim małżenstwie i rozmowy już nie
                pomogą. Jeśli chcesz to ratował musisz użyć bardziej radykalnych
                środków.

                życzę powodzenia








              • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 09:25
                Na mnie ta rozmowa wywarła niesamowite wręcz wrażenie, po raz
                pierwszy zobaczyłam mojego męża właście takiego, bardzo sie
                wzruszyłam gdy sie popłakał, również go przeprosiłam i obiecałam się
                poprawić w swoim zachowaniu-bo przecież to nie tylko on jest tym
                złym, ja też mam swoje za uszami. Po tej rozmowie znowu uwierzyłam w
                to, że mojemu mężowi zależy na nas, że mnie naprawdę kocha i że
                zrobi wszystko żeby było lepiej, że zajmie się znalezieniem
                terapeuty dla nas-podzwoni, poszuka w internecie, uwierzyłam mu. A
                na chwile obecną przestałam mu wierzyc i wiem, że to były tylko
                puste słowa jak większość słów mojego męża ponieważ po dzień
                dzisiejszy nic nie zrobił. A ja nie będę go w tym wyręczać-nie mam
                na to zupełnie ochoty-z jakiej racji znowu ja mam załatwiać nasze
                sprawy-dlaczego mój mąż ma czas na sprawy, które sa jego sprawami,
                ale na nsze wspólne już nie?..zupełnie tego nie rozumiem i chyba
                nigdy nie zrozumiem.
                • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 09:49
                  Asiek06, wchodzisz znów w swoja konwencję narzekania, wymagania, wyznaczania kolejnych prób, które on musi przejść. Moim zdaniem nie tędy droga. A dlaczego nie możecie razem poszukac tego terapeuty ? W koncu terapeuta powinien wzbudzic zaufanie i twoje i mężą. Naprawdę nie możecie spróbować tego zrobić wspólnie, a nie zwalac jedno na drugie ?
                  No, można iść na noże, zrobic kolejna wojnę ale czy wówczas bedziecie jeszcze mieli ochotę na tą wizytę w poradni ?
                  Obietnice składane pod wpływem tak silnych emocji z reguły sa troche bez pokrycia. I wcale nie musi wynikać to ze złej woli obiecujacego. Pamietasz jakis czas temu, kiedy ja tobie sugerowałam abyś poszła po poradę do psychologa, też miałaś milion powodów dla ktorych tego nie zrobiłaś. On też sie prawdopodobnie czuje niepewnie w tej sytuacji, czegoś tam sie boi, tak jak ty. Moim zdaniem powinniście się starać sobie wzajemnie pomóc w tym. Zrozumienie, wsparcie, współpraca - bez tego nie da rady.
                  • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 10:56
                    Nie wchodze w żadną konsekwencję. To jest mój mąż, dorosły człowiek
                    i chyba powinien umieć sam zcasami cos załatwić-tymbardziej jeśli
                    obiecał, że to zrobi. Wiesz ja nie zamierzam prowadzić go za rekę
                    całe życie. Zgodzę się z Tobą, że jest potrzebne zrozumienie,
                    wsparcie i wzajemna współpraca-ale chodziło o to, że mąz miał
                    znaleźć parę klinik, miął podzwonić po nich, dowiedzieć się jakie są
                    ceny-zrobic tak zwany wywiad-i potem miał usiąść ze mną i
                    opowiedzieć mi o wszystkim - nie zrobił tego - co dla mnie jest
                    jednoznaczne z całkowitym olaniem tematu przez niego. Tak jak wyżej
                    pisałam, w chwili obecnej mój mąż myśli tylko o jednym-o swoich
                    studiach, pisaniu pracy i o obronie-żadne inne tematy dla niego nie
                    istnieją-czy według Ciebie to jest sprawieldwe z jego strony? Z
                    jakiej racji ja potrafie pracować, zajmowac się domem, szukać dla
                    nas mieszkania i w wiekszości czynnościach wykazywać zainteresownaie
                    nami a nie tylko sobą a on skupia sie tylko na sobie? Nie na tym
                    polega małżeństwo, że się myśli o sobie tylko przede wszystkim o
                    drugiej osobie i o tym , żeby nam było dobrze a nie tylko mi. Gdybym
                    ja złożyła mojemu meżowie te obietnice, które on mi złożył w
                    listopadzie i do dnia dzisiejszego bym nic nie rzobił w tym kierunku
                    to chyba bym się ze wstydu przed nim spaliła wiesz-a on nie powiem
                    gdzie to ma, jego to kompletnie nie rusza i ja mama jeszcze byc
                    wyrozumiała w tej chwili-z jakiej racji? przykro mi ale akurat w tej
                    kwestii nie zgadzam się z tym co napisałaś.
                    • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 10.01.08, 12:38
                      A rozmawiałaś z nim o tym dlaczego nic nie zrobił do tej pory ? Wyznaczyliście jakis termin kiedy miał to zrobić ? Wytłumaczył sie jakoś ?
                      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 13.01.08, 16:43
                        Nie wytłumaczył się. Jak ostatnio chciałam z nim o tym porozmawiać to
                        stwierdził, że znowu narzekam i mam do niego o coś pretensje więc odpuściłam bo
                        nie chciałam kolejnej kłótni. Mieliśmy zacząć chodzić od stycznia-także w
                        grudniu miał się rozejrzeć i mieliśmy podjąć decyzję gdzie będziemy chodzić i za
                        ile. Teraz ma ważniejsze sprawy na głowie-studia, pisanie pracy, egzaminy, jak
                        zacznę mu teraz o tym przypominać i rozmawiać o tym to i tak wiem, że się za to
                        nie weźmie bo ma co innego głowie. Mnie najbardziej boli to, że on nie umie
                        usiąść ze mną jak człowiek i normalnie o tym porozmawiać-powiedzieć cokolwiek,
                        przeprosić za to, że nic jeszcze nie zrobił-on sobie po prostu żyje z dnia na
                        dzień i myśli, że tak jest dobrze.
                        • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 15.01.08, 18:36
                          asiek06 napisała:
                          > Mnie najbardziej boli to, że on nie umie
                          > usiąść ze mną jak człowiek i normalnie o tym porozmawiać

                          A zastanawiałaś sie dlaczego tak jest, z jakiego powodu nie chce z toba normalnie rozmawiać ?
                          Ja bym chciała wiedzieć, co tak bardzo drażni mojego mężą, że niemal każdą próbę rozmowy odbiera jak atak na siebie. Czego się boi ?

                          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 16.01.08, 07:57
                            Oczywiście, że się nad tym zastanawiałam, zastanawiam sie nad tym
                            codziennie i dochodzę do wniosku, że chyba tylko wizyta u terapeuty
                            mogłaby nam pomóc w tej kwestii - ale skoro mąż zapomniał o temacie
                            i udaje, że wszystko jest ok to nie pozostaje mi nic innego jak
                            pójśc samej i dowiedzieć się conieco o własnym zachowaniu i
                            podejściu do tego wszystkiego - może psycholog mi wyjaśni dlaczego
                            mąż się zachowuje tak a nie inaczej skoro on sam tego nie potrafi
                            zrobić.
    • olga85 Re: Jestem prawie zdecydowana... 11.01.08, 18:10
      rzadko tu bywam, ale zawsze są twoje posty o tym jak że twój związek się psuje.
      Dziewczyno- rozwiedź sie wreszcie.
      Bez obrazy.
    • agrafka781 Re: Jestem prawie zdecydowana... 14.01.08, 10:24
      Zrób w końcu coś konkretnego,żeby zmienić beznadziejną sytuację w
      której tkwisz już tyle czasu. Chyba zdażyłaś się zorientować ,że
      twój mąż nie jest człowiekiem z którym wystarczy odbyc poważną
      rozmowę, przedstawić swoje racje a on to przemyśli i zmieni swoje
      postępowanie żeby było lepiej. Z tego co piszesz odbyliście juz
      wiele takich rozmów i nic z tego nie wyszło.
      Twój facet potrzebuje kopa,żeby się ocknąć. Potrząśnij nim w końcu,
      wyprowadź się, złóż wniosek o rozwód, może to go otrzeźwi i
      uświadomi, że naprawdę może Cię stracić.
      • twitti Re: Jestem prawie zdecydowana... 14.01.08, 10:52
        Jesli masz sie gdzie wyprowadzic, to zawsze mozesz na jakis czas sie wyniesc:)
        moze sie przestraszy i wystarczy!Sprawa rozwodowa to moim zdaniem ostatecznosc!

        A tak w ogole to wydaje mi sie ze oboje macie na maxa inne charaktery (ale moge
        sie mylic).. pewnie ty lubisz wszystko zalatwic od razu,a on wszystko odklada, z
        niczym sie nie spieszy.. jesli tak jest to bedziecie sie zawsze o wszystko klocic..
    • hrabina_murzyna Re: Jestem prawie zdecydowana... 16.01.08, 09:19
      Ale Asiek już tak ma, że lubi rozmawiać, a mąż nie ma ochoty
      rozmawiać o dupie marynii. I Asiek się nie rozwiedzie, bo najpierw
      musi o tym porozmawiać.
      • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 16.01.08, 12:36
        Jeżeli uważasz, że nasze problemy małżeńskie, kłopoty, różne
        niefajne sytuacje, kłótnie i to wszystko co nas spotyka i wcale nie
        idzie ku dobremu to rozmowy o dupie maryni to bardzo Tobie dziekuję
        za ta opinię-jestem bardzo ciekawa co Ty byś zrobiła z podobnej
        sytuacji - nie rozmawiałabyś w ogóle pewnie co-tylko od razu byś po
        rozwód poszła - ja taka nie jestem.
        • agrafka781 Re: Jestem prawie zdecydowana... 16.01.08, 16:40
          ale czasem sama rozmowa nie wystarczy, gdyby to było takie proste,
          to nie byłoby rozwodów, wystarczyłoby porozmawiać.
          Sama piszesz,że rozmawialiście mnóstwo razy, niektóre rozmowy były
          bardzo szczere, głębokie, wydawało Ci się,że Twój mąż zrozumiał o co
          Ci chodzi, że postanowił cos z tym zrobic. Ale minął jakiś czas a on
          mimo obietnic nie zrobił nic. I te bzdurne wymówki,że nie ma czasu
          bo ma sesje. Przecież dla niego nie powinno byc nic ważniejszego niż
          ratowanie waszego małżeństwa. Jestem pewna ,że Ty poruszyłabyś niebo
          i ziemie nie zważając na to,że nie masz czasu, jesteś zmeczona czy
          masz inne ważne sprawy, jeśli to miałoby wam pomóc.

          Więc chyba nie tędy droga, owszem rozmawiać trzeba, ale twój mąż
          musi uświadomić sobie,że naprawdę możesz odejść, bo na razie tylko
          mówisz a nic nie robisz, jestes niekonsekwentna, więc mało
          wiarygodna.
          • twitti a co sadza o tym wasi najblizsi? 16.01.08, 17:01
            Bo oni stoja z boku i na pewno wiedza wiecej niz piszesz na forum:)
            co na to Twoi rodzice?czy rozmawialas z jego? wasi wspolni i nie
            wspolni znajomi? czy rozmawialas z nimi? co ci radza?
          • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 16.01.08, 22:48
            I te bzdurne wymówki,że nie ma czasu
            > bo ma sesje. Przecież dla niego nie powinno byc nic ważniejszego niż
            > ratowanie waszego małżeństwa. Jestem pewna ,że Ty poruszyłabyś niebo
            > i ziemie nie zważając na to,że nie masz czasu, jesteś zmeczona czy
            > masz inne ważne sprawy, jeśli to miałoby wam pomóc.

            Dokładnie jest jak piszesz-gdybym tylko wiedziała co i jak mówić, jak postępować
            to zrobiłabym wszystko żeby było lepiej - a co do męża to widocznie dla niego są
            rzeczy ważniejsze - "nie mam czasu" słyszę od niego przeciętnie 5 razy dziennie-
            nawet jak go proszę o jakiś drobiazg. Jestem psychicznie zmęczona tym wszystkim
            i mam serdecznie dosyć-chociaż siły mnie jeszcze do końca całkiem nie opuściły.
            Masz racje, że jestem niekonsekwentna - i muszę w końcu coś z tym
            zrobić-zamierzam iść do terapeuty-narazie sama-no i zobaczymy co będzie dalej...
        • hrabina_murzyna Re: Jestem prawie zdecydowana... 21.01.08, 13:16
          asiek06 napisała:

          > Jeżeli uważasz, że nasze problemy małżeńskie, kłopoty, różne
          > niefajne sytuacje, kłótnie i to wszystko co nas spotyka i wcale
          nie
          > idzie ku dobremu to rozmowy o dupie maryni to bardzo Tobie
          dziekuję
          > za ta opinię-jestem bardzo ciekawa co Ty byś zrobiła z podobnej
          > sytuacji - nie rozmawiałabyś w ogóle pewnie co-tylko od razu byś
          po
          > rozwód poszła - ja taka nie jestem.


          I tu się mylisz. Nie rozmawiałabym na pewno, ale zaczęła działać.
          Skończyła bym z rolą gadającej cierpiętnicy i zaczęła być fajną,
          seksowną i zadbaną babką i milczącą żoną. A leniwego małżonka
          miałabym w samym rogu d...Może sam by zrozumiał, a jak nie to
          wystawiłabym walizki za drzwi i zaczęła szukać zastępstwa:)Te całe
          terapie to pic na wodę, jak ktoś chce być ze sobą to się dogadaa.
    • asiek06 Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.01.08, 14:31
      Na pewno niejedna z Was napisze, że zrobiłam bardzo źle, że nie
      powinnam i inne takie ale w sobotę przeczytałam smsy w telefonie
      mojego męża i znalazłam smsa, w którym to jego koleżanka z pracy
      wyznaje mu miłość-od niego do niej również były smsy o różnej
      treści. Mąż nie wie, że je widziałam a ja od soboty głowię sie nad
      tym co zrobić. Tzn. wiem co zrobić ale nie wiem jeszcze jak i kiedy.
      Zaczyna do mnie docierać dlaczego mąż nie wykazuje chęci naprawy
      naszego związku, dlaczego traktuje mnie tak jak mnie traktuje. Znam
      imię tej dziewczyny, parę miesięcy temu znalazłam zdjęcia od niej,
      które przesłała mojemu mężowi na jego skrzynkę pocztowę-on
      twierdził, że to niby zdjęcia jej nowego mieszkania-że ją prosił, bo
      chciał zobaczyć jak sie urządziła-a ja widziałam, że na większości
      zdjęć jakoś nie ma mieszkania tylko jest ona-sama. Głupia byłam
      wierząc, że może być lepiej, teraz to już tylko może być gorzej
      (jeśli o nasze małżeństwo chodzi). Nie wiem tylko kiedy i w jaki
      sposób powiedzieć mężowi o tym, że wiem o jego koleżance. A ja się
      dziwiłam, że on od ładnych paru tygodni cały czas chodzi z telefonem
      przy sobie i ciągle gdzieś smsuje-jak sie pytałam do kogo tak pisze,
      odpowiedź brzmiała "do kolegi". Możecie napisać, że nie powinnam
      grzebać w jego telefonie ale po tym czego się dowiedziałam, jakoś
      nie uważam, że zrobiłam coś nietak. W lutym minie 1,5 roku od
      naszego ślubu-zmarnowany czas i na co mi wszystko było???...
      • aniatko Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.01.08, 15:28
        To przynajmniej masz dobry argument i broń w sądzie - wystąp o
        rozwód z jego winy. I tyle. A potem ułóż sobie normalnie życie i
        bądź wreszcie szcżęśliwa ;)
        • matylda_n Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.01.08, 16:37
          aniatko napisała:

          > To przynajmniej masz dobry argument i broń w sądzie - wystąp o
          > rozwód z jego winy. I tyle. A potem ułóż sobie normalnie życie i
          > bądź wreszcie szcżęśliwa ;)

          Jaki argument i o czym świadczący ?????

          A do asiek06
          Przykre...
          Szkoda, że facet ucieka przed problemami zamiast się z nimi zmierzyć.
          Co zamierzasz ?

          Trzymaj się :)

      • madziaq Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.01.08, 16:24
        Jak mam być szczera, to wydaje mi się, że tym razem tez nic z tego rozwodu nie
        wyjdzie. Od jakiegoś roku czytam wasze perypetie i mam wrażenie, że już po raz
        n-ty jesteś prawie zdecydowana i co? Jak dotąd nic. A opisywałaś tu gorsze
        rzeczy niż SMS od koleżanki. Skoro przeszłaś do porządku nad rękoczynami to i
        SMSa przeżyjesz i dalej bedziesz opowiadać, jaki mąż jest niedobry... Nie chcę
        być brutalna, ale ja to tak z boku widzę
      • chicarica Re: Jestem prawie zdecydowana... 22.01.08, 18:52
        Wcale nie mówić mężowi, tylko zgrać sobie te smsy i wszelkie inne dowody i
        składać pozew z orzeczeniem o winie.
        Ale założę się, że tego nie zrobisz i będziesz jęczeć na forum jeszcze pięć lat,
        a potem się przyzwyczaisz.
        • annb a moze to jest 22.01.08, 23:57
          konkurs na najdluzszy watek?
          • asiek06 Re: a moze to jest 23.01.08, 08:38
            no na pewno, bardzo śmieszne:)
            • annb Re: a moze to jest 23.01.08, 09:57
              to wreszcie zrob cos ze swoim zyciem
              a nie jojcz w necie
              • asiek06 Re: a moze to jest 23.01.08, 10:40
                dziękuję za radę - na pewno coś zrobię
                myślałam, że od tego jest Forum - nie tylko od dzielenia się miłymi
                sprawami ale też tymi beznadziejnymi
                • annb Re: a moze to jest 23.01.08, 11:05
                  w sumie mozna przyjadz ze jest
                  ale taka powiesc w odcinkach zaczyna byc niestrawna
                  • asiek06 Re: a moze to jest 23.01.08, 11:17
                    nie musisz jej czytać jeśli Tobie nie odpowiada i masz w związku z
                    nią problemy z żołądkiem - sprawa rozwiązana
                    • annb Re: a moze to jest 23.01.08, 11:42
                      jasne ze nie musze
                      ale zastanawiam sie co takiego fajnego jest w byciu poniżana
                      lekceważoną
                      co takiego fajnego jest w braku poszanowania
                      ze jeszcze w tym tkwisz
                      nie poszukasz dla siebie pomocy
                      tylko czekasz na krok pana meza ktory caly ten zwiazek ma juz
                      gleboko...
                      no skoro lubisz jeczec zamiast dzialac i chronic swoja psychike
                      to sobie jecz
                      • asiek06 Re: a moze to jest 23.01.08, 12:00
                        już nie czekam na jego krok-podjęłam decyzję, że się wyprowadzam,
                        myślę jeszcze tylko nad tym dokąd
                        • miaau Re: a moze to jest 24.01.08, 09:34
                          przykre - ale to chyba jedyna słuszna decyzja, tylko trzymaj się jej.. a ja
                          trzymam kciuki..
                        • madziaq Re: a moze to jest 24.01.08, 09:41
                          No to brawo :) Teraz czekamy na post pt. "Uwolniłam się od niego i wreszcie
                          jestem zadowolona z życia" A do rodziców nie możesz wrócić, przynajmniej na
                          jakiś czas, zanim czegoś dla siebie nie znajdziesz? Bo wiesz, wydaje mi się, że
                          takie decyzje najlepiej szybko wprowadzić w czyn, bo potem będzie tylko trudniej.
                          • asiek06 Re: a moze to jest 24.01.08, 11:56
                            no chcę iść na jakiś czas do Mamy ale muszę to jeszcze z nią
                            obgadać, w między czasie będę sobie szukała czegoś na wynajem bo nic
                            innego mi nie pozostaje, mam nadzieję, że taki post się za jakiś
                            czas pojawi-ale wiesz rozwód pewnie trochę potrwa...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja