iga-filip
14.05.08, 07:25
Czy normalne jest to, że 32-letni facet, który mieszka z żoną i za niecałe 3
miesiące będzie miał dziecko, daje swojej mamie "kieszonkowe"?
Mamy do dyspozycji tylko wypłatę męża - ja studiuję dziennie dwa kierunki i
jestem w 7 miesiącu ciąży, więc do pracy pójść nie dam rady, chociaż naprawdę
bardzo bym chciała... Po odliczeniu rachunków, jedzenia i biletów z wypłaty
zostaje 700 złotych. Z tego małżonek odpala swojej mamie 350 zł, czyli do
dyspozycji mamy także 350 - na dwie dorosłe osoby i dziecko... Mąż twierdzi,
że "jestem materialistką i mam klapki na oczach" i robię aferę o takie
śmieszne pieniądze. Tyle, że przez ostatnie 3 lata ja takie "śmieszne
pieniądze" miałam za wynajem pokoju i z tego płaciłam za połowę rachunków i za
karmę dla psa, a mój mąż (wtedy jeszcze narzeczony) płacił drugą połowę i
czasami robił zakupy (ja "dla równowagi" przywoziłam wałówki od rodziców).
Wtedy było ok i materialistką nigdy w życiu by mnie nie nazwał - bo kosztowało
go to kilka stów miesięcznie. Teraz jestem zołzą, bo ośmielam się upominać o
kasę na łóżeczko, wózek i wyprawkę dla dzieciaka. Zostały nam niecałe 3
miesiące do porodu, później na dziecko będzie trzeba wydawać kasę regularnie i
pewnie w większej ilości...
Tak się zastanawiam - które z nas powinno się popukać w czółko?