czy tylko dobro dziecka się liczy?

01.10.08, 09:58
Historia żałosna. miałam najpierw chłopaka, potem męża który mnie
kochał i poświęcał się dla mnie jak nikt. tak byłam go pewna że
zbytnio zajęłam się sobą - kolejne (trzecie) już studia a wieczorami
internet. pojawiła się w jego życiu koleżanka z odległego miasta,
taka do rozmów na skype ale jednocześnie w jakiś sposób powiązana
zawodowo. nawet byłam jej wdzięczna że dzięki niej mam święty spokój
i mogę zając się nauką bo on ma sobie z kim porozmawiac. bomba
wybuchła w grudniu zeszłego roku gdy odkryłam że od ponad pół roku
mają romans - taki trochę internetowy i telefoniczny z uwagi na
odległośc, choc oczywiście spotkania na wspólnych szkoleniach, tez
byly. ocknęłam się z letargu, przeraziłam się że go stracę. niemal
na siłę zatrzymałam go przy sobie wykorzystując to, że nie był
niczego wtedy pewien. nie dalam mu szansy na przemyslenia tylko od
razu postawiłam wybór. widzial jaka jestem załamana, nie chciał mnie
zostawic w takim złym stanie. akurat nie było wtedy żadnej osoby,
któa mogła mi pomóc - to był miesiąc po śmierci mojej Mamy. chciałam
ratowac co tylko można, za wszelką cenę. zmieniłam się o dla niego,
zaczęłam pracowac nad sobą, chodzic na terapię, dawac od siebie
coraz więcej. znowu był dla mnie najważniejszy. po paru miesiącach
zaszłam w ciążę - oboje tego dziecka chcialiśmy, pisał mi że mnie
ubóstwia, że kocha Nas. razem chodzilismy do lekarza, na usg,
rozmawialismy jak będziemy naszego synka wychowywac. Jedna tylko
rzecz była nie tak - on nie potrafił zerwac z nią do konca kontaktu.
tzn., nie spotykali się (to zupełnie inny koniec kraju, poza tym ona
jest mężatką, więc każde spotkanie wymagałoby jakiejś niezłej
kombinacji) ale od czasu do czasu dzwonili do siebie. ja prosiłam i
płakałam, obrażalam się groziłam rozstaniem, on obiecywał że to
kwestia czasu. wiem to teraz, to był mój błąd, że nie dopilnowałam.
tydzien temu pojechał na tygodniowe szkolenie, przed wyjazdem było
wszystko OK. ona tam była, powiedział mi o tym, mówił że mam się nie
martwic ze jedyny czas jaki razem spędzają to w towarzystwie
wspólnych znajomych. ja i tak szalałam z nerwów. prosiłam go
wczesniej zeby niejechał na to szkolenie, wiedziałam że ona tam
będzie, ale nie postawiłam go przed koniecznością wyboru i pojechał.
wierzyłam że skoro między nami jest już dobrze to przecież nie zrobi
głupoty by to zniszczyc, tym bardziej że w domu zostawia żonę w 7
miesiącu ciąży. w dwa dni po powrocie ze szkolenia napisał do mnie
maila jej mąż, zrozpaczony, pytał się czy cos wiem bo akurat na tym
szkoleniu był też jego znajomy któy przekazał mu co zobaczył.
Zapytałam się mojego męża co się stało i tym razem nie kręcił tylko
przyznał, że już w parę chwil bo zobaczeniu się zaczęli kombinowac
co tu zrobic zeby byc razem w jednym pokoju. i ten tydzien spędzili
razem. co było dalej - łatwo się domyślic, moja histeria (wiem wiem,
że nie powinnam teraz dziecka na to narazac), pytania, agresja,
wyrzucanie z domu. on twierdzi ze to glupi błąd którego nie może
zrozumiec, że to byla jakas forma pożegnania, że nie chce nas
stracic, że zrozumial co jest ważne. wyprowadzic się nie chce bo boi
się że cos się stanie dziecku, że ja jakąs głupotę z tej rozpaczy
zrobię. powiedział, że teaz to ja rozdaję karty, że zgodzi się na
każde warunki, że zmieni pracę, nie będzie jezdził na żadne
szkolenia, zmieni telefon itp. że jeśli chcę to pójdzie na terapię
małżeńską (nie ukrywa że nie wierzy w jej skutecznosc ale dla mnie
może spróbowac), że nie chce życ dalej z myślą, że nie może
wychowywac swojego syna. ja pytam się czy o nas pomyślał choc chwilę
w zeszłym tygodniu? czy zastanowil się co może stracic? napisała do
mnie też ona, prosząc mnie żebym wybaczyła mu chwilę słabosci bo on
w ogóle nie liczył się z możliwością że może nas stracic i że on już
nigdy takiej głupoty nie popełni. tyle że co ma dla mnie za
znaczenie opinia kobiety, która doskonale wiedziała jak wygląda
sytuacja i nic jej nie powstrzymało? ja bym jeszvcze mogła zrozumiec
gdyby to była walka o miłośc życia z ich strony, tymczasem oboje
twierdzą że mieli swiadomosc że ten związek nie ma przyszłosci i nie
mieli zamiaru go potem kontynuowac. nie mogę pojąc takiego
okrucieństwa i bezmyślności, a on nie jest w stanie mi wytłumaczyc
co się stało i dlaczego. powtarza tylko w kólko że jeśli dam mu
szansę to się nigdy nie powtórzy, tylko jak mam wierzyc komuś kto to
samo mówił rok temu???
nie jestem w stanie podjąc teraz żadnej decyzji, te nieliczne osoby
które wiedzą (w tym moi teściowie którzy są w ciężkim szoku i myślą,
że jak z nim porozmawiają to może on coś zrozumie) tylko powtarzają
że teraz powinnam myslec tylko o sobie i o dziecku. i że lepiej
poczekac z podejmowaniem decyzji aż uporam się z szokiem. ja nie
wiem co zrobic - czy tylko dobro dziecka się liczy??? czy mam dawac
kolejną szansę licząc na to, że chociaż jako tata się sprawdzi??? co
ze mną i moimi zniszczonymi marzeniami, zerowym poczuciem wartosci,
upokorzeniem? co z miłością którą nadal do niego czuję, bo przez
ostatni rok znowu się w nim zakochałam i to bardziej niż wcześniej.
na razie ustalilismy, że do porodu będzie przy mnie, kiepsko się
czuję, jestem na zwolnieniu, nie wiadomo co i kiedy się moze zacząc
dziac. nie mam właściwie żadnej rodziny która mogłaby mi pomoc. boję
się jednak że im dłużej pozostaie w moim życiu tym ciężej będzie
potem go z niego wyrzucic. czy jest jakaś szansa, że Mały go
powstrzyma przed kolejnymi "błędami", że w końcu zrozumie że rodzina
jest najważniejsza? czy może łudząc się że on się poprawi pod tym
względem (poza niewiernością nie mam mu nic do zarzucenia i byłam
przekonana, że uratowalam największy skarb) skrzywdzę jeszcze
bardziej nasze dziecko bo zafunduję mu tatusia który nas i tak
zostawi gdy ono się już do niego przywiąże? czy warto w ogóle
spróbowac terapii?
rozpisałam się długo ale sytuacja jest dosyc skomplikowana. proszę o
opinie, rady - każda czy na tak/nie/nie wiem może pokaże mi jak to
wygląda od zewnątrz. bo sama nie jestem w stanie teraz ocenic tego,
po prostu nic nie mogę zrozumiec nic z tego co się stało. wiem tylko
że znowu bardzo boli, teraz jeszcze bardziej bo się staralam jak
mogłam i nie wystarczyło :-(
    • aston.villa Re: czy tylko dobro dziecka się liczy? 01.10.08, 10:40
      Przede wszystkim bardzo współczuję. I zdrady męża, i tego, że zrobił to w takiej
      sytuacji - chociaż pewnie w każdej innej też by bolało.

      Sama musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy będziesz w stanie wybaczyć.
      Zapomnieć nie zapomnisz, ale wybaczyć musisz, jeśli chcesz z mężem zostać. Jeśli
      nie będziesz w stanie, nie uda się Wam. Zastanów się, czy nie będziesz na każdym
      kroku wypominać mu tej zdrady, czy nie będziesz - nawet nieświadomie - odsuwać
      dziecka od ojca, żeby go ukarać za to, że Cię tak potraktował. Pomyśl, jak
      będziesz się czuła z mężem w łóżku.
      Jeśli zdecydujesz się na pozostanie z mężem, niech to będzie Twoja osobista
      decyzja - nie ze względu na pozory czy dobro dziecka. (osobiście nie wierzę w
      coś takiego, jak związek rodziców dla "dobra" dziecka. Konflikt między rodzicami
      nie ukryje się nawet przed małym dzieckiem, i będzie rzutował na zachowanie,
      atmosferę i stosunki w domu, więc jak dla mnie coś takiego jest kompletnie bez
      sensu. Bardziej uczciwym w stosunku do dziecka rozwiązaniem jest rozstanie i
      spotykanie się dziecka z rodzicem, na zasadzie: my przestaliśmy kochać siebie
      nawzajem, ale nie przestaliśmy kochać ciebie). I przede wszystkim daj sobie dużo
      czasu, nie oczekuj, że ból minie z dnia na dzień. Skup się na sobie i dziecku,
      które teraz całkowicie do Ciebie zależy.

      No, ale to tylko moje prywatne zdanie, decyzję musisz podjąć tylko Ty i nikt
      inny. Życzę powodzenia, cokolwiek postanowisz.
      • substantiv Re: czy tylko dobro dziecka się liczy? 02.10.08, 12:36
        1. bedziesz to pamietac i zyc z tym do konca zycia taka maja wlasciwosc
        wspomnienia, mozna do tego sie przyzwyczaic i ze polece banalem, zaakceptowac
        2. powodem calej akcji byla i twoja glupota i egoizm, oraz okazja dla nich. Twoj
        egoizm tez nic dobrego nie wrozy bedac w nowym zwiazku bedzie istnial dalej, no
        chyba ze cos na terapi zauwazylas i poznanie przeoralo charakter.
        3. wszyscy chca by te zwiaki dalej twraly zdradzeni i zdradzajacy
        4. On bedzie o niej pamietal, w mysl zasady, ze niedokonczone zwiazki istnieja w
        nas delej jako niezrealizowane bajki, bajki sa oczywiscie iluzja. Chyba, ze
        upokozysz sie i bedziesz chciala zajac jej miejsce a on ciebie przyjac. Jest to
        do zrobienia przy dobrej woli dwoch stron.
        5. zal ma charakter falowy, teraz chcesz go zachowac przy sobie potem moze i
        zostawic. Potrzeba duuuuzo czasu byscie mogli sie razem spotkac.
        6. potrzeba wam osoby trzeciej w tym wszystkim, dlatego fajnym pomyslem jest
        terapia. Religia czy jakas wspolnota byla by tez dobrym pomyslem (Kosciol
        Domowy, Neokatechumenat etc).


        + + +
        Miałbym rozwiązanie, ale ono nie pasuje do tego problemu.
        )))))><
Pełna wersja