magda2008-pl
16.01.09, 16:11
Witam.
Czytam to formu i wasze wątki od niedawna i widzę,że można tutaj
dostać wiele cennych rad i wsparcie.Tym razem to ja potrzebuję
wsparcia i rad.
Jesteśmy z mężem małżeństwem od 10 lat.Od 3 lat jest w naszym
zwiazku beznadziejna sytuacja.Czuje się samotna jak palec.Mamy dwoje
dzieci 5 i 10 lat.Na początku naszego małżeństwa,zresztą pewnie jak
u każdego,było fajnie,mąż angażował się w życie codzienne sam z
własnej inicjatywy,zabierał starszą córkę (młodzszej jeszcze nie
miieliśmy)na spacer sami tez nie żadko wychodziliśmy razem.Ale w
czym problem,czemu czuje się samotna...
Mam wrażenie,że mój facet zapatrzony jest tylko w siebie i kocha
tylko siebie,a nas traktuje jak uzupełnienie swojego życia.Wydaje mi
się,że to iż jest ze mną to czysta wygoda i przyzwyczajenie.Mamy
swoje mieszkanie,mieszkamy razem,mamy samochód i na to wszystko
zapracowaliśmy razem.Od 3 lat (jak wcześniej wspomniałam)ciągle się
kłócimy,zawsze gdy mówię co mnie "boli" co mnie wkurza w jego
zachowaniu to tak jakby mnie nie słuchał,jakbym rozmawiała ze
ścianą.Codzienne
obowiązki,zakupy,pranie,sprzątanie,gotowanie,wywiadówka,odrabianie z
dzieckiem lekcji spoczywa na mnie.Owszem,nie pracuje mimo ze bardzo
bym tego chciała ale mamy sytuację jaką mamy.Jestem jedynaczką,nie
mam w swoim mieście nikogo,żadnej kuzynki,ciotki itp.Teściowie
mieszkają na wsi i nie są w stanie zajmować się przy prowadzeniu
gospodarstwa wnukami a poza tym dzieli nas 20km.Opiekunki,owszem
były nie raz,ale to nie to co matka,doświadczyłam tego ja i dzieci
na własnej skórze a poza tym opiekunka kosztuje 600-700pln a w moim
małym mieście zarobki wynoszą 900-1000pln więc nie ma opiekunka rąk
i nóg.O pracę na jedną zmianę ciężko,a na zmiany nie wchodzi w grę
bo nie miał by kto wybrać młodszej córki z przdszkola.W ubiegłyym
roku obchodziliśmy z mężem 10-tą rocznicę ślubu,myślicie że coś
dostałam (chodzi o prezent) nic.Tydzień temu miałam urodziny i tez
nic nie dostałam,podobnie przez 10 lat naszego związku,ale za czasów
przedmałżeńskich też nic nie dostawiałam,nie dostają tez
dzieci.Przypominam mężowi że zbliżają się moje ur.lub imieniny
ciągle obiecuje ale na tym się kończy albo twierdzi,że nie wie co mi
kupić,że nie ma pieniędzy mimo że dobrze zarabia.Sam potrafi
codziennie kupić sobie 2 piwa i paczkę papierosów a dla mnie nie ma
na prezent nawet raz na jakiś czas.Jest mi cholernie przykro,ale on
sobie z tego nic nie robi.Pije coraz częściej,dawniej piwo czy
alkohol w naszym domu to była żadkość teraz to codzienność prawie,bo
prawie codziennie pije po 2 piwa.Potrafi,jak jest w domu,przeleżeć
lub przespać przed telewizorem cały dzień,tłumacząc się że jest
zmęczony,a ja ja to nie jestem zmęczona czy znuzona takim życiem w 4
ścianach ale ja nie mam prawa narzekać czy popłakać sobie bo od razu
mówi ze się czepiam albo płaczę na zawołanie.Owszem pomoże w
domu,czy wezmie dzieci ale muszę stoczyć bój lub przypominać i
prosić.pomyślicie....może ma kogoś...nie nie ma i tego jestem pewna
bo tak mnie to życie męczy że byłam nawet u wróżki.Nie uwierzycie
ale męczę się w takim związku,on ciagle śpi,a ja nie mam nawet do
kogo ust otworzyć,gdy już rozmawiamy ze sobą to albo udaje że nie
słyszy albo się naśmiewa,albo krytykuje a ja z kolei po kazdej
naszej rozmowie mam potworne wyżuty sumienia że wogóle cokolwiek mu
powiedziałam.Ostatnio doszłam to wniosku że on jest nie nauczony
przez matkę jak powinno się okazywać uczucia,on nie potrafi bez celu
przytulić mnie czy dzieci,powiedzieć że nas kocha,co ja teściów na
pioerwszym miejscu była gospodarka.Gdy ja mam potrzebę przytulenia
bo zaraz mówi "co chciałam".Mamy odmienne poglądy,zainteresowania
itp.Ja kładę się przed północą dla niego norma to 1,30-2 nad ranem a
potem śpi do 10-11 w dzień.Nie pamiętam kiedy obydwoje piliśmy razem
kawę czy jedli śniadanie.Ja idę spać a on siedzi z piwem albo przed
komputerem albo przed telewizorem.Pomyslicie że może kogoś ma na
czacie...było tak rok temu ze ja szłam spać a on siadał na czaty ale
zagroziłam i założyłam blikadę na komp jak małemu dziecku i teraz
nie siedzi,zreszta obiecał.To ja planuję kupienie czekoś droższego
do domu,bo stare juz się wysłuzyło,to ja maluje ściany bo mój hrabia
twierdzi że "po co malować".1,5roku temu przechodziliśmy kryzys
małżeński,nie wytrzymałam ciągłeho leżenia i picia,zadzwoniłam po
teściów a teść na to że jesteśmy dorośli i nie umiemy sobie poradzic
z własnymi problemami.Teraz za cholerę nie zadzwonie,prędzej się
rozwiodę niż to zrobię.Już nie raz mówiłam mu że jak to się nie
zmieni to wystąpię o rozwód,ale waham się,a on mówi ciagle że go
straszę i szantażuje.Wydaje mi się że dla mojej psychiki najlepiej
byłoby wziąść rozwód,ale dzie ja pójdę mieszkać.Rodziców nie
mam,mama zmarła mi gdy byłam dzieckiem,rodzeństwa nie mam,mieszkania
nie wynajmę bo nie pracuje i on jest górą.Co robić,jestem już na
skraju wyczerpania zyjąc tak,czuje się prawie jak rozwódka,dzieci
moje nie mają ojca,bo albo śpi albo krzyczy na nie.Nie raz mi
ubliżył,czy wykręcił rękę,najpierw nie oddawałam mu bo nie tak mnie
wychowali ale teraz jadę i ja po nim.Ostatnio zostałam zgnojona na
nic,powiedział mi dużo gorzkich słów i coś we mnie
pękło,powierdzaiłam DOŚĆ i prawie ze soba nie rozmawiany ajak juz
coś muszę powiedzieć to twierdzi że się go czepiam.Po kłótni prawie
zawsze mnie przeprasza,niejednokrotnie ze łzami w oczach i prosi
żebym nie odchodziła,stara się,jest miły ale czy tak wygląda
miłość.wiem,że chce być ze mną ale czy warto się męczyć,co
robić.Czuję,że jak czegoś nie zrobię to się załamie,wpadnę w
depresję.Jak się pokłócimy,a tych kłótni jest nie mało,to nie dość
że ze soba nie rozmawiamy to nie gada również z bogu winnymi
dziećmi.Ktoś tutaj na forum napisał,że jak sie kocha to można dawać
wiele szans,ja widze że on sie stara i poprawia się,żałuje tego co
czasem robi ale puki co ja nie mam juz sił na takie szarpanie,bo
przecież każdy człowiek ma granice wytrzymałosci.Co mi radzicie
dziewczyny?