sweetkinia
25.07.09, 14:27
witam!!!
ja mam chyba męża maminsynka...napisalam chyba bo juz sama nie wiem jak to powinno byc w malzenstwie, poniewaz ja nie mialam wzoru do nasladowania... wychowywala mnie tylko mama...
Otóz moja historia zaczela sie rok temu... bardzo chcialam juz zamieszkac ze swoim mezem(wtedy jeszcze nim nie byl) ale wiedzialam ze nie zgodzi sie zebysmy mieszkali u mojej mamy, poniewaz dom jest wspolnota a drugi lokator polowe domu doprowadzil do ruiny i moj maż stwierdzil ze albo odkupimy tamta polowe albo wybudujemy sie na jego dzialce... zgodzilam sie na mieszkanie u tesciów i budowe na jego dzialce-tzn narazie jeszcze na mamusi dzialce(z bardzo ciezkim sercem). Maz wyjechal w delegacje a ja na tydzien zostalam sama w obcym domu...myslalam ze zwariuje, wszystko pod kontrola tesciowej... chcialam gdzies wyjsc to musialam sie spowiadac i uwazac zeby za dlugo nie siedziec bo napewno potem by gadali za ja tylko laze... 2 tygodnie od przeprowadzki pojawil sie problem, nie znosilam tego domu-wszystko pod dykytando a ja w domu sama wszystko robilam bo mama pracuje za granica i od 12 roku bylam tylko z babcia...wiec wyrobilam sobie przez ten czas swoje nawyki a tam musialam wszystko zmienic. tesciowa nie pracuje i zajmuje sie domem, oprocz nas mieszka tam takze siostra meza ze swoja rodzina. tesciowa gotowala dla wszystkich, robila pranie dla wszystkich i w ogole ona wszystko robila a ja nie mialam zajecia... w tym czasie zaszlam w ciąze i dostalam depresji caly czas jadlam, niestety ciaza okazala sie martwa. przezylismy to strasznie ale bylo to nadzieja ze mozemy miec dzieci:) mowilam mezowi ze nie chce tu mieszkac ze mi jest ciezko... spokojnie o tym mowilam ale zbagatelizowal problem a gniew we mnie narastal...wzielismy slub... bylam szczesliwa-przeciez go kochalam i kocham nadal... tylko ten dom to byla moja zmora... zrobilam sie okropna dla niego, wiecznie mialam pretensje i ciagle plakalam, nie radzilam sobie z problemem a przeciez mialo byc tak ze wspieramy sie na wzajem... nie zrobil nic... a kiedy wyklocilam sie z nim o przeprowadzke do mnie zostawil mnie sama z tym i to ja mialam tlumaczyc sie jego mamusi dlaczego sie wyprowadzamy, on uciekl od problemu. w koncu wybuchla wojna w domu, bo ktos nagadal glupot mojej tesciowej ze ja ja obgaduje itd a ja powiedzialam prawde ze jest wredna i do wszystkiego sie wtraca( zaznacze ze bylam w 2 ciazy juz 4 miesiac) tak sie scielysmy ze strasznie sie to na mnie i na dziecku odbilo a moj maz jak sie dowiedzial to myslalam ze mi wsadzi noz w plecy bo ktos obrazil jego mamusie... przeprowadzilam sie do domu z powrotem... tak ja sama bo moj maz wzial tylko pare rzeczy a reszte zostawil w swoim domu...i tak wraca z pracy na obiad do mnie a jak zje nie minie godzina i jedzie tam bo trzeba pomoc i tak jest w kolko a ja zostaje sama... przyjezdza o 20 i idziemy spac. teraz ma urlop i jest to samo... sniadanie a potem juz do 21 go nie widze. kiedy poprosze zeby cos zrobil dla nas np skosil trawe to nie ma czasu a przeciez tez tu mieszka... tam wszystko jest dopielegnowane a ja nie moge nic robic bo jestem przed porodem... zawsze z fochem jak musi cos dla mnie zrobic a do mamusi biegiem jezdzi... ja tez mam dzialke i dom i moja mama nam jeszcze pomaga bo daje nam na zycie zebysmy my odkladali na budowe, ale ja nie chce jego dzialki...co ja mam robic? nie wiem jak postapic w tej sytuacji... dla mnie to jest chore... rozumiem rodzicom trzeba pomoc ale bez przesady...teraz to ja jestem jego rodzina i nasz synus ktory lada dzien przyjdzie na swiat... blagam pomozcie... myslalam juz o rozwodzie, ale to nie sztuka wziac slub i zaraz sie rozwodzic, a co z dzieckiem??? ono ucierpi najbardziej... jak ja mam do niego dotrzec? jak chce z nim porozmawiac to ucieka od tematu, jak sie kloce z nim to mojej kolezance zali sie jaka to nie jestem zla...ale przeciez zalozylismy rodzine to ja i nasze dziecko powinnismy byc najwazniejsi...