madlene224
31.07.09, 00:41
otoz mam problem ze swoim mezem, mieszkamy razem ponad 2 lata, jestesmy
malzenstwem od niedawna, ja juz naprawde nie wiem co moge zrobic, moj maz nie
darzy mnie szacunkiem, pala do mnie po prostu najzwyczajniej nienawiscia,
wyladowuje na mnie swoje frustracje i wszystkie inne niepowodzenia, do tego na
kazdym kroku klamie, najgorszew w tym wszystkim jest to ze nigdy, ale to nigdy
nie potrafi sie przyznac do bledu:(((jezeli tylko zrobi cos zle natychmiast
wybucha , ze to jest moja wina, wszystkie swoje bledy przekreca tak, zebym to
ja musiala przepraszac, nie da sie z nim na spokojnie porozmawiac, na kazda
probe powiedzenia ze sie o niego martwie czy czego ja sie boje i czego sie
obawiam reaguje zloscia,nigdy nie potrafi stanac w mojej obronie gdyz woli nie
wyjsc zle w oczach znajomych,woli doprowadzic mnie do placzu niz przytulic i
pocieszyc...a caly czas twierdzi ze mnie kocha, nie wiem naprawde juz nie wiem
co mam robic...jestem tak cholernie smutna...kiedy puszczalam go na imprezy
niegdy nie potrafil udowodnic ze na to zasluguje, potrafil zalac sie i spac
pod barem, mimo obietnic ze wroci, kiedy po niego pojechalam zamiast wyrzutow
sumienia na nastewpny dzien zrobil awanture ze trzeba bylo nie jechac, ilekroc
pozniej spotykal sie z tymi ludzmi po powrocie do domu byla awantura,
najzwyczajniej w swiecie sie na mnie wyzywal, ja nie akceptowalam jego
znajomych, oni nie akceptowali mnie, i zrobilo sie z tego jedno wielkie bagno,
kiedy w sylwestra spedzalismy romantyczny wieczor powiedzial mi ze nigdy, ale
to nigdy nie zostawi mnie dla tamtych ludzi, po czym kiedy na chwile
podjechali pod nasz dom wsiadl z nimi do auta i pojechal, sylwestra spedzilam
sama, wyrzutow sumienia tez nie bylo...a ja nawet nie krzyczalam, po prostu
tak mnie zranil ze nawet nie mialam sily...na co uslyszalam ze sama sobie
zapracowalam na takiego sylwestra:(((znalazl przy mnie spokoj, znalazl cieplo,
przestal prowadzic pijacki tryb zycia i pracowac w knajpie...wszystko ze niby
dla mnie...a teraz po 2 latach jednak mu tego brakuje, zrezygnowal z tamtych
znajomosci dla mnie, a mimo tego caly czas sie na mnie o to wyzywa...ciekawe
czy gdyby wybral tamtych ludzi , ktorzy mnie nienawidza rozpowiadaja na moj
temat bog wie jakie plotki, za kazdym razem kiedy poznaje kogos nowego musze
sie wybielac i tlumaczyc ze to nieprawda,ciekawe czy wyzywalby sie na nich
dlatego ze zrezygnowal ze mnie watpie...wszystko mi sie wali...przez te
wszystkie nerwy stracilam dziecko...maz poszedl wtedy na ostatnia impreze
(ciekawe na jak dlugo) i zrobil mi taka awanture , ze jakis czas pozniej
okazalo sie ze ciaza jest obumarla, stracilam dziecko, stracilam przez to i
prace, nie mam nawet grosza i nie mam gdzie pojsc, jestem w pracy na okresie
probnym ale jest jeszcze ktos inny, ma wieksze doswiadczenie i kwalifikacje
niz ja, dlatego nie wiem czy z tego okresu probnego cokolwiek
wyciagne...dlaczego on mowi ze mnie kocha a na kazdym kroku mnie rani, kiedy
proboje mu to uswiadomic wpada w szal...ja go naprawde tak bardzo mocno
kocham, bo kiedy jest dobrze jest naprawde kochany, ale jesli tylko na drodze
pojawia sie chocby najmniejszy problem do rozwiazania rodzi sie piekielna
awantura...jest to czlowiek ktory juz raz probowal targnac sie na swoje zycie,
martwie sie o niego caly czas, na pomoc psychologa nie chce sie zgodzic, caly
czas zarzuca mi ze nie ma we mnie wsparcia, z tym ze nic nigdy nie mowi, bo
kiedy ma jakis problem po prostu sie na mnie wyzywa i odpycha, jest to ponad
moje mozliwosci, do tego jest z rozbitej rodziny gdzie kazdy ma kazdego
kompletnie gdzies...poza mna nie ma tak naprawde nikogo, sam mi to kiedys
mowil wiec wytlumaczcie mi ...dlaczego tak mnie traktuje:((((