prawie.nie.wierze
14.06.04, 23:12
Może wreszcie mężczyzna mi wytłumaczy, coś co gnębi mnie od lat. Po prostu do
dziś nie mogę zrozumieć pewnej sytuacji w jakiej się znalazłam.
Miałam 24 lata, on 30. Pracowaliśmy biurko w biurko. Sama nie wiem, jak to
się stało ale zakochałam się, wręcz szczeniacko. Facet był nieprawdopodobnie
przystojny, inteligentny i byl obiektem westchnień wielu kobiet. A wybrał
mnie. Miał tylko jeden albo aż jeden mankament: żonę. Żona wyjechała za
granicę i tak do końca nie było wiadomo kiedy i czy w ogóle wróci. Chyba
liczyłam na to, że jednak nie wróci. Właściwie, chciałam wierzyć, że nie
wróci. Nasz romans trwał pół roku. Spotykaliśmy się w pracy i po pracy.
Ciągłe spacery, romantyczne kolacje i udany seks kilka razy dziennie i w nocy.
W tym całym związku, nie do pojęcia była tylko jedna rzecz: otóż on mówił o
swojej żonie w samych superlatywach. Moja ukochana żona powiedziała to czy
tamto,moja ukochana żona świtnie gotuje, jest mi z nią dobrze w łóżku etc.
A ja, tego wszystkiego słuchałam i........kochałam go coraz bardziej.
Zatraciłam wszystkie hamulce i marzyłam, że będzie tylko mój. Ale żona
wróciła. Ostatni raz kochaliśmy się, na parę godzin przed lądowaniem jej
samolotu. I to był koniec. Nigdy więcej go nie widziałam i żadne z nas nie
zrobiło najmniejszego gestu. Z pracy odszedł już wcześniej.
I czego nie rozumiem: czy ja zostałam wykorzystana ? Czy to była jego
perfidia kiedy opowiadał mi o żonie ? Co ten facet do mnie czuł? A może nic?
Cholera, minęło tele lat a ja nie wiem. Powiedzcie mi.
Sorry za ten długi post ale nie dałoby się inaczej.
Dzięki.