ms_jazzify
14.08.10, 21:04
tak mnie jakoś najszło na wspomnienia moich "hitów" randkowych. no to jadziem.
1) lato. żar się leje z nieba. na ulicy szau ciau. dochodzę do umówionego
miejsca i wita mnie absztyfikant we flanelowej koszuli na długi rękaw,
zapiętej pod samą szyję (czy muszę dodawać, że w owym odzieniu przy owej
pogodzie pachniał prima sort?). uśmiecha się do mnie perliście, a moim oczom
ukazuje się brak dwóch górnych jedynek w uzębieniu. po pierwszym szoku wpadam
na super chruper pomysł, że należy się z nim oddalić w jakieś mało uczęszczane
miejsce. wybór pada na jakąś boczną alejkę w parku (mądra Dżaźka nie
przewidziała tylko, że w niedzielne letnie popołudnie zasada mało zaludnionych
miejsc na świeżym powietrzu nie obowiązuje). jak na złość spotkałam tam tego
dnia wszystkich znajomych. luz. siedzimy na ławeczce, absztyfikant raczy mnie
opowieściami jak to bez problemu dźwiga na plecach 100 kg martwego świniaka,
coś o skrobankach koleżanek na które je dumnie woził oraz nad rolą kobiety w
związku która winna ograniczać się do prania brudnych gaci facetowi. nie
chciałam być niegrzeczna, ale już mnie tak zdenerwował, że zapytałam dlaczego
nie ma tych zębów. absztyfikant z dumą odpowiedział, że stracił je w wyniku
przepychanki pod dyskoteką. i że może by je sobie wstawił, ale jakoś szkoda mu
pieniędzy i woli sobie kupić nowy tv. leżę! zarządzam powrót do domu pod
pozorem włączonego żelazka/powodzi w łazience/zgonu chomika/czuwania
modlitewnego (niepotrzebne skreślić). twardo stoję przy swoim, że dojdę sama,
niech się młodzian nie kłopocze i nie odprowadza mnie. ale gdzie tam. no to
idziemy. po drodze zachciewa mu się pić, pyta nieśmiało czy nie pójdziemy do
sklepu kupić sobie na spółkę butelki coca coli. leżę2. daję mu drobniaki na tę
colę, a sama w podskokach uciekam do domu.
2) umawiam się z amantem w kawiarni. amant mocno skrępowany, usta nerwowo
zaciska i ani myśli do mnie przemówić. jeno kiwa głową na moje komunikaty
głosowe. kończę spotkanie po wymordowanej godzinie. ledwo wychodzę w lokalu,
dostaję smsa od amanta, o treści: "jak się wrócisz to możemy pójść do mnie i
wyliżę Ci brzoskwinkę". sms zwrotny: "sorry, ale mam zapalenie dróg
moczowych". ciekawe czemu już nie odpisał?
3) koleżanka bawi się w swatkę. cały tydzień papla mi jak najęta jakiego ma
faaajnego znajomego. wolny to i logiczne, że miłość między nami będzie.
sobotnia domówka u owej koleżanki. (amant musi uprzedzony) wita mnie on. w
kreszowych dresach, w miejscu gdzie większość ludzi ma szyję on nadal ma kark,
zanosi się śmiechem Waldusia Kiepskiego. o ja jebie, jest miło. jak na
pstryknięcie palcem raptem wszyscy imprezowicze muszą iść się wysikać pod
blok, zadzwonić do Krysi z gazowni, dokupić alko (niepotrzebne skreślić).
zostajemy sami. amant patrzy mi czule w oczy i mówi, że widzi w nich mapę do
swojego serca. wybucham śmiechem. chwyta mą dłoń i ma chyba zamiar dość
konkretnie wejść w interakcje swoim ciałem z moim ciałem. uciekam w popłochu
do łazienki, zamykam się i nie wychodzę póki reszta towarzystwa nie wróci. na
koniec imprezy amant upiera się żeby odprowadzić mnie do domu. kroczy pięć
metrów za mną wykrzykując pod wpływem % jaka to cudna jestem i jakie życie
mieć z nim boskie będę miała. krzyczy na tyle głośno, że skutecznie stawia na
nogi moją mamę która z przerażeniem z balkonu obserwuje z kim to ja idę. na
koniec pod blokiem żegnam się z nim zwracając na jego adidasy mój całodzienny
jadłospis i wężykiem wtaczam się do domu. poprawkę ze zwracaniem zaliczam
jeszcze na korytarzu w domu i dostaję szlaban na tydzień, na wszystko.
koleżanka mnie potem uświadamia, że amant chodził zdruzgotany, że z naszej
miłości nic nie wyszło i z tej rozpaczy siedział po nocach na krawężniku pod
blokiem i pił płacząc za mną.
4) akcja sympatia1: konto założone, jotpeg z wyciągniętej rąsi i ustami w
karpika pierdylnięty co by się wpasować. i się zadziało. czytaliście
"Samotność w sieci", nje? a jak nie czytaliście to pewnie i tak wiecie
niedźwiadki o co się rozchodzi. un Australia, ja Polsza. idzie milion maili
dziennie. o wszystkim. przez trzy miesiące. no jest hit. rzecz jasna
życzeniowo założyłam sobie, że po drugiej stronie łącza czeka na mnie młody
bóg & piękny adonis to i o zdjęcie nie prosiłam. nie przyszło mi też na myśl,
że wiek mógł sobie mocno zaniżyć. Australia przylatuje do Polszy na cykl
wykładów. ustawka na kawę. wchodzę do lokalu i szukam wzrokiem swojego cudnego
co to na pewno wygląda jak milion dolców. ku mojemu zdziwieniu podchodzi do
mnie mężczyzna który erę kamienia łupanego na pewno pamięta jakby to było
wczoraj. zbieram pośpiesznie szczękę z podłogi i próbuję ukryć niemałe
zdziwienie. no chciałam to mam, gupia. mój emeryt&rencista był potem strasznie
"zawiedziany", że odeszła mi ochota na kontynuację znajomości (ba! biedny na
tę okoliczność zarezerwował nawet w pokoju w hotelu XYZ gdzie miał zamiar
chyba rzucić mnie na łóżko i... pogłaskać po brzuszku?).
5) akcja sympatia2: wyrywa mnie autentycznie młody bóg co to wygląda jak
milion dolców. tylko czemu te złe km dzielą nas? ja was przepraszam ale jeśli
dwa razy lewa ręka, dwa razy kawalerka, dwa razy zodiakalny rak, dwa razy duży
pies to nie jest przeznaczenie to ja nie wiem! (i nie wiem) o boże, cudny był
absztyfikant tak, że szok. zarywałam ja ci noce z nim na komunikatorze i skype
i uśmiechałam się jak debil do monitora. i sobie było. zwrot akcji nastąpił
gdy absztyfikant miał się pojawić blisko mnie w celach byznesowych na weekend
sympatycznie uwzględniając mnie po drodze. minął piątek, minęła sobota, minęła
prawie niedziela. i nic. serce mi letko pękło, że tak mnie koncertowo olał,
ale myślę sobie dam radę. godzina jakaś mocno nieprzyzwoita gdzie Dżaźka spać
się już kładzie, telefon... dzwoni absztyfikant, że właśnie dojeżdża tu mi do
mnie (bo wszystkie nieszczęście po drodze i telefon mu padał pińcet razy i coś
tam coś tam) w sensie że i że czy się spotkamy. yyy, yyy, yyy... część z was
może już zdążyła zauważyć, że najmądrzejsza to ja nie jestem jakby więc adres
mu swój podałam i że oczekuję generalnie. przybył. otwieram mu z kołtunem na
łbie, w stroju niewyjściowym, bez grama makijażu na facjacie - czyli look
idealnie randkowy przecie. i tak sobie przesiedzieliśmy gadając
(przesiedzieliśmy mówię, nie zapędzać się!) do rana. rzecz jasna ostatecznie
absztyfikant mnie olał i ja olałam jego (nie pamiętam w jakiej już
kolejności). szkoda.
6) zima. odstroiłam się jak stróż w boże ciało w high heel shoes na mrozy,
jajo, na pałę (?) i absolutnie nie koordynując swoich ruchów uderzam do
lokalu, do absztyfikanta. wszystko bardzo sympatycznie, zjedliśmy kolację, do
wyjścia się odziewam. zarzucam na szyję apaszkę, a absztyfikant patrzy na ów
zabieg z rozmarzeniem w oczach. łots de fak? pytam speszona o co się rozchodzi
generalnie, na co absztyfikant spontanicznie komunikuje co to by mi nie
zawiązał i na czym. oj.
7) urodziny moje. pomylony numer wykręcony. to nic. rozmawiamy. w tle
równocześnie leci jakaś wakacyjna audycja radiowej Trójki. dziobiemy smsy i
rozmawiamy przez telefon jeszcze przez trzy dni potem. czwartego zostaję
postawiona przed faktem dokonanym, na godzinę przed, że absztyfikant będzie w
moim mieście. po prostu będzie. nawet jak ja się nie raczę pojawić w rzuconym
miejscu. idę z przekonaniem, że będę tylko ja. ale nje. ścina mnie z nóg na
jego widok. w druga stronę dzieje się to samo. idziemy na kawę. siedzimy w
knajpie. z bananami na facjacie. ze zdenerwowania zapodaję tekstem niczym
Teleexpress i mocno gestykuluję rękami. a on tak spokojnie na mnie patrzy.
mija nam trzy godziny. odwozi mnie do domu zapuszczając w samochodzie Franka
Sinatrę (uwielbiam przecie!). a na pożegnanie tak mocno mnie do siebie
przytula. skołowana idę spać. a potem się dzieje. życie się nam dzieje... ech.
a Wasze?