szczesciara_25
05.09.10, 18:52
w sumie chyba tutaj powinnam zamieścić swój wątek...
W swoim życiu trafiam na facetów z Marsa, przylatują na chwilę i zaraz tam wracają... Mam na
swoim koncie kilka nieudanych związków, a oto historia ostatniego z nich, może pomożecie mi
zrozumieć zachowanie tego faceta.
Poznaliśmy się na studiach. Niezobowiązująca wymiana zdań, każde z nas było w stałym związku. Już
w trakcie studiów nasze drogi się rozeszły i nie widywaliśmy się na uczelni. Nasz kontakt ograniczał
się do rozmów na gg. Mieszkałam w swoim małym miasteczku, on przeprowadził się do dużego
miasta w którym studiowaliśmy wcześniej. Po około 2 latach otrzymałam propozycję pracy w tym
mieście, podjęłam pracę, wynajęłam mieszkanie, przeprowadziłam się. Zaczęliśmy się spotykać-już
tak "na poważnie". Mimo "bycia parą" byliśmy również dobrymi kumplami, spędzaliśmy bardzo dużo
czasu razem. Nuda była nam obca. Zaczęły się wyjazdy do jego domu, poznawanie rodzimy. Każdy
wyjazd był bardzo udany-rodzinne grille, spacery, rozmowy do nocy...
On zaproponował abyśmy zamieszkali razem. Szukaliśmy mieszkania. Kiedy oglądał projekt mieszkania
pytał "a gdzie wspawimy łóżeczko?". Rozmowy i plany na temat zaręczyn, ślubu, dziecka...
Planowanie przyszłości...
Jakkolwiek fantastycznie wygląda ten obrazek z bajki w ciągu 2 tygodni wszystko się zmieniło.
Przestaliśmy rozmawiać, On zamknął się w sobie. Myślałam, że ma jakieś problemy, coś go męczy,
dała mu czas... Okazało się, że to była jedynie strata czasu. Nie widywaliśmy się, po tygodniu
postanowiłam że musimy porozmawiać o tym. Podjął decyzję o rozstaniu. Jakby ktoś nie wierzył w
przesądy-było to w piątek trzynastego. Po weekendzie dostałam wiadomość: nie mogę bez Ciebie
żyć, chcę być z Tobą, zależy mi na Tobie, porozmawiajmy". Zgodziłam się na spotkanie.
Wyjaśniliśmy sobie wszystko. Znowu miało być malinowo jak do tej pory. Jednak nic się nie
zmieniło, nie było happy endu, bo po dwóch dniach znowu dostałam wiadomość "wiem, że jestem
beznadziejnym facetem, wiem że jestem głupi i robię w tym momencie najgłupszą rzecz w swoim
życiu, ale nie mogę robić czegoś wbrew sobie" - znowu rozstanie. Jednak minęło już kilka tygodni i
on nadal się nie odzywa. Uważam, że może to lepiej że stało się to właśnie teraz, że nie był oza
późno na rozstanie.
Jednak chciałabym żebyście mi pomogli zrozumieć tego człowieka. Może sam wystraszył się swoich
deklaracji i uważał, że to jednak za wcześnie? Czy tak postępuje facet który jest w wieku 31 lat?
Czy może ten człowiek ma jakieś problemy ze sobą i trzeba mu pomóc? Jak w ciągu tak krótkiego
czasu z wesołegom, miłego, kochającego faceta mówł zmienić się w mega starego, zamkniętego w
sobie zrzędę? Czy może to wszystko było tylko grą i formą maski? Co sądzicie?