nula8
02.11.10, 11:54
Poszłam w piątek z koleżanką do knajpy, coby popłakać na temat nieodwzajemnionej miłości. Chciałyśmy gadać, więc wybrałyśmy knajpę "dla niemieckich emerytów" - z cichą muzyką, bez tłumów. W sali, w której siedziałyśmy przez cały wieczór wymieniły się trzy pary.
1. Oboje koło pięćdziesiątki, zadbani, roześmiani. Ewidentnie początki, a w zasadzie to przyjaźń, ale już trochę ściemnianie pod kątem miłości

. Rozgadani, zapatrzeni, zadowoleni straszliwie.
2. Pani tuż przed czterdziestką, blondynka, wypindrzona, trochę wyglądała jak kura domowa przebrana za laskę. Pan przed pięćdziesiątką, nałogowy randkowicz, aluzje seksualne co drugie zdanie. Mnóstwo komplementów, trochę napięcia, momentami chwile ciszy. W chwilach, gdy pan wychodził do klopa, pani dzwoniła do dzieci.
3. Oboje przed trzydziestką. Milczenie. Czasem kilka słów. Zjedli, wypili do końca piwo. Do niej zadzwonił telefon. Pogadała, rozłączyła się. Zrelacjonowała rozmowę, dodając kilka słów od siebie. Pan coś mruknął.
Czemu pocieszająco - bezdyskusyjnie szczęśliwi bywamy tylko w pierwszej fazie związku

Więc - w jedynej, którą czasami przeżywam.
A potem załamka. Jedyna para za stażem - pustka. "No to po co nam było w to gnać?". Na cholerę tak czekać?