podoba mi sie ostatnio to :)

18.12.10, 22:06
moje życie to....smile
www.youtube.com/watch?v=It3xP0hPftY
    • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:16
      a mi się to ostatnio podoba:
      [url=https://www.youtube.com/watch?v=PhMCa1_9FYg][color=#999999][b]"Eric F. Russel
      ELEMELEK
      (Allamagoosa)
      tłum. Darosław J.
      Dawno już HMSS „Szperacz” nie był taki spokojny i cichy.
      Spoczywał w kosmoporcie Syriusza z wystygłymi dyszami, z pancerzem podrapanym mikrometeorytami, jak maratończyk wyczerpany długim, bardzo długim biegiem. Miał prawo tak wyglądać – wrócił właśnie z dalekiej podróży, bynajmniej nie wolnej od kłopotów.
      Teraz w porcie czekał go dobrze zasłużony wypoczynek – niechby i tylko chwilowy. Spokój, błogi spokój. Żadnych zmartwień, przesileń, poważnych niedopatrzeń, żadnych straszliwych kłopotów, które w czasie swobodnego przelotu pojawiały się co najmniej dwa razy dziennie. Po prostu spokój.
      Ha!
      Kapitan McNaught, wyluzowany, z nogami na biurku, pogrążył się w kontemplacji ciszy. Silniki milczały. Po raz pierwszy od miesięcy nie było słychać ich piekielnego dudnienia. Na zewnątrz, w wielkim mieście, czterystu członków załogi szalało w promieniach jaskrawego słońca. Wieczorem, gdy pierwszy oficer Gregory wróci, by objąć służbę, kapitan wyjdzie w nasycony upajającymi zapachami zmierzch i zrobi kilka rund po najciekawszych miejscach, skąpanych w neonowym świetle.
      Na tym polegał urok dłuższych postojów. Można dać sobie luz, wziąć głęboki oddech, zachłysnąć się swobodą – każdy po swojemu. W kosmoporcie nie istnieją pojęcia obowiązku, niebezpieczeństwa, odpowiedzialności. Dotarli do bezpiecznej, spokojnej przystani.
      Nareszcie, ha!
      Do kabiny wszedł radiooficer Burman. Był jednym z pół tuzina pozostawionych na służbie, a wyraz jego twarzy wskazywał, że zna co najmniej kilkadziesiąt lepszych sposobów na spędzenie czasu.
      - Właśnie odebrałem depeszę, panie kapitanie – podał mu kawałek papieru i czekał, aż dowódca rzuci nań okiem i ewentualnie podyktuje odpowiedź.
      McNaught zdjął nogi z biurka, usiadł wyprostowany i przeczytał:
      - Kwatera Główna Ziemia do HMSS „Szperacz”. Pozostać na MP Syrport w oczekiwaniu na dalsze rozkazy. Kontradmirał Vane W. Cassidy przybędzie 17-go. Dow.Oper.Floty, Sekcja Syriusz - Feldman.
      Szczęście nagle uleciało z twarzy McNaughta. Wzniósł oczy ku sufitowi i jęknął.
      - Coś nie w porządku? - spytał poważnie zaniepokojony Burman.
      Kapitan wskazał trzy cienkie książeczki leżące na biurku.
      - Środkowa, strona dwudziesta.
      Burman przekartkował.
      Vane W. Cassidy, kontradmirał, naczelny inspektor wyposażenia. Głośno przełknął ślinę.
      - Czy to znaczy...?
      - Tak, to właśnie znaczy – w głosie McNaughta nie było śladu zadowolenia. - Wracamy do podchorążówki, regulaminów i innych idiotyzmów. Psuć, mydlić, polerować! Ma się błyszczeć jak...! - Przybrał oficjalny wyraz twarzy i dostosował do niego ton głosu. - Kapitanie, ma pan na stanie tylko siedemset dziewięćdziesiąt dziewięć żelaznych racji. Pański przydział wynosi osiemset. W dzienniku pokładowym nie ma wyjaśnienia dotyczącego brakującej racji. Gdzie ona jest? Co się z nią stało? Jak pan wyjaśni fakt, że na wyposażeniu jednego z pańskich ludzi brakuje pobranej z magazynu pary szelek? Czy złożył pan odpowiedni meldunek o ich stracie?
      Burman był przerażony.
      - Dlaczego wybrał właśnie na nas? Nigdy przedtem się nami nie interesował.
      - Właśnie dlatego – wyjaśnił McNaught. - Nasza kolej na przepuszczenie przez magiel...
      Jego wzrok zatrzymał się na kalendarzu.
      - Mamy trzy dni. I będziemy ich potrzebować! Proszę powiedzieć Pike'owi, żeby natychmiast się u mnie zameldował.
      Burman wyszedł z ponurą miną. Wkrótce zjawił się drugi oficer. Wyraz twarzy potwierdzał starą prawdę, że złe wieści rozchodzą się błyskawicznie.
      - Wypisz zamówienie na sto galonów farby plastikowanej, kolor szary regulaminowy, z certyfikatem jakości – polecił McNaught. - Oraz na trzydzieści galonów białej emalii do pokrywania powierzchni wewnętrznych. Idź z tym do magazynów portu i powiedz, żeby dostarczyli to wszystko dziś do osiemnastej wraz z właściwym przydziałem pędzli i rozpylaczy. Poza tym łap wszelkie środki czyszczące wydawane bez zamówień pisemnych.
      - Ludziom się to nie spodoba – powiedział niepewnie Pike.
      - Będą zachwyceni – zapewnił McNaught. - Czyściutki, wypicowany, błyszczący statek wpływa dodatnio na morale załogi. Tak jest napisane w podręcznikach. Teraz do roboty, składaj te zamówienia. Po powrocie znajdź spisy wyposażenia i zapasów i przynieś je tutaj. Musimy wszystko sprawdzić, zanim się pojawi Cassidy. Jak już tu będzie, nie będzie szansy uzupełnienia braków ani wyniesienia nadwyżek.
      - Tak jest, panie kapitanie!
      Pike wyszedł z takim samym wyrazem twarzy jak przedtem Burman.

      McNaught mruczał do siebie pod nosem, rozwalony w fotelu. Miał dziwne przeczucie – jakieś łamanie w kościach – że w ostatniej chwili coś na pewno wyskoczy. Brak jakiegoś przedmiotu oznaczałby poważne kłopoty – chyba że tłumaczyłby go wcześniejszy meldunek – ale nadwyżka byłoby prawdziwą klęską. Pierwsze oznacza niedbalstwo lub nieszczęśliwy przypadek. Drugie sugeruje bezczelną kradzież własności państwowej połączoną z próbą zatuszowania jej przez dowódcę.
      Na przykład ostatni przypadek – Williams z ciężkiego krążownika „Chyży” został przyłapany na posiadaniu na pokładzie statku jedenastu zwojów drutu przeznaczonego na ogrodzenia pod napięciem, gdy oficjalny przydział wynosił dziesięć. Dopiero sąd wojskowy ustalił, że dodatkowy zwój – mający ogromną wartość wymienną na odpowiedniej planecie – nie został ukradziony z magazynów floty i, jak to nazywali marynarze, teleportowany na pokład. Williams dostał jednak naganę, a to nie pomaga w awansie.
      Gdy Pike wrócił z księgą formatu A4, McNaught ciągle wydawał pomruki niezadowolenia.
      - Zaczynamy od razu, panie kapitanie?
      McNaught wstał ciężko, żegnając się w myślach z urokiem oświetlonych neonami ulic.
      - Musimy. Sprawdzenie wszystkiego zajmie trochę czasu. Przegląd indywidualnego wyposażenia załogi zostawię na koniec.
      Wyszedł z kabiny i skierował się w stronę dziobu. Pike podążył na nim z wyraźną niechęcią.
      Peaslake zauważył ich, gdy przechodzili przez główną śluzę. Pobiegł za nimi z zapałem, potem zwolnił i dołączył z tyłu. Był prawdziwym członkiem załogi, a poza tym dużym psem, którego przodkowie w doborze partnerów kierowali się raczej entuzjazmem niż kryterium rasy. Nosił z dumą ogromną obrożę z napisem Peaslake – Własność HMSS Szperacz. W zakres jego sumiennie wypełnianych obowiązków wchodziło przede wszystkim odstraszanie od statku gryzoni oraz – od czasu do czasu – wywąchiwanie niebezpieczeństw niewidocznych dla ludzkich oczu.
      Dalej pomaszerowali we trzech – McNaught i Pike z minami ludzi zmuszanych do poświęcania przyjemności na rzecz obowiązku, Peaslake z żywą gotowością kogoś, kto zawsze jest chętny do nowej zabawy, na czymkolwiek by miała polegać. Doszli do kabiny dziobowej. McNaught wziął od Pike'a spisy i usadowił się w fotelu pilota.
      - Ty się lepiej znasz na tym, co tu jest. Mój teren to nawigacyjna. Więc ja będę wyczytywał, a ty sprawdzał, czy wszystko na miejscu.
      Otworzył księgę i zaczął od pierwszej strony.
      - K 1, cyrkiel drążkowy typ D, sztuk jedna.
      - Jest – powiedział Pike.
      - K 2, czujnik dystansowo-kierunkowy elektroniczny typ JJ, sztuk jedna.
      - Jest.
      - K3, grawimetry lewej i prawej burty model Casini, sztuk dwie.
      - Jest.
      Peaslake położył łeb na udzie McNaughta, zamrugał z uczuciem, potem zaskomlał. Zaczynał rozumieć ludzi. To nudne wyczytywanie i sprawdzanie mogło być wszystkim, tylko nie zabawą. McNaught opuścił rękę i pocieszająco podrapał psa za uchem, lecz po chwili wrócił do listy.

      Zanim wrócił pierwszy oficer, dotarli do maleńkiego pomieszczenia centrali interkomu i gmerali w nim w półmroku. Peaslake już dawno sobie poszedł, zdegustowany do głębi.
      - M24, zapasowe minigłośniki trzycalowe, typ T 2, komplet sześć sztuk jeden.
      - Jest.
      Gregory wsadził głowę do kabinki i obrzucił ich czujnym spojrzeniem.
      - Co jest? - spytał.
      - W
      • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:23
        echh... na podglądzie było ok big_grin
        "Nazajutrz około południa McNaught uznał, że przeczucie go nie myliło.
        Sczytywał właśnie dziewiątą stronę, a Jean Blanchard potwierdzał istnienie każdego wyszczególnionego przedmiotu. Przebywszy dwie trzecie drogi w dół listy nadziali się na skałę i zaczęli szybko tonąć.
        - V 1097. Naczynie na napoje, emaliowane, sztuk jedna – powiedział McNaught znudzonym głosem.
        - On jezd – odpowiedział Blanchard pukając w naczynie.
        - V 1098. Pipok, sztuk jedna.
        - Quoi? - spytał Blanchard ze zdziwioną miną.
        - V 1098, pipok, sztuk jedna – powtórzył McNaught. - Co się na mnie gapisz? To jest kuchnia okrętowa. Ty jesteś kukiem. Wydaje mi się, że powinieneś wiedzieć, co się znajduje w twojej kuchni. Gdzie ten pipok?
        - Nigdy nie słyszałem takiego – stwierdził stanowczo Blanchard.
        - Musiałeś słyszeć. Tu jest, na tej karcie, równym czystym drukiem. Stoi jak wół: pipok, sztuk jedna. Był tu cztery lata temu, jak byliśmy ekwipowani. Sprawdziliśmy osobiście i podpisaliśmy.
        - Nie podpisywałem żaden pipok – zaprzeczył Blanchard. - W mojej cuisine nie jest taka rzecz.
        - Patrz tutaj! - warknął McNaught, podsuwając mu kartę. Blanchard spojrzał i prychnął lekceważąco.
        - Mam elekthyczny piec, sztuk jedna, mam kotły ciśnieniowe z pokhywami, sztuk dwie. Mam hondle z uchwytami tehmoodpohnymi, sztuk sześć. Pipoka nie mam. Nie słyszałem takiego – rozłożył ręce i wzruszył ramionami. - Nie znam go.
        - To musi tu być – nalegał McNaught. - A jeśli nie ma, to Cassidy zedrze z nas skórę i pokroi na kawałki.
        - Znajdź jego – zasugerował Blanchard.
        - Masz dyplom Międzynarodowej Hotelarskiej Szkoły Gotowania. Masz dyplom Cordon Bleu College de Cuisine. Masz dyplom trzeciego stopnia z wyróżnieniem Centrum Wyżywienia Floty Kosmicznej – wyliczył McNaught. - Masz te wszystkie dyplomy i nie wiesz, co to jest pipok.
        - Nom d'un chien! - wrzasnął Blanchard wymachując rękami. - Mówię tobie sto tysięcy hazy nie ma tu pipoka. Tutaj nigdy nie był pipok. Escoffier osobiście nie znalazł pipoka gdzie jego nie ma. Może ja jezdem magik?
        - To jest część wyposażenia kulinarnego – upierał się McNaught. - To musi tu być, ponieważ jest wyszczególnione na stronie dziewiątej. A strona dziewiąta oznacza, że właściwe miejsce tej rzeczy jest w kuchni, pod opieką kuka.
        - Góffno, a nie jezd! - sprzeciwił się Blanchard. Wskazał na metalowe pudełko na ścianie. - Wspomagacz intehkomu. To jezd moje?
        McNaught przemyślał gruntownie sprawę.
        - Nie – przyznał. - To jest Burmana. Jego rzeczy poniewierają się po całym statku.
        - Więc spytaj jego o ten pieprzony pipok! - zasugerował z triumfem Blanchard.
        - Spytam. Jeśli to nie jest twoje, musi być jego. Ale najpierw skończmy ten spis. Jeśli nie będę systematyczny i dokładny, to Cassidy zerwie mi naszywki.
        Przebiegł wzrokiem listę.
        - V 1099. Obroża z napisem tłoczonym, skóra z nitami mosiężnymi, do użytku psa, sztuk jedna. Nie ma co sprawdzać. Sam ją widziałem dziesięć minut temu.
        Postawił znaczek.
        - V 1100 – kontynuował. - Kosz wiklinowy pleciony – legowisko dla psa, sztuk jedna.
        - On jezd – powiedział Blanchard, kopniakiem przesuwając kosz w róg pomieszczenia.
        - V 1101. Poduszka, guma piankowa, wykładzina legowiska psa, sztuk jedna.
        - Sztuk pół – skorygował Blanchard. - Przez cztehy lata zjadł dhugie pół.
        - Może Cassidy poleci wystąpić o nową. Poduszka nieważna, jesteśmy w porządku, póki możemy okazać połowę, którą mamy.
        McNaught wstał i zamknął księgę.
        - Stąd to już wszystko. Pójdę spytać Burmana o ten brakujący przedmiot."
        cdn. big_grin




        • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:25
          no... wink :
          "Burman wyłączył odbiornik UHF, zdjął słuchawki i pytająco uniósł brew.
          - W kuchni brakuje pipoka – wyjaśnił McNaught. - Gdzie on jest?
          - A co mi do tego? Kuchnia to teren Blancharda.
          - Nie całkiem. Biegnie przez nią sporo twoich kabli. Masz tam swoje dwie skrzynki zaciskowe, automatyczny przełącznik i wspomagacz interkomu. Gdzie jest pipok?
          - Pierwsze słyszę o czymś takim – odparł Burman.
          - Nie mów tak! - wrzasnął McNaught. - Przez Blancharda robi mi się niedobrze, jak to słyszę. Cztery lata temu mieliśmy pipoka. Tu jest tak napisane. To jest nasza kopia tego, co sprawdziliśmy i podpisaliśmy. Podpisaliśmy odbiór pipoka, sztuk jedna. A więc teraz musimy tę jedną sztukę mieć. Trzeba ją znaleźć, zanim Cassidy się tu zjawi.
          - Przykro mi, panie kapitanie – powiedział ze współczuciem Burman – ale nie jestem w stanie panu pomóc.
          - Możesz jeszcze pomyśleć – poradził McNaught. - Tam w tej misce jest czujnik dystansowo-kierunkowy. Jak wy go nazywacie?
          - Czudyk – odpowiedział podejrzliwie Burman.
          - A jak nazywacie to? - ciągnął McNaught, wskazując generator impulsów świetlnych.
          - Mrugałka.
          - A widzisz! Dziecinne słowa. Czudyk i mrugałka. Teraz rusz głową i przypomnij sobie, co cztery lata temu nazywaliście pipokiem.
          - Według mojej wiedzy nic nigdy nie było nazywane pipokiem.
          - Dlaczego w takim razie podpisaliśmy odbiór jednej sztuki? - nie ustępował McNaught.
          - Ja niczego nie podpisywałem. Pan wszystko podpisał.
          - A ty i inni sprawdzaliście. Cztery lata temu, prawdopodobnie w kuchni, przeczytałem: pipok, sztuk jedna, a któryś z was – ty albo Blanchard – wskazał na to i powiedział „jest”. Uwierzyłem wam na słowo. Muszę wierzyć słowu specjalisty. Ja jestem nawigatorem i znam wszystkie najnowsze wynalazki z dziedziny nawigacji, ale nie znam i nie muszę znać się na wyposażeniu z innych dziedzin. Jestem więc zmuszony polegać na ludziach, którzy wiedzą, co to jest pipok, albo przynajmniej powinni wiedzieć.
          Burman nagle doznał olśnienia.
          - Podczas załadunku w głównej śluzie, na korytarzach i w kuchni były zwalane najróżniejsze graty. Musieliśmy to wszystko posortować i przenieść na miejsca, pamięta pan? Ten pipok może teraz być gdziekolwiek, niekoniecznie u mnie czy Blancharda.
          - Dobrze, zobaczę, co powiedzą inni oficerowie – zgodził się McNaught. - Może któryś z nich się nim zaopiekował. Ale gdziekolwiek jest, trzeba go znaleźć. Albo raport o jego zużyciu.
          Wyszedł.
          Burman otarł twarz, włożył słuchawki i znów zaczął wędrować po skali swojego aparatu.
          McNaught wrócił godzinę później z miną jak na pogrzebie.
          - Zostało ustalone – powiedział z hamowaną furią – że na statku nie znajduje się rzecz o nazwie pipok. Nikt o niej nic nie wie. Nikt nie ma pojęcia, co to może być.
          - Niech pan postawi na tym krzyżyk i złoży meldunek o stracie – poradził Burman.
          - Co? Strata w porcie? Wiesz równie dobrze jak ja, że jest obowiązek meldowania o stratach i zniszczeniach bezpośrednio po ich zajściu. Jeżeli powiem Cassidy'emu, że pipok wyemigrował za chlebem w kosmosie, to ten sukinsyn na pewno będzie się domagał wyjaśnień, jak, kiedy, w jakim kierunku i dlaczego o tym nie zameldowano. A jeśli okaże się, że urządzenie kosztuje pół miliona, to polecą głowy. Nie, nie mogę się ot tak lekką rączką pozbywać pipoka.
          - W takim razie co z tym można zrobić? - spytał Burman, nieświadomie wchodząc wprost w pułapkę.
          - Jest jedno wyjście. Jedyne możliwe. Skonstruujesz pipoka.
          - Ja?! - Burman złapał się za głowę.
          - Ty i nikt inny. Jestem niemal pewien, że ten kwiatek to z twojego ogródka.
          - Dlaczego?
          - Bo to jest typowo infantylna nazwa z gatunku tych, jakie wy nadajecie swoim sprzętom. Stawiam miesięczną pensję, że pipok to jest coś w rodzaju naukowego elemelka. Może coś w rodzaju dźwiękowego kierunkowskazu.
          - Naprowadzacz dźwiękowy zastosowania przyplanetarnego nazywa się „Jęczący Jaś” - poinformował go Burman.
          - O, właśnie! - powiedział McNaught, jakby to, co przed chwilą usłyszał, ostatecznie potwierdzało jego tezę. - No więc zrobisz pipoka. Ma być gotowy jutro na osiemnastą i czekać na mój przegląd. Lepiej, żeby był przekonywający. A nawet zadowalający. Dokładniej: ma funkcjonować w sposób przekonywający i zadowalający.
          Burman stał z rękami bezradnie zwisającymi wzdłuż ciała.
          - Jak mam zrobić pipoka, jeśli nie mam pojęcia, co to jest? - spytał.
          - Cassidy też nie wie – odparł McNaught, spoglądając chytrze. - On patrzy przede wszystkim na sztukę. Liczy przedmioty, patrzy na nie, potwierdza, że istnieją, i pyta, czy funkcjonują prawidłowo czy są zużyte. Czyli musimy tylko sklecić jakiegoś elemelka o imponującym wyglądzie i powiedzieć mu, że to jest pipok.
          - Wielki Mojżeszu! - powiedział Burman żarliwie.
          - Lepiej nie polegajmy na wątpliwej pomocy postaci biblijnych – powiedział z naganą w głosie McNaught. - Użyjmy mózgów, które są nam dane od Boga. Łap za lutownicę. Jutro do osiemnastej ma być gotowy pipok w najlepszym gatunku. To jest rozkaz!
          Wyszedł, zadowolony, że udało się rozwiązać ważny problem.
          Za jego plecami Burman zagapił się ponuro w ścianę"

          cdn...
          • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:27
            cdn:
            "Kontradmirał Vane W. Cassidy zjawił się dokładnie o zapowiedzianej porze.
            Był to niski, brzuchaty osobnik o rumianej cerze i oczach dawno zdechłej ryby. Poruszał się w sposób świadczący, że jest w pełni świadomy ważności swej osoby.
            - No, kapitanie, mam nadzieję, że u was wszystko jest w porządku.
            - U mnie zawsze jest wszystko w porządku – bez zająknienia zapewnił McNaught tonem człowieka, który w pełni wierzy w to, co mówi. - Dbam o to osobiście.
            - To dobrze. Lubię dowódców, którzy poważnie traktują swoje obowiązki. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, ze nie wszyscy są tacy.
            Przemaszerował przez główną śluzę, zatrzymując rybie oczy na świeżej białej emalii na ścianach.
            - Skąd woli pan zacząć, kapitanie, od rufy czy od dziobu?
            - Mój spis wyposażenia zaczyna się od urządzeń dziobowych i stopniowo idzie ku rufie.
            - Bardzo dobrze.
            Kontradmirał skierował pełne powagi kroki ku nosowi statku, po drodze zatrzymując się, by poklepać Peaslake'a i przyjrzeć się jego obroży.
            - Bardzo zadbany, jak widzę. Czy zwierzę okazało się przydatne?
            - Na Mardii ocalił czterech ludzi, warcząc ostrzegawczo.
            - Mam nadzieję, że opisał pan szczegóły w dzienniku okrętowym?
            - Tak jest, panie admirale. Dziennik okrętowy jest w kabinie nawigacyjnej, gotowy do przeglądu.
            - Przejrzę go w odpowiednim czasie.
            Doszli do kabiny dziobowej. Cassidy usiadł i wziął od McNaughta księgę.
            - K 1. Cyrkiel drążkowy typ D, sztuk jedna – przeczytał z namaszczeniem.
            - Tutaj, panie admirale.
            - Ciągle działa prawidłowo?
            - Tak jest, panie admirale.
            Sprawdzili pomieszczenie centrali interkomu, potem centrum obliczeniowe i inne miejsca po drodze do kuchni. Gdy wreszcie tam dotarli, Blanchard trwający na posterunku w świeżo wypranym białym fartuchu obrzucił inspektora podejrzliwym spojrzeniem.
            - V 147. Piec elektryczny, sztuk jedna.
            - On jezd – powiedział Blanchard, wskazując lekceważącym gestem piec.
            - Stan zadowalający? - dociekał Cassidy, patrząc na kucharza błędnym wzrokiem.
            - Nieduży – oznajmił Blanchard. Gwałtownie zatoczył rękami koło. - Fszistko nieduże. Pokój za mały. Fszistko za mały, ja jestem chef de cuisine, a ona jest cuisine jak komórka.
            Cassidy wbił wzrok w spis na dłuższą chwilę.
            - To jest okręt wojenny – warknął – a nie luksusowy liniowiec. V 148, wyłącznik czasowy zamocowany na piecu elektrycznym, sztuk jedna.
            - On jezd – prychnął Blanchard.
            Napięcie rosło. Cassidy posuwał się w dół listy, aż dotarł do punktu krytycznego.
            - V 1098. Pipok, sztuk jedna.
            - Morbleu! - wrzasnął Blanchard, ciskając oczami gromy. - Już mówiłem i powtarzam znowu, tutaj nigdy nie...
            - Pipok jest w radiokabinie, panie admirale – wtrącił pospiesznie McNaught.
            - Doprawdy? - Cassidy jeszcze raz spojrzał na spis. - W takim razie dlaczego jest spisany razem z wyposażeniem kuchennym?
            - W czasie załadunku wyposażenia został umieszczony w kuchni, panie admirale. To jest urządzenie przenośne, które można umieścić w dowolnym dogodnym miejscu.
            - Hmm... W takim razie należało go przenieść na listę wyposażenia kabiny łączności radiowej. Dlaczego pan tego nie zrobił?
            - Uważałem, że powinienem wstrzymać się z tym do pańskiego przyjazdu, żeby to zrobił ktoś o kwalifikacjach pana admirała.
            W rybich oczach odbiło się zadowolenie.
            - Tak, postąpił pan właściwie, kapitanie. Dokonam przeniesienia natychmiast.
            Wykreślił odpowiedni punkt na stronie dziewiątej, postawił swoją parafę, wpisał odpowiedni punkt na stronie szesnastej, znów postawił parafę.
            - V 1099. Obroża z napisem tłoczonym, skóra... ach tak, widziałem, pies ją nosi.
            Odfajkował."

            cdn.
            • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:29
              cdn:
              "W godzinę później wkroczył do kabiny. Burman wstał, przycisnął ramiona do ciała, ale nie mógł opanować nerwowych ruchów stóp i dłoni. Oczy wystąpiły mu lekko z orbit i zwróciły się w stronę McNaughta w niemej prośbie. Wyglądał jak człowiek, któremu w spodnie wszedł jeż.
              - V 1098, pipok, sztuk jedna – powiedział Cassidy swym normalnym tonem, nie dopuszczającym podejrzeń, że mógłby pleść bzdury.
              Kanciastym, nieco szarpanym ruchem, jak nieco rozregulowany robot, Burman położył dłoń na małym pudełku, którego przednią ścianę wypełniały wskaźniki, przełączniki i kolorowe światełka. Przesunął kilka dźwigienek. Światełka zaczęły mrugać, tworząc intrygujące kombinacje.
              - To jest to, panie admirale – poinformował z wyraźną trudnością.
              - Aha! - Cassidy opuścił fotel i podszedł bliżej. - Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek dotąd spotkał taki przedmiot. Ale teraz robi się tyle modeli tego samego urządzenia... Czy ciągle pracuje zadowalająco?
              - Tak jest, panie admirale.
              - Jedno z najbardziej użytecznych urządzeń na statku – dorzucił McNaught dla zwiększenia efektu.
              - A co to urządzenie robi? - spytał Cassidy, zapraszając Burmana, by pochwalił się swoją mądrością. Burman zbladł.
              - Pełne wyjaśnienie – wtrącił pospiesznie McNaught – musiałoby być oczywiście skomplikowane i pełne szczegółów technicznych, ale ujmując rzecz możliwie najprościej urządzenie to umożliwia utrzymanie równowagi pomiędzy wzajemnie przeciwstawnymi polami grawitacyjnymi. Kombinacje świateł informują o stopniu i kierunku zakłócenia równowagi w danym momencie.
              - Wykorzystano tu w bardzo pomysłowy sposób – dorzucił Burman, któremu te rewelacje nagle dodały odwagi – implikacje zjawiska opisanego stałą Finagle'a.
              - Rozumiem – powiedział Cassidy nic nie rozumiejąc. Wrócił na fotel i postawił znaczek przy pipoku. - Z 44, łącznica automatyczna interkomu na czterdzieści linii, sztuk jedna.
              - Jest tutaj, panie admirale.
              Cassidy rzucił okiem na łącznicę i wbił wzrok w spis.
              McNaught i Burman wykorzystali chwilowe roztargnienie admirała, by otrzeć pot z czół. Zwycięstwo zostało osiągnięte. Wszystko było w porządku.
              Ha! (po raz trzeci)."
              • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 18.12.10, 23:31
                cdn:
                "Kontradmirał Vane W. Cassidy wyjechał zadowolony, chwaląc kapitana na pożegnanie.
                W ciągu godziny załogę wywiało do miasta. McNaught i Gregory na zmianę rozkoszowali się wesołymi światłami wszystkich interesujących miejsc. W ciągu najbliższych pięciu dni wszystko było spokojem i przyjemnością.
                Szóstego dnia Burman przyniósł depeszę, rzucił ją na biurko McNaughta i poczekał na reakcję z pełną satysfakcji miną kogoś, czyje osiągnięcia zasługują na nagrodę.
                Kwatera główna do HMSS Szperacz. Wracać natychmiast na Ziemię w celu dokonania przeglądu i remontu kapitalnego. Przewidziany montaż ulepszonego reaktora głównego. Dow.Oper.Floty, Sekcja Syriusz - Feldman.
                - Wracamy na Ziemię – skomentował McNaught głosem pełnym szczęścia. - A remont kapitalny to jest najmarniej miesiąc urlopu – spojrzał na Burmana. - Powiedz wszystkim oficerom będącym na służbie, żeby szli do miasta i kazali załodze wracać na statek. Wrócą biegiem i w podskokach, jeśli będą wiedzieli, dlaczego.
                - Tak jest, panie kapitanie! - odparł Burman szczerząc zęby.
                Jeszcze dwa tygodnie później zęby szczerzyli wszyscy i ciągle. Syrport został daleko z tyłu, a Sol urosła do maleńkiego punkciku przed dziobem statku. Jeszcze jedenaście miesięcy drogi, ale sprawa była tego warta. Znowu na Ziemi. Hurra!
                Jednak pewnego poranka w kabinie kapitańskiej uśmiechy nagle znikły. Burman wszedł do środka i gryząc dolną wargę czekał, aż McNaught skończy uzupełniać dziennik. W końcu McNaught odsunął księgę, podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
                - Co ci jest? Brzuch cię boli?
                - Nie, panie kapitanie. Myślę.
                - To takie bolesne?
                - Myślę – upierał się Burman pogrzebowym tonem. - Wracamy na przegląd. Czy pan sobie zdaje sprawę, co to znaczy? Zejdziemy z pokładu, a zaraz potem wpadnie tu horda specjalistów – spojrzał tragicznym wzrokiem na dowódcę. - Powiedziałem: specjalistów.
                - Oczywiście, że specjalistów – zgodził się McNaught. - Wyposażenia statku nie może testować, czyścić i naprawiać banda półgłówków.
                - Tak, nawet średniej klasy specjalista nie poradzi sobie z przetestowaniem, wyczyszczeniem i naprawą pipoka – przytaknął Burman. - Do tego trzeba geniusza.
                McNaught padł na oparcie fotela, z wyrazem twarzy tak zmienionym, jakby zmienił maski.
                - Wielkie nieba! Na śmierć zapomniałem! Tamtym chłopcom nie zamydlimy oczu naukową paplaniną.
                - Nie zamydlimy, panie kapitanie – poparł go Burman. Nie dodał „już nigdy”, ale miał to wypisane na twarzy. - Pan mnie w to wpakował. Niech pan mnie teraz z tego wyciągnie.
                Odczekał kilka chwil, w czasie których McNaught wykonywał intensywną pracę myślową.
                - Co pan ma zamiar zrobić, panie kapitanie? - spytał.
                Twarz McNaughta powoli wygładził uśmiech satysfakcji.
                - Mam zamiar zepsuć urządzenie i włożyć je do dezintegratora.
                - To nie rozwiąże problemu, panie kapitanie – zauważył Burman. - Ciągle będzie nam brakowało pipoka.
                - Nie będzie. Mam zamiar zameldować o jego stracie w wyniku niebezpieczeństw czyhających w otwartym kosmosie. Przecież teraz – mrugnął wymownie jednym okiem – dokonujemy swobodnego przelotu, a nie stoimy w porcie.
                Sięgnął po blok z formularzami depeszowymi, a Burman czekał wyraźnie odprężony.
                HMSS Szperacz do Kwatery Głównej Ziemia. V 1098, pipok, sztuk jedna, rozpadł się skutek wstrząsu grawitacyjnego podczas przechodzenia w pobliżu układu gwiazdy podwójnej Hektor Major – Minor. Materiał użyty jako paliwo. Dowódca HMSS Szperacz – McNaught.
                Burman zabrał depeszę do radiokabiny i wysłał w stronę Ziemi.
                Przez następne dwa dni panował ład i porządek. Trzeciego dnia Burman wpadł jak burza do kabiny kapitańskiej.
                - Wiadomość „do wszystkich”, panie kapitanie – oznajmił i wcisnął dowódcy depeszę do ręki.
                Kwatera Główna Ziemia do wszystkich sekcji. Bardzo pilne. Bardzo ważne.
                Wszystkie statki natychmiast lądować. Statki wykonujące zadania specjalne skierować się do najbliższego kosmoportu i oczekiwać na dalsze rozkazy.
                Nacz.Dow. Pogotowia i Obrony Ziemia – Welling.
                - Myśli pan, że co się stało? - spytał Burman.
                - Bóg raczy wiedzieć. Ostatnie do wszystkich było siedem lat temu, jak „Włóczęga” eksplodował w pół drogi do Marsa, uziemili wszystkie statki do wyjaśnienia przyczyny – potarł policzek, pomyślał chwilę i ciągnął dalej: - A poprzednie, jak cała załoga „Spluwy” dostała świra. Cokolwiek się stało, założę się, że jakaś poważna sprawa.
                - Chyba nie wybuch wojny kosmicznej?
                - Z kim? - machnął lekceważąco ręką McNaught. - Nikt nie ma statków, które mogłyby się przeciwstawić naszym. Raczej coś technicznego. Powiedzą nam, zanim dolecimy do Zaxedu, albo zaraz potem.
                Powiedzieli. Sześć godzin później Burman wpadł do kabiny z twarzą wykrzywioną przerażeniem.
                - A tym razem co cię gryzie? - spytał McNaught, patrząc na niego wyczekująco.
                - Pipok – wyjąkał Burman. Wymachiwał rękami, jakby strząsał niewidzialne pająki.
                - No i co?
                - Błąd drukarski. Opuścili litery. Miało być pies pokł..
                - Pies pokł? - powtórzył McNaught z taką intonacją, jakby to było coś wyjątkowo świńskiego.
                - Pan sam zobaczy – Burman rzucił depeszę na biurko i wyleciał z kabiny jak strzała, zostawiając otwarte drzwi.
                McNaught rzucił za nim groźne spojrzenie, podniósł papier i zaczął czytać.
                Kwatera Główna Ziemia do HMSS Szperacz. Dotyczy waszego meldunku w sprawie V 1098, pies pokładowy Peaslake. Podać szczegóły okoliczności, w których zwierzę rozpadło się na skutek szoku grawitacyjnego. Opisać dokładnie przebieg procesu rozpadu. Przebadać załogę i natychmiast meldować o wszelkich podobnych zaobserwowanych objawach. Bardzo pilne. Bardzo ważne.
                Nacz.Dow. Pogotowia i Obrony Ziemia – Welling.
                W zaciszu kabiny McNaught rozpoczął zjadanie swoich paznokci. Ilekroć przyglądał się, ile jeszcze z nich zostało, oczy ustawiały mu się w lekkiego zeza.

                KONIEC"
                • czarodziejka99 Re: podoba mi sie ostatnio to :) 19.12.10, 13:50
                  Hmmm....widzisz Rafae usnełam z kielszkiem wina w dloni....czytajac...big_grin
                  smile
                  • rafae Re: podoba mi sie ostatnio to :) 19.12.10, 22:16
                    "Hmmm....widzisz Rafae usnełam z kielszkiem wina w dloni....czytajac...big_grin"
                    Polecam sie na przyszłość. wink
                    Pipok ma sie dobrze i bez procesu anichilacji, biurokracji i innych pierduł big_grin
                    Aaaa... a może chcesz bajkę? big_grin
                    mam w zanadrzu..., ta o smoku, to była Wersalikowa, a ta o Maszynie, Lemowa big_grin
                    • czarodziejka99 Re: podoba mi sie ostatnio to :) 20.12.10, 21:12
                      rafae napisał:

                      > Aaaa... a może chcesz bajkę? big_grin
                      > mam w zanadrzu..., ta o smoku, to była Wersalikowa, a ta o Maszynie, Lemowa big_grin

                      wolałabym zamiast bajki......może kołysankę.....big_grin
                      www.youtube.com/watch?v=VWk_c6z7LSo

Pełna wersja