rafae
30.01.11, 12:49
Czas powolutku płynie. Delikatnie przemieszcza potężne lodowe góry aby na ich miejsce bezszelestnie wysunąć nowe, bardziej białe i czyste. W świętej, bezkresnej czerni wygląda to zachwycająco, tak majestatycznie. Świadomość chłodu zamieszkała w opuszkach palców na stałe. Przyzwyczaiła do ulotności. Przygotowała do życia w próżni. Od natychmiastowej śmierci oddziela mnie tylko krucha ścianka, jak na ironię wykonana z najtwardszego ze znanych materiałów. Nadzieja. Jej struktura do dziś wprowadza w zachwyt i wzbudza kontrowersje. Jednak ciągle jeszcze sprawdza się najlepiej. Jest niezastąpiona w zimnym
i czarnym absolucie.
Podróż ciągle trwa. Ruch jest wyczuwalny, zdecydowany. Wewnątrz mnie zapach cynamonowej kawy potwierdza wszystkie przypuszczenia. Podróż jednak trwa. Gorące punkciki pozawieszane w ciszy. Przez iluminatory osadzone w ścianach zakrawają na abstrakcję, miraż. Jednak pojawiają się tak często, jak tylko pozwala na to wzrok. Szybuję wewnątrz, omijam lodowe majestaty, słodkie królestwa granatu, przenikam bezpowietrzne bariery. Dzień za dniem.
Wszystko co do tej pory dostrzegałem nigdy nie było na wyciągnięcie ręki. Zawsze okazywało się obce, nie stanowiło części świata z którego rzekomo pochodziłem. Postanowiłem więc odnaleźć ten, z którym łączy mnie większość osobistych neuronów. Podróż wydaje się bez końca. Umilam ją sobie przechadzając się korytarzami wykutymi w granitowej nadziei. Gdy spoglądam w okno czasem próbuję zgadnąć który z tych piekielnie ognistych punktów jest moim słońcem, wiatrem, oceanem i lądem. Który z nich jest Moją własną supernową.
Za pancerną szybą dystansu rozgrywają się obce szczęścia i dramaty płynących godzin.
Posyłam im uśmiechy dostrzegając w iluminatorze odbicie krzywizny swoich ust.
Samotność pośród korytarzy staje się wówczas błogosławieństwem.
Czasem widywałem chwile, które umiały szczerze modlić się o wschód. Byłem onieśmielony ich godnością i powagą. Byłem o to zazdrosny i ckliwie w nich zakochany. Zostały za rufą Nieśmiertelnego Koraba ginąc w spienionych odmętach grawitacji. Z czasem ślad uspokoił się i wygładził, ostatecznie tracąc do nich drogę.