lesher
22.02.11, 19:40
Tak mnie właśnie ostatnio naszło na podstawie obserwacji znajomych (i siebie

). I jeszcze pewnego postu Onyksi

Zastanawiam się czy mieszkanie w pojedynkę nie powoduje "utrwalenia" stanu "niesparowania". Przez mieszkanie w pojedynkę mam na myśli jedna osoba w jednym mieszkaniu (a nie np. kilka osób wynajmuje jedno mieszkanie, czy też ktoś kto ma własne i podnajmuje pokój, akademiki itp.), nie chodzi mi o to że akurat nie mieszka się ze swoją kobitą.
Wiadomo, że wspólne mieszkanie to zawsze jakieś mniejsze lub większe kompromisy (od sprzątania, po miejsce na półce w lodówce, czy urządzenie mieszkania). Tak obserwuje (również chyba po sobie

), że wygoda związana z samodzielnym mieszkaniem, gdzie można się liczyć tylko z własnymi potrzebami, powoduje coraz mniejszą elastyczność. Jak już się tego posmakowało, coraz trudniej jest pogodzić się z myślą, że można to stracić. Ale nie to jest najważniejsze (chociaż pewnie z powodu porozrzucanych skarpetek niejeden związek się rozpadł

). Zastanawiam się, czy nie przenosi się to dalej, czy takie wygodne "urządzenie się" nie powoduje że znika potrzeba obecności tej drugiej osoby. No może inaczej - nie znika, ale staje się mniej ważna, a warunkiem jest żeby jej (ewentualne) pojawienie się nie zburzyło status quo, a to raczej w praktyce niemożliwe...
A może to jest na odwrót - ci którzy dobrze czują się samemu i nie chcą związku wybierają również samotne mieszkanie, natomiast osobniki które są "stadne" za nic w świecie (i jeżeli akurat nie są "z kimś" to wolą wynajmować mieszkanie paczką, a nie samemu)?