looser1985
14.02.12, 20:06
Już od dłuższego czasu narastała we mnie potrzeba wyrzucenia tego wszystkiego, co nawarstwiało się we mnie. Dzisiaj w końcu wyrzucę z siebie wszystko, co mnie męczy.... Bardzo długo nie układało się w moim życiu, zwłaszcza w życiu osobistym. Ojciec były zomowiec-alkoholik, matka zajęta wychowaniem piątki dzieciaków. Nieraz dostało się mi w skórę, nieraz słyszałem pod swoim adresem wyzwiska. Czasami matka była gorsza od ojca, bo podburzała go do bicia nas. Od pierwszej do trzeciej klasa podstawówki - częste wyzwiska, bicie, izolowanie od rówieśników. Pamiętam, jak w pierwszej klasie miałem problemy z tabliczką mnożenia; za to, że nie potrafiłem mnożyć w słupkach moja matka tłukła głową o wykafelkowaną ścianę w łazience. Od początku nauki trzymałem się z boku, a chłopaki z mojej klasy mieli na kim poużywać sobie. Śmiechy, przytyki, uszczypliwości, tak na prawdę nie było tygodnia, żebym nie usłyszał, jaki jestem. Nie reagowałem na to, trzymałem to dla siebie, a wszyscy mieli dobrą zabawę moim kosztem.
W liceum miałem lepiej - ludzie traktowali mnie obojętnie, nie było takich złośliwości, chociaż dalej byłem samotnikiem. Żadnych imprez, żadnych "osiemnastek", dalej z boku. Ze strony rodziców żadnego wsparcia, gdy miałem problemy z nauką, ale gdy coś mi nie wychodziło, dalej były przytyki, wyzwiska, słowa po których traciło się ochotę i chęć do życia. Z resztą, od liceum ojciec z matką zbytnio nie przejmowali się mną, moimi problemami. Jedynie po wywiadówkach okazywali mi w dosyć nietypowy sposób zainteresowanie, krzycząc i wyzywając mnie, dlaczego tak słabo się uczę, dlaczego mam takie kiepskie oceny, przecież "cały czas k***a uczysz się, a oceny masz takie kiepskie. Co ty k***a wyprawiasz?".
Zdana matura, przyjęcie na studia na prawnicze. I tu szok, pierwszy raz w życiu poczułem się jak to być równym z innymi. Nie tylko zostałem zaakceptowany, ale pierwszy raz w życiu miałem autentycznych kolegów. Było na na roku około 100 osób, zostałem starostą roku, z każdym miałem dobry kontakt, nagle poczułem się ważny - zapraszano mnie na imprezy, kumple chcieli ze mną balangować, dziewczyny chciały się ze mną bawić. Życie stało się jakieś ciekawsze, jaśniejsze. W domu zbuntowałem się, zacząłem trochę korzystać z życia, imprezowałem, jeździłem na konferencje, zacząłem rozwijać swoje pasje, coraz rzadziej bywałem w domu. Mój ojciec tego nie chciał zaakceptować, często kłóciliśmy się, a im bardziej on razem z matką awanturowali się ze mną, tym bardziej stawałem przy swoim.
Studia ukończone z oceną plus dobry na dyplomie. W miesiąc po ukończeniu studiów umarł mój ojciec. Cały ciężar organizacji pogrzebu wziąłem na siebie. We wrześniu dostałem pracę. Moja pierwsza pensja była wyższa niż pensja siostry, która miała wówczas trzy lata doświadczenia zawodowego. Z całego mojego rodzeństwa zarabiałem najwięcej. Myślałem, że może coś się w moim życiu zmieni na lepsze, że usamodzielnię się, że w reszcie coś w swoim życiu odmienię.
W liceum byłem sam, nie miałem dziewczyny. Właśnie wtedy pierwszy raz czułem, że nie chcę być sam, że brakuje osoby, z którą będę mógł porozmawiać, wspólnie spędzać czas. Niestety, nic z tego nie wyszło - na studniówce byłem sam. Myślałem, że poznam kogoś na studiach, że będę mieć dwadzieścia kilka lat, że to się zmieni. Na studiach nic się nie zmieniło. Były dziewczyny, które podobały się mi, ale nie byłem na tyle śmiały, żeby podejść i spróbować jakoś poznać je. Zawsze miałem poczucie tego, że jestem brzydki, gorszy, że są inni, lepsi ode mnie, a ja nie mam szans. Kłamałem, kiedy koledzy pytali mnie, czy kochałem się już z dziewczyną, czy mam kogoś. Kiedyś jednak wygadałem się kolegom z roku, że jestem sam i nie byłem jeszcze z dziewczyną. Byłem w ciężkim szoku, bo nie wyśmiali mnie. Innym razem, byłem w kiepskim stanie z tego powodu, ale koledzy postawili mnie na nogi.
Pierwszy raz całowałem się, kiedy miałem kończone 22 lata. Pod koniec studiów poznałem przez internet dziewczynę, miałem wtedy 23 lata - pierwszy raz miałem dziewczynę. Pamiętam, że miałem uczucie, że złapałem Pana Boga za nogi. Czułem się na prawdę, jak prawdziwy facet. Po trzech miesiącach panna powiedziała mi, że było miło, fajnie, dobrze bawiła się, ale nie chce być dalej ze mną. Rozstaliśmy się na miesiąc przed obroną.... O mało co nie zawaliłem obrony swojej pracy magisterskiej.
Po pewnym czasie poznałem przez internet inną dziewczyną, która miała dziecko. Spotykaliśmy się co pewien czas na kawę, herbatę, czasami na drinka. Z każdym spotkaniem ona podobała się mi coraz bardziej, ale nie potrafiłem jej powiedzieć tego. Przez pewien czas nie spotykaliśmy się nawet, bo ona spotykała się wtedy z innym chłopakiem. Któregoś dnia coś we mnie pękło, zebrałem się w sobie i pocałowałem ją. Myślałem, że serce wyskoczy mi z piersi.... Zostaliśmy parą. To był związek na odległość, ponieważ dzieliło nas 90 kilometrów. W każdy piątek po pracy wsiadałem w autobus i jechałem do niej. Im bliżej byłem miejscowości, w której mieszkała, tym bardziej cieszyłem się. W czasie każdego rozstania czułem, jak coś ściska mi gardło, nie potrafiłem powiedzieć słowa. Autentycznie zakochałem się w niej. Chociaż nie byłem prawiczkiem, to pierwszy raz w życiu czułem satysfakcję i przyjemność, kiedy kochaliśmy się. Kiedy przytulała się do mnie, pierwszy raz w życiu czułem się jak mężczyzna. Byliśmy razem na dwóch weselach, nigdy nie bawiłem się tak dobrze, jak wtedy.
Kiedy dostałem drugą pracę, zaproponowałem jej, żebyśmy razem zamieszkali w moim mieście. Ona dosyć szybko dostała pracę, ja załatwiłem przedszkole dla dziecka i mieszkanie dla nas. Jej syn zaakceptował mnie, po pewnym czasie zaczął do mnie mówić "tato". W miesiąc po ukończeniu 25 lat, wyprowadziłem się z domu. Moja matka nie potrafiła pogodzić się z tym, że związałem się z dziewczyną, która ma dziecko. Po kilku miesiącach wspólnego mieszkania, poprosiłem ją o rękę. Zgodziła się. Moja rodzina była w szoku, nikt tego nie spodziewał się. Myślałem, że w końcu znalazłem swoje szczęście, że długo byłem sam po to, żeby znaleźć kogoś wyjątkowego. Wszyscy moi znajomi gratulowali mi, mówili że jestem odpowiedzialny itp. Ja faktycznie czułem się szczęśliwy - byłem z kimś, kto mnie kocha, wreszcie poczułem się wyjątkowo. Dla jej dziecka byłem ojcem, obiecałem sobie jedno, że nigdy nie będę dla niego taki, jakim był mój ojciec. Czasami kłóciliśmy się, ale wszystko układało się normalnie do czasu..... Na dwa miesiące przed ślubem moja narzeczona powiedziała, że nie chce tego ślubu. To był dla mnie szok. Kiedy zapytałem się dlaczego, dowiedziałem się, że dla niej zawsze jej brat będzie ważniejszy niż ja, że nie chce, żeby jej życie wyglądało tak, jak moje dotychczasowe życie itp. Nigdy w stosunku do niej i jej dziecka nie pozwoliłem sobie na jakiekolwiek zachowanie, które miało miejsce w mojej młodości. Traktowałem ją tak, jak zasługuje na to każda dziewczyna, jej syna traktowałem jak własnego, razem utrzymywaliśmy dom, poświęcałem jej tyle czasu, ile tylko mogłem, nie nalegałem nawet na seks, jeśli nie chciała się ze mną kochać. Nie przychodziłem do domu pijany, kiedy chciała iść na imprezę z koleżankami nigdy nie oponowałem. Po rozstaniu wróciłem do matki. Usłyszałem tyle wyzwisk, na porządku dziennym był "debil", "idiota", "imbecyl"..... To był czas kiedy, bardzo dużo piłem, zaniedbywałem swoje obowiązki w pracy. Zawsze była okazja, żeby wypić, koledzy zawsze byli na zawołanie. Nie jestem z tego dumny, ale też było dużo seksu z prostytutkami. Moje życie było proste - jedna praca, druga praca, w weekend picie i prostytutki. Zaniedbałem doktorat, w domu bywałem gościem. Któregoś dnia przyszło otrzeźwienie, bo którejś z kolei libacji nagle uprzytomniłem sobie, że w ten sposób zniszczę siebie, że to jest najprostsza droga do autodestrukcji. Miałem wtedy autentyczny problem z alkoholem.