jovian
26.12.14, 01:49
Co jest, ku..a, ze mną nie tak? - oto jest pytanie.
Poużalam się teraz, choć pewnie i tak z tego nic nie będzie. Dlaczego? Bo to jest żałosne i generalnie cienkie jak sik komara.
O co chodzi? Chodzi o związki, mimo tego że niby, jak sobie tłumacze, nie są mi potrzebne to jednak czasem bolą jak cholera.
Otóż jest tak że każdy, ale to każdy związek, no dobra, próba jego ustanowienia kończyła się fiaskiem. Ogólnie schemat był taki sam: koleżeństwo, zrozumienie i w ogóle fajnie jest, choć bez jakiś ekscesów, motyli i takich tam głupot. Każdy ma swoje życie i jakoś tam się wszystko kręci. I nagle coś się psuje w życiu tej drugiej strony mniej lub bardziej, zaczynam być istotny, zainteresowanie, rozmowy, spotkania, zaczyna to wyglądać coraz lepiej, coś się budzi jakaś nadzieja na coś innego, lepszego bardziej 'ekscytującego'. Sytuacja się rozwija w fajnym kierunku, w końcu znamy się lat miliard, rozumiemy się w pół słowa i takie tam pierdy.
No i oczywiście happy endu nie ma - to nie jest Hollywood. Bo pojawia się jakiś misio i 'to skomplikowane', elektrony spadają na poprzednie poziomy energetyczne i podwyższona aktywność się kończy, a ja zostaję napompowany energią, nadzieją, ch.. wie czym jeszcze, z czym kompletnie wie wiem co zrobić.
Żeby jeszcze jasno i wprost powiedziane zostało że 'fajnie było, dzięki za wszystko, ale teraz goń się' to jakoś bym pewnie przeżył. Poszedłbym się upić raz czy dwa i w końcu przyjął do wiadomości. Ale nie, kontakt jest podtrzymywany dokładnie na tyle na ile trzeba, jakby się nic nie stało. A mi się wszystko w środku skręca.
Kiedyś przypadkiem jedna z potencjalnych 'miłości' wypaliła publicznie coś w tym stylu: 'było mi bardzo źle, nie wiedziałam co robić, więc wykorzystałam jednego z przyjaciół i jakoś się potem ułożyło' Przyjacielem byłem ja, a kwestia padła podczas kadencji nowego obiektu zainteresowania.
Dochodzą mnie słuchy że podobno jestem 'miły', tak zostałem już parę razy nazwany, na początku jak to usłyszałem to byłem zadowolony, bo wydawało mi się że to jest pozytywne - bycie miłym. Ale zaczynam się zastanawiać. Bo coś mi się wydaje, że jednak to nie jest tak do końca komplement.
A skąd tytuł? Bo jedna z pań, nie zaangażowanych więc jakby z zewnątrz, pod wpływem znacznej ilości środków rozluźniających w płynie tak właśnie mnie określiła. Że jestem doskonałym rezerwowym, na wypadek gdyby nie udało się znaleźć tego najlepsiejszego księcia na białym koniu.
Tyle że rola rezerwowego, który grzeje ławę i wchodzi do gry jeśli aktualna gwiazda jest niedostępna, niespecjalnie mi odpowiada.
I stąd pytanie w pierwszym akapicie: Co jest, ku..a, ze mną nie tak?