nowy.folder
01.10.08, 18:12
Mówi się, że 1/3 czasu trwania związku jest radzeniem sobie ze stratą ukochanej osoby. U mnie właśnie 1/3 minęła. I dalej czuję ból. Mimo tysiąca argumentów na "nie", mimo tysiąca minusów, które przykrywają kilka plusów, moje ciało mnie nie słucha. Najgorsze jest to, że nie mam na to żadnego wpływu! Niszczy mnie to od środka. A to moje życie! I najważniejsze: jestem facetem, a nie miałem bliższego fizycznego kontaktu z tą kobietą, bo nie chciała. Tłumaczyła się odpowiedzialnością itd. ale teraz wiem że to było moja wina, bo nie potrafiłem wzbudzić w niej odpowiednich emocji. Zero seksu, a mimo to tak często, teraz, o niej myślę i mam fantazje właśnie z nią. Czy to jest normalne? Jak mogłem się, bez fizyczności, tak zakochać?