skowroneczkaa
30.10.08, 08:50
Zacznę od rysu historycznego

Sześcioletni związek z chłopakiem, wielka miłość, zaręczyny, ślub
cywilny. Po pół roku małżonek zaczyna romans z koleżanką z pracy.
Próbuję ratować nasz związek, po kilku miesiącach kapituluję,
odchodzę. W tamtym momencie jestem kłębkiem nerwów z zaniżoną
samooceną.
Dochodzenie do siebie trwa dziesięć miesięcy.
I teraz sedno sprawy. Myślę, że jestem gotowa na wyjście z mojej
norki, w której się okopałam, żeby wyleczyć rany. Ale jak poznać
kogoś, nie mając „nastu” lat? Nie chodząc już do szkoły ani na
prywatki?
Od poniedziałku do piątku pracuję w niewielkiej miejscowości,
weekendy spędzam we Wrocławiu, czyli w domu. Ale przecież nie stanę
na rynku z tabliczką: poznam interesującego mężczyznę. Nie pójdę do
knajpy „na podryw”, bo sama myśl o takim wieczorze mnie poraża.
Portale internetowe w stylu „pani pozna pana” mnie rozczarowały.
Wśród znajomych praktycznie wszyscy są już sparowani, a zresztą moi
przyjaciele stanowią środowisko dosyć hermetyczne, więc nawet kiedy
wychodzimy wśród ludzi, to i tak bawimy się głównie w swoim gronie.
Powiedzcie więc proszę: jak to się robi? Bo przy moim trybie życia i
specyfice pracy jest szansa, że umrę sama w mieszaniu i zjedzą mnie
owczarki alzackie

Czuję, że powinnam wziąć sprawy w swoje ręce,
ale nie bardzo wiem jak się do tego zabrać. W dodatku do tej pory to
ja byłam „zdobywana”, a szczytem przejmowania przez mnie inicjatywy
był subtelny flirt. Chyba jestem trochę staroświecka...
A.