ann.0
22.06.09, 15:27
Dla niektórych singli życie w pojedynkę to bezpieczne schronienie po wielu
rozczarowaniach, zranieniach i odrzuceniach. – Czasem już zaczynam myśleć, że
samotność jest moim powołaniem, że po prostu tak ma być, że mam być sama, i
moja praca nad sobą powinna iść w tym kierunku, aby to zaakceptować, polubić i
nie odczuwać tego bólu samotności, głodu miłości, który wciąż się odzywa we
mnie – mówi 34-letnia Beata.
Czy jeszcze mam czas?
„Singlujący” dwudziesto- i trzydziestolatkowie nie zastanawiają się nad
skutkami wyboru takiego stylu życia. Jednak w miarę upływu lat zaczynają sobie
zdawać sprawę z tego, jaką cenę zapłacą za wyobcowanie i skupienie się
wyłącznie na sobie. Kiedy przez długi czas nie wchodzi się w bliskie relacje z
ludźmi, z czasem traci się umiejętność nawiązywania kontaktów na głębszym
poziomie. Znajomości stają się coraz bardziej powierzchowne, ograniczają się
do płytkich rozmów, w których każdy ukrywa prawdę o sobie. Zaczynają się
kryzysy, bo wykruszają się dawni przyjaciele. – Przestałem odwiedzać moich
żonatych i dzieciatych znajomych, bo źle się u nich czułem. Atmosfera ich
domów przypominała mi o tym, czego mi brakuje, a do czego tak trudno było mi
przyznać się, nawet przed samym sobą. Teraz nie udaje mi się nawiązać
znajomości na takim poziomie jak kiedyś. Wszyscy gdzieś pędzą, nie potrafią
słuchać. Drażni mnie powszechna wesołkowatość i to, że nie czuję szczerości
rozmów – narzeka Krzysztof.
Gdy życiowi soliści przekraczają czterdziestkę, urok bycia singlem pryska, a
zaczyna doskwierać samotność. Mirek ma 51 lat. Mieszka sam od trzydziestu lat.
Zna wiele kobiet, ma sporo przyjaciółek, ale z żadną z nich nie związałby się
na stałe. Dziś zastanawia się, czy wieczne „singlowanie” było jego świadomym
wyborem. – Gdy byłem młody, chciałem być z kimś, ale bałem się
odpowiedzialności za drugą osobę, dzieci, rodzinę. Wtedy nie bardzo widziałem
siebie w roli męża. Wmawiałem sobie, że nie chcę, aby ktoś mi coś narzucał.
Oskarżałem moje partnerki, że chcą zawładnąć moim życiem, odtrącałem je,
wzbudzając w nich poczucie winy – przyznaje Mirek. Dopiero teraz zdał sobie
sprawę, że to były wyłącznie jego bariery i lęki. Wynikały z tego, że
postrzegał siebie jako osobę, która niezbyt dobrze radzi sobie w życiu, bał
się porażki, oceny i krytyki. Często myślał, że jeśli do tych obowiązków,
które ma jako singiel, doszłoby jeszcze wiele innych związanych z rodziną, nie
podołałby temu. Obawiał się więc tego, że nie sprawdzi się jako mąż, ojciec,
że nie sprosta wymaganiom partnerki i ona w rezultacie odejdzie. Im więcej
było w nim lęków, tym mniej miejsca na miłość – dla samego siebie i dla
innych. Dziś Mirek odczuwa na własnej skórze konsekwencje życia w samotności i
nie pocieszają go nawet historie nieszczęśliwych żonatych kolegów.
Niezaspokojona potrzeba bliskości, wspólnoty, wsparcia i miłości generuje
rozgoryczenie, żal, smutek i poczucie straty. Single za półmetkiem swojego
życia szukają oparcia w rodzinie. Rodzice, brat z żoną i dziećmi – stają się
im najbliżsi. To z nimi wyjeżdżają na wakacje. Tracą przyjaciół lub sami z
nich rezygnują. Lęk przed wpuszczeniem kogoś do już poukładanego życia jest na
tyle duży, że szansa na wyzwolenie uczucia do kogoś obcego maleje. Po tylu
latach samotnego życia coraz trudniej podjąć taką decyzję i zaryzykować.