yawokim
18.06.04, 01:06
klasztorów
Patrycja Mazuchowska 14-02-2004,
Kilkanaście minut w gorącej wodzie, potem skok do zimnego górskiego
strumienia. Po takim relaksie byłam gotowa na pielgrzymkę do klasztoru w
Kotohira
Od kilku miesięcy mieszkam w Tokio, gdzie z wielkim trudem uczę się
japońskiego. Zagubiona wśród skomplikowanych alfabetów kanji, hiragana i
katakana, zmęczona wielkomiejskim tłumem postanowiłam poszukać tradycyjnej
Japonii. Znajomy polecił mi Sikoku - najmniejszą z czterech głównych wysp
Kraju Wschodzącego Słońca. Słynie z pięknych skalistych wybrzeży, gorących
źródeł, dzikich, niedostępnych gór Iya i ukrytych na ich szczytach
osiemdziesięciu ośmiu buddyjskich klasztorów Sinto.
Wyruszyłam wczesnym rankiem pociągiem-błyskawicą Shinkansen. Mijałam malutkie
wioski wśród wulkanicznych wzgórz i wielkie miasta: Jokohamę, Nagoyę, Kioto,
Osakę, Kobe, Okayamę. W ciągu czterech godzin przejechałam ponad tysiąc
kilometrów. Wczesnym popołudniem pociąg wjechał na most Seto Ohasi łączący
Honsiu z Sikoku. Nie wierzyłam własnym oczom: lazurowe morze, z którego
niczym wielbłądzie garby wyrastały wulkaniczne wyspy, kołyszące się statki i
buzująca woda, czyli naruto (na powierzchni 40 m kw. woda wiruje z prędkością
20 km na godzinę).
Mocha koi duszę i ciało
Pierwszy przystanek - nadmorskie miasto Takamatsu, nazywane Shikoku no mon,
czyli wrota Sikoku. To tutaj, w klasztorze Yashima-ji, wierni rozpoczynają
pielgrzymkę do klasztorów z Sikoku.
Wiedziałam, że muszę zobaczyć park Ritsurin (Ritsurin Koen) z pierwszej
połowy XVII w. u stóp góry Shin. Był drugą rezydencją (po niedostępnym,
wzniesionym na morzu pałacu Ushitora Yagura) władcy Takatoshi Ikoma. Zielone
jeziorka, w których pływają złote i purpurowe ryby, oraz miniaturowe wysepki
tworzą bajeczny krajobraz pamiętający samurajów i gejsze.
Kamienny most Tokiwabashi zawieszony nad szmaragdowym kanałem zaprowadził
mnie do królestwa zielonej herbaty. W niezliczonych herbaciarniach ukrytych
wśród japońskich sosen obserwowałam ceremonię parzenia herbaty Mocha. Przed
zaparzeniem wygląda jak sproszkowana zielona farba. W glinianym naczyniu
shino rozpuszcza się ją w ciepłej wodzie, mieszając specjalnym bambusowym
pędzelkiem, aż do uzyskania zielonej piany. Po kilku minutach uwalnia się
niezwykły aromat i smak, który koi duszę i ciało.
Noc w minshuku
Potem udałam się w głąb wyspy, w kierunku gór Iya. Jadąc pociągiem z
Takamatsu do Awa Ikeda wąską, pnącą się nad przepaściami drogą, widziałam
dżunglę porastającą wulkaniczne wzgórza. Tysiącletnie drzewa, gęste paprocie,
skaliste podłoże porośnięte mchem. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie
o miliony lat i za chwilę nad moją głową przeleci pterodaktyl. Wiele osób,
przyjeżdżając do Japonii, odwiedza ogrody Kioto, myśląc, że te misterne
mozaiki kamieni, krzewów, sztucznych jezior to japońskie środowisko
naturalne. Ale prawdziwa, nietknięta ludzką ręką przyroda jest o wiele
piękniejsza, także tajemnicza i dzika.
Wysiadłam na stacji w Awa Ikeda, niewielkiej miejscowości w sercu gór Iya.
Najpierw nocleg. W kasie biletowej dostałam adres minshuku, tradycyjnego
hotelu. Prawie godzinę błądziłam, nie mogąc trafić pod wskazany adres.
Przechodnie bardzo się starali mi pomóc, tłumacząc zawile, w którym kierunku
powinnam pójść. Kiedy wreszcie udało mi się trafić, byłam zaskoczona, gdyż
minshuku wyglądał jak setki innych domów w okolicy. Przekroczywszy próg,
zdjęłam buty - tak nakazują japońskie obyczaje. Na parterze mieściła się
recepcja i restauracja, w piwnicy sauna i łaźnia, na piętrach pokoje
gościnne. Zdziwiło mnie, że nie dostałam klucza ani numeru pokoju. Pokojówka
zaprowadziła mnie drewnianymi schodami na trzecie piętro, odsunęła pięknie
zdobione drzwi i pokazała pomieszczenie bez mebli. Klęcząc na macie,
zastanawiałam się, gdzie będę spała? O wyznaczonej porze znów zjawiła się
pokojówka i przygotowała mi posłanie na podłodze: cienki materac, wełniany
koc i twardą poduszkę wypełnioną ziarnami soi. Wyspałam się wyśmienicie.
O świcie dostałam na wielkiej tacy tradycyjne śniadanie: ryż, zupę z soi
(miso), surową rybę (sashimi), gotowane na parze warzywa i zieloną herbatę.
Takie śniadanie, jak mawiają Japończycy, zapewnia zdrowie i długowieczność.
W siarce po szyję
Z Awa Ikeda wyruszyłam autobusem do Koboke. Tam przesiadłam się do łodzi i
popłynęłam do Kazura Bashi, w górę rzeki Iya, wzdłuż skalistego kanionu.
Ostre skaliste brzegi pną się wysoko w górę. Gdzieniegdzie ze szczytów
spadają białe kaskady wodospadów. Największy i najpiękniejszy z nich - Taki
no shiraito - z wielką siłą uderza o taflę rzeki. Po drodze mijałam
malowniczą wioskę Oboke. Drewniane i gliniane domy z dachami pokrytymi
strzechą przypominały scenerie z filmów o samurajach. Wioska Kazura Bashi
słynie ze starego mostu wykonanego z pnączy winorośli, zawieszonego nad
skalną przepaścią. Jest on pamiątką po słynnej bitwie między klanami Heike i
Genji w drugiej połowie XII w.
We wschodniej części Kazura Bashi znajduje się kompleks gorących źródeł -
onsen Hikyu no yu Onsen. Aby skorzystać z ulubionej japońskiej formy relaksu,
musiałam najpierw wspiąć się wysoko po skalistych zboczach na górę Hikyu. W
ogrodzie na szczycie znalazłam skalne kąpieliska: osobne dla kobiet, dla
mężczyzn i dla zakochanych par. Leżąc w aromatycznej, gorącej wodzie,
podziwiałam zachód słońca nad ośnieżonymi szczytami gór i podnoszące się mgły
w dolinach.
Niedaleko Kazura Bashi znajduje się słynny Iya Onsen. Tym razem, żeby
skorzystać z kąpieli, zjechałam kolejką linową w dół potężnego kanionu rzeki
Iya. Wśród wapiennych skał i szmaragdowych potoków z głębi ziemi strzelają
fontanny gorącej, ostro pachnącej siarką wody, która spływa do wielkich
drewnianych wanien. Zanurzyłam się po szyję w wodzie. Oddychałam z trudem,
gdyż wydobywające się z niej gazy drażniły gardło i nos. Kilkanaście minut w
gorącej wodzie, a potem skok do zimnego górskiego strumienia. Po takim
relaksie byłam gotowa na pielgrzymkę do klasztoru w Kotohira.
Świątynia pod strzechą
Klasztor potocznie zwany Kompira-san stoi na szczycie góry Zozusan.
Wzniesiono go ku czci bóstw rządzących morzem - Kotohira-gu O-tera.
Do głównej świątyni Okunoyashiro prowadzi 1368 kamiennych schodów. Długą i
bardzo wyczerpującą wspinaczkę urozmaicają piękne krajobrazy. Po drodze
zwiedziłam Kanamaruza - jeden z najstarszych teatrów kabuki w Japonii,
Asahinoyshiro, czyli Świątynie Wschodzącego Słońca, oraz Emado - drewniany
hol udekorowany tradycyjnymi japońskimi malowidłami. Na szczycie Zozusan
zachwyciła mnie wielka drewniana świątynia z dachem pokrytym strzechą. W
środku wśród dźwięków bębnów i zapachu kadzideł modlili się buddyjscy mnisi.
Z Kotohira nocnym pociągiem wróciłam do Tokio. Z ciężkim sercem żegnałam
Sikoku, gdzie odnalazłam ukrytą przed cywilizacją tradycyjną Japonię.