borejkowna
12.03.06, 16:25
Siedzę w domu i placzę już od godziny. Mam psa od siedmiu lat (owczarka
niemieckiego), chorowitego, ktoremu poswiecalam masę czasu i dawalam wiele
wiele milosci. Przez całe jego życie uczyliśmy go, że człowiek jest dobry i
przyjazny, wierząc, że gdy ktoś nas zaatakuje - pies instynktownie obroni.
Nie oddaliśmy go na szkolenie, czytajac w roznych źródlach, ze pies - nawet
nieszkolony w chwili zagrożenia - broni zawsze. Otóz myliliśmy się. Właśnie
zostalam zaatakowana. Na spacerze z psem. Podbiegla do mnie kobieta, ze trzy
razy wyzsza i tęższa, nie wiem, moze myslala, że jestem dzieckiem, może była
pijana. Zwyzywała mnie od najgorszych, od k..., itp. O co poszlo?? pies
zalatwial się, na "trawniku" i to jej się nie spodobalo. Tłumaczenie, że
zawsze zasypuję psie odchody śniegiem (a jest go w moich stronach po kolana)
nie odnosily skutku. Zaczęła mnie szarpać, krzyczała na całe osiedle. Nawet
nie stawialam oporu, tylko chcialam odciągnąć psa i ustąpić. Mierze 162 cm
wzrostu i waze ok 50kg, wiec mogla ze mna zrobic, co chciala, a byla
wyjątkowo wulgarna, brutalna i agresywna. Co robił w tym czasie moj pies?
lizał ja... trącał nosem, zaczepiał i zapraszał do zabawy... Gdyby coś mu się
stalo, nie byloby mi bardziej przykro niż jest teraz. Jak sobie to przypomnę -
nie mogę opanować łez. Nie chodzi mi o samą sytuację, o kłótnie z tą
kobietą - idiotów wielu na świecie - ale o świadomość, że gdy spotkalam
napastnika, moj pies mnie nie obronił. Miał mnie za nic. Czy ktoś może mi to
jakoś wyjaśnic? dlaczego tak się stalo??