myszolapka
15.08.06, 21:21
Jakiś czas temu usiadłąm ze znajomymi i z psem (średniej wielkości, nic
wspólnego z rasami agresywnymi, zachwywał się jak zawsze spokojnie, był na
smyczy, bez kagańca) w ogródku pubu. Po pół godzinie przyszła kelnerka i
powiedziała, że "z psami nie wolno, bo straż miejska zabrania". Oczywiście
poszliśmy w diabły, ale tak się teraz zastanawiam, o co jej chodziło? O ile
wiem, nie ma żadnych ogólnych zakazów dotyczących wprowadzania psów do lokali
- tj. sklepy, banki, kawiarnie itp. mogą sobie "nie życzyć" (i wtedy niech
wywieszą np. na drzwiach czy przy wejściu do ogródka widoczną
tabliczkę/nalepkę z taką informacją - będę je omijać z daleka), ale wykręcanie
się strażą miejską mnie wkurza. Przepisy gminy Warszawa-Centrum mówią jedynie,
że "§ 28.1. W miejscach publicznych zwierzęta, które ze swej natury mogą być
agresywne, muszą być prowadzone na smyczy i w kagańcu. Jeśli ze względu na
rodzaj zwierzęcia nie jest to możliwe, musi być ono zabezpieczone w taki
sposób, aby nie zagrażało otoczeniu.", co nie wprowadza rozróżnienia na
ogródki pubów i np. parki. Jakoś nie zauważyłam nagonki straży miejskiej na
spacerujące po chodnikach na smyczach i bez kagańców yorki... Czy wiecie może,
co autorzy tego przepisu rozumieją przez "zwierzęta, które ze swej natury mogą
być agresywne"? Bo jeśli wszystkie psy, to na identycznej zasadzie również
koty, fretki i chomiki. Potencjalnie agresywne jest praktycznie każde zwierzę,
wszystko zależy od interpretacji strażników... Co to za paranoja?