Dodaj do ulubionych

Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca

23.06.21, 09:08
Dawniej częste było nadawanie imion z kalendarza. W myśl tej zasady robimy sobie taki właśnie kalendarz, w którym codziennie odnotowujemy DWA imiona – męskie i żeńskie, które nadalibyśmy, gdyby był przymus nadawania właśnie imion z kalendarza. Nawet jeśli nie będzie danego dnia imienia, które by nas zachwycało, to z konieczności wybieramy jedno pasujące najbardziej, zamiast szukać fajnych w okolicy.

UWAGA: głosy nieregulaminowe (bez wskazania na jedno imię męskie i jedno żeńskie albo ze wskazaniami spoza listy) są kasowane.

pl.wikipedia.org/wiki/23_czerwca
Agrypina, Albin, Anna, Arystokles, Atanazy, Edeltruda, Jan, Józef, Maria, Sydonia, Wanda, Zenon i Zenona.
Obserwuj wątek
    • chayah Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 23.06.21, 10:46
      U-ła! Lista krótka jak obcięty króliczy ogonek, albo jak zwięzła odpowiedź ucznia nieprzygotowanego na lekcję matematyki, a jednak jest w czym wybierać. Rzuć artyście pięć tubek z farbami we wszystkich kolorach tęczy - czerwonymi jak ketchup rozsmarowany na frytce, żółtymi jak cytryna wyciśnięta nie do lemoniady, ale na podłogę, zielonymi jak żaba z trudem uratowana od śmierci pod kołami twojego dopiero co kupionego roweru, białymi jak śnieżka, którą twoje dziecko (zupełnie przypadkowo!) trafiło w płot oddzielający cię od twojej wiecznie zrzędzącej sąsiadki; rozłóż przed nim dwa pędzle i jedno piórko na krzyż, a on będzie wybierał je ze skupieniem, uprzednio analizując kąt padania światła na dopiero co naszkicowaną czarną kreskę, wijącą się jak kobra, dopóki, kiedy tylko zajdzie słońce, na wpół przytomny i zmizerniały (po dziesięciu godzinach żywienia się wyłącznie strawą duchową...) nie padnie jak podcięta lilia na usypany stos, na którym piętrzą się jeszcze niczym nie zamalowane metry kwadratowe świeżego płótna. Tak samo: rzuć mi dzisiejszą listę imion, a choć nieproporcjonalnie krótsza od poprzedniczek, będę godzinami analizować każdą pozycję, niczym przyćpany badacz rozgrzebujący się dwie godziny w analizie, którą przeciętny geniusz (nie taki, co to sobie dopisał do wyniku testu IQ wyprostowaną jak żołnierz na warcie jedynkę z przodu i milion-pierdylion okrągłych jak baranie jajo zer ciągnących się ogonkiem z tyłu) albo unowocześniony robot potrafiłby zrobić zaledwie w takim czasie, ile zajmuje mrugnięcie lewym okiem lub odklejenie listka zieleniny, który przykleił ci się do górnej dwójki podczas jedzenia zupy. Mam w czym wybierać, nie ma co. To nie jest takie proste, nie tak proste jak (choćby) wydłubanie kozy z zasmarkanego nosa. Wybrać imię, przebadawszy wpierw szeroki jak morze wachlarz jego zalet i jeszcze szerszy wachlarz jego wad - to szlachetna sztuka. To nie jest wybieranie ziemniaków na piure, gdzie odrzucasz tylko parchate i poobijane. To wyższy poziom. Ale w tym wszystkim tkwi jeden malutki, skromniutki sęczek, tak sęczkowaty, jak nieśmiertelny sęk z kabaretu "Dudek", tak sękowy, jak sęk, który nagle wyskoczy ci na samym środku świeżo heblowanej sosnowej deski, niczym pryszcz na twarzy dojrzewającej trzynastolatki; pryszcz, który, kiedy odwrócić wzrok, zbierze się do kupy i swobodnie tryśnie sobie ropą, z gracją naśladując niezapomniany przez wielu wybuch Wezuwiusza. Pardon - to nie jest malutki, skromniutki sęczek, to jest ogromne, paskudne sęczysko. Dudek w tym... pardon, sęk w tym, że na siedem dzisiejszych imion żeńskich aż cztery trafiają w mój gust. Cztery na siedem, czyli zgrabniutka połóweczka, ponad pięćdziesiąt procent, dostateczny i uwaga od wychowawczyni "uważniej wybieraj odpowiedzi". Dzisiejsze imiona trzeba wybierać uważnie, przejść wokół nich z lupą przy oku, jak tania XXI-wieczna podróbka Sherlocka Holmesa albo dziecko, któremu pani od biologii kazała sterczeć pół godziny ze szkłem powiększającym nad czerwoną jak odmrożone ucho biedronką, i to wcale nie nad tą biedronką, do której chodzi się po mleko. Czyli - cóż, "nie chcę, ale muszę", jak powiedział Hamlet - zaczynamy analizę...

      Krok pierwszy - wybierz żeńskie. I tu - co pewnie nikogo nie dziwi, bo to nie jest smok z trzema głowami, żeby kogoś dziwił - zaczynamy od odrzucenia typów nietrafiających w mój gust niespełnionej artystycznej duszy z zadatkiem na stuprocentowego wiadomo-kogo. Z taką gracją, jakbyśmy odrzucali piłkę do siatkówki na lekcji wychowania fizycznego, odrzucamy Edeltrudę, która w moich oczach brzmi jak istota mało zgrabna, wyciosana z wielkiego, ciężkiego, drewnianego albo kamiennego kloca o wymiarach 1 km x 1 km x 3 km, ważącego więcej niż płetwal błękitny w zbroi średniowiecznego rycerza, i to grubo pokrytej rdzą. To brzmienie, które dźwięczy w moich uszach tak samo, jak dźwięczałaby piąta symfonia Beethovena grana przez pseudo-ulicznego pseudo-grajka; przez kogoś, kto nigdy nie trzymał w dłoni instrumentu i teraz rzępoli, licząc na to, że wreszcie jakiś przechodzień, któremu słoń (i to kulawy chyba!) nadepnął na oboje uszu, zlituje się i rzuci mu złotówkę albo przynajmniej pustą puszkę po coca-coli. Edeltruda, twarda jak beton, przyciężkawa jak piramida głazów. Ta "-truda", żywcem wyjęta z Gertrudy, i to "Edel-", które, nie wiedzieć po-czemu, brzmieniowo strasznie kojarzy mi się z Edelmanem. I choć niby te wszystkie "Edel-" i "Adel-" mają znaczyć coś szlachetnego, to mi ta Edeltruda nijak o szlachetność nie zakrawa. I od razu ten obraz w mojej nieco artystycznej wyobraźni. Mamy babę wielką i kwadratową jak cegła, lekko klocowatą jak stworzenie zbudowane z kamiennych bloczków, a poruszającą się z taką gracją, jakby była wielkim, ciężkim, powoli sunącym kilkusettonowym, opancerzonym czołgiem albo całą dywizją pancerną, z okresu ósmej wojny światowej, kierowaną oczywiście przez żołnierza, który instrukcję obsługi czołgu pomylił z instrukcją obsługi hulajnogi. Jak taki czołg toczy się na tych swoich gąsienicach, tak owa nieszczęsna Edeltruda w mojej wyobraźni stawia takie kroki, że ziemia trzęsie się pod jej płaskimi jak naleśnik łapskami - a co tylko krok postawi, to skorupa ziemska rozpada się na kilka kawałków, zupełnie jakby usiadło się pupą na puzzlach. Twarz czerwona jak papryka, poobijana jak gruszka, która pół roku leżała pod drzewem, cera tłusta jak przerośnięty tłuszczem wieprzowy boczek, oczka maleńkie jak koraliki i rozbiegane, ukryte pomiędzy fałdkami tłuszczyku, nochal jak kartofel, wargi grube jak paluch baśniowego olbrzyma, zęby żółte jak kukurydza z puszki, pod nosem szczecina przypominająca świeżo zastrzelonego dzika, palce jak drobiowe serdelki, a łapy takie, że gdyby tylko ścisnąć w nich buraczek, to by wystarczyło barszczu dla każdego człowieka na świecie - i to nie tylko na tegoroczne święta, ale i nawet mniej więcej do końca XXXIX wieku. Mon Dieu, co za widok!... Stworzyć coś takiego - przecież to czysta profanacja piękna... Powiedzcie tylko utalentowanemu malarzowi, żeby namalował ów obraz rzeczonej Edeltrudy, to nawet palcem nie kiwnie, tylko na odczepnego rzuci, że mu płótna zabraknie. Czyli nie Edeltruda. Sydonię prowadzimy za rączkę do rubryczki "niepotrzebne skreślić". Jest w niej coś, co mi nijak nie podchodzi. Chyba jakieś bardzo osobiste skojarzenie, mało ciekawe, tak ciekawe jak najnudniejsza lektura świata i wszechświata. Out. Zenonie i parówkowym skrytożercom też mówimy "nie". Odmęska, i żadnej harmonii w jej brzmieniu nie wyczuwam. I tu zonk, bo wybór staje się coraz trudniejszy, jak przekleństwo sprawdzianu z fizyki. Szlak mię trafi. Na miły Bób gotowany, surowy, łuskany i nie, muszę wybierać pomiędzy Agrypiną, Anną, Marią i Wandą. Sok w tym, że każde z tych czterech imion mnie zadowoli. Mon Dieu!... Zacznijmy od Agrypiny. Primo: dumne i szlachetne skojarzenie ze starożytnym Rzymem. Szanowana przez otoczenie matrona w białej todze, obwieszona złotem jak bożonarodzeniowa choinka. Skojarzenie moich marzeń. Trochę historii się przyda. Rzadka jak diabli, więc prawdopodobieństwo, że będzie czterdziestą Agrypinką w piaskownicy, a w żłobku zginie w tłumie swoich malutkich imienniczek, jest jak zero do nieskończoności. Weźmy pod lupę Annę. Z automatu do mojej głowy nasuwają się dwa skojarzenia. Anna Nehrebecka, czyli nieśmiertelna Marynia z "Rodziny Połanieckich" (tak, znowu oglądałam), oczywiście w objęciach swojego Stacha, i Anna Milewska, czyli albo Florentyna z "Lalki", albo pani Chwastowska, również z "Rodziny Połanieckich", nasza już 90-letnia perła ekranu i sceny. A skoro się ceni tę nieszczęsną "Lalkę" i tych nieszczęsnych Połanieckich, to może wypadałoby nawet w najmniejszym stopniu uhonorować rzeczone panie?... Marię też lubię. Niby takie pospolite i przezroczyste jak szyba imię, ale jednak bardzo mi bliskie. Marysieńka Sobieska, Marynia Pławicka, ewentualnie Wojciech Pokora w kobiecym przebraniu. Co za skojarzenia, wszystkie mnie cieszą. I ten plusik, że jak dziewczynka dostanie inne imię, to Marię można zo
          • chayah Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 24.06.21, 20:58
            Może jednak nie, bo wtedy nie będzie trzymało się kupy. Siku zresztą też tongue_out
            Zdradzę tylko, że w dalszej części wpisu pisałam o szlachetnych skojarzeniach nasuwających mi się na samo wspomnienie Agrypiny, analizowałam moją niezdrową słabość do Marii jako imienia męskiego, jednocześnie tworząc gdzieś z tyłu głowy portret idealnego Iks Marii Iksińskiego, i w kilku kwiecistych zdaniach wychwalałam wszystkie zalety i dokonania Jana E., Mistrza mojego największego. Wpis zakończyłam ostatecznie wyborem w postaci Anny oraz Jana. Mogli jakoś inaczej rozdzielić te imiona w kalendarzu, żeby żadna z nas nigdy nie miała problemu z wyborem! tongue_out

            Dzisiaj się wyjątkowo nie rozpisałam, bo strasznie boli mnie ręka sad
    • chayah Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 23.06.21, 11:39
      Muszę oddać głos jeszcze raz, poprzedni wpis został ucięty 😥

      Anna (na cześć Milewskiej) i Jan (na cześć Englerta) 💖

      Bardzo podoba mi się Agrypina, ale mam problem ze zdrobnieniami. Trochę szkoda mi Marii.

      Przy okazji ponawiam prośbę o usunięcie poprzedniego wpisu
    • polik17 Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 23.06.21, 16:29
      Dzisiaj Anna i Jan big_grin Żeńskie lubię i podoba mi się, choć osobiście wolę Hanię od Ani, ale mimo tego nadałabym ją trochę z musu, bo jednak w rzeczywistości nie chciałabym, żeby moja córka nosiła najpopularniejsze imię w Polsce. Męskie w zabawie również z chęcią, bo bardzo mi się podoba, ale w praktyce też raczej niezbyt przez popularność wink
    • adalwinka Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 24.06.21, 15:27
      Wanda Anna i Józef Jan
      W końcu coś, co lubię! 😊 Bez zabawy chętnie nadałabym Józefa. Wandzię też, ale chyba dopiero dwudziestej-trzydziestej córce - sporo imion podoba mi się bardziej. Drugie imiona dziś na cześć dziadków.
    • kocynder Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 27.06.21, 22:21
      Dziś dziewczęce nawet łatwo - Maria-Anna. Właśnie dwa, pisane z "myślnikiem". Może to pretensjonalne, ale w przypadku Marii-Anny mi pasuje. I właśnie w tej kolejności, Anna-Maria już nie. smile A dla chłopca... Biedny Englert...
      Maria-Anna i Jan
      • gaudencja Re: Zabawa kalendarzowa - 23 czerwca 25.07.21, 00:56
        kocynder napisała:

        > Dziś dziewczęce nawet łatwo - Maria-Anna. Właśnie dwa, pisane z "myślnikiem". M
        > oże to pretensjonalne, ale w przypadku Marii-Anny mi pasuje. I właśnie w tej ko
        > lejności, Anna-Maria już nie. smile A dla chłopca... Biedny Englert...
        > Maria-Anna i Jan

        Marii-Anny nie ma do wyboru ;-P

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Wybierz imię dla dziecka

Sprawdź co znaczą nasze imiona, skąd pochodzą, kto sławny je nosił lub nosi.