hasz0
28.10.09, 12:02
______dla emigrantów od #-a______
Zauważmy, że dopiero w obliczu wojennych przeżyć Apollinaire coraz
częściej powołuje się na swoje polskie korzenie, coraz częściej
przyznaje się, nie tylko aluzyjnie, do Kostrowickich, i nie tylko do
koligacji z Królem Rzymu Napoleonem II Księciem
Reichstadtu „Orlątkiem" - w jednej osobie. W liście z tego okresu,
do tej samej M. Pagés pisze bez ogródek: „Nietzsche był Polakiem jak
ja. (...). We współczesnej literaturze jest trzech Polaków, którzy
nie piszą po polsku: Conrad w Anglii (ma talent), Przybyszewski w
Niemczech i ja we Francji". Skoro tak, to dlaczego dopiero w 36.
roku swojego życia po raz pierwszy stwierdził, że jest
Polakiem? „Dlaczego z dwóch swoich ojczyzn jedną na tak długo wygnał
ze swej pamięci?" - powtórzmy za Sternem. Lapidarnie, nie bez
goryczy, odpowiada na to pytanie M. Żurowski, stwierdzając, że
Apollinaire pragnął „jak najgłębiej wrosnąć w społeczeństwo i
kulturę francuską, żeby nie być metekiem".
Może z tych powodów usunął ze „Strefy" (jednego z najbardziej
autobiograficznych i najbardziej znanych tekstów) całkowicie i
bezpowrotnie, pozostawiając go tylko w brudnopisach, fragment: „A ja
w którym krew słowiańska z łacińską się przemieszała/ Patrzę na tych
biednych Polaków którzy śnią o czasach odległych/ O czasach gdy
Polska była jeszcze wielkim królestwem/ Kultywowano tam poezję
kształtowano ludzi/ Polska była młodszą siostrą Francji/ Dzisiaj
Polska jest już tylko nadzieją/ Biedne Polki biedne wiejskie
dziewczęta/ Które stadami wywozi się do Niemiec".
Tuż przed śmiercią Apollinaire pisał: „Nie wolno kłamać swej krwi".
A Polskę, Polaków nazwał „najnieszczęśliwszym na świecie narodem".
Nie sposób w podtekście tego wyznania nie popaść w pompatyczny
ton „pielgrzymstwa", już całkowicie rdzennie polskiego, mając z tyłu
głowy banalność współczesnego komentarza do „polskości" w
dzisiejszej Europie, zabarwionej „żółtym kolorem Houellebecqowej
kaczki". W tym obszarze mieści się, nieobce innym Europejczykom
(choćby niefaszyzującym Niemcom, z Mannami - Henrykiem i Tomaszem -
na czele) zjawisko emigracji.
Nieprzypadkowo M. Kundera w „Zdradzonych testamentach" przywołuje
przykłady tak licznych polskich „aktów odkłamywania swej krwi" -
trawestując Apollinaire'a. Bo w naszych emigracjach jest coś
osobliwie „wybranego", coś, czego do końca nie rozumie nawet
Kundera - sam przecież narażony na bycie metekiem. Najpierw Kundera
rozprawia się z „polskością" autora „Smugi cienia": „Józef Konrad
Korzeniowski (słynny pod nazwiskiem Josepha Conrada) przeżył
siedemnaście lat w Polsce (i na wygnaniu z rodziną w Rosji), resztę
życia, pięćdziesiąt lat, w Anglii (bądź na angielskich statkach).
Jego językiem pisarskim stał się angielski; angielska jest także
tematyka jego powieści. Jednak uczulenie na Rosję (ach, biedny Gide
nie umiejący pojąć tajemniczej awersji Conrada do Dostojewskiego!)
jest śladem jego polskości". W kolejnym, bliższym, dużo bliższym
planie, pojawia się w „rejestrze" Kundery, z zupełnie innymi
resentymentami, autor „Transatlantyku": „Gombrowicz przeżył
trzydzieści pięć lat w Polsce, dwadzieścia trzy lata w Argentynie,
sześć lat we Francji. Pisać mógł jednak tylko po polsku i
bohaterowie jego powieści są Polakami. Gdy przebywał w Berlinie,
otrzymał zaproszenie do Polski. Wahał się, lecz ostatecznie
odmówił". Co ciekawe, sam Kundera swobodnie pisze po francusku
(przynajmniej eseje, częściej o przedstawicielach zachodniej
kultury, niż o Czechach, wyłączając kompozytora Janáčka, którego
darzy „europejską" miłością), ale jego powieści są, tak czy
owak „narodowe", w odróżnieniu od „kosmopolitycznie polskich"
utworów Gombrowicza - to jednak Gombrowicz jest dla Kundery bodaj
największą tajemnicą „polskości". Zanim dojdziemy do próby
zmierzenia się z tą zagadką - ostatni z „zarejestrowanych przez
Kunderę „polskich Europejczyków": „Kazimierz Brandys przeżył w
Polsce sześćdziesiąt pięć lat, w Paryżu osiadł po puczu
Jaruzelskiego w 1981 roku. Pisał wyłącznie po polsku, o polskich
problemach i choć po 1989 roku nie ma politycznych przyczyn do
pozostawania na obczyźnie, nie powrócił na stałe do Polski". To
najbardziej intryguje Kunderę. Zresztą nie tylko Kunderę. Ale to
Kundera obsesyjnie wraca do „niemieckich decyzji"
Gombrowicza: „Często rozmyślam o Gombrowiczu w Berlinie. O jego
odmowie złożenia wizyty w Polsce. Nieufność wobec komunistycznego
reżymu? Nie sądzę: polski komunizm był już w stanie rozkładu, ludzie
ze świata kultury należeli niemal wszyscy do opozycji i pewnie
uczyniliby z wizyty Gombrowicza tryumfalne święto. Prawdziwe
przyczyny odmowy musiały być egzystencjalne. I nie do przekazania,
bo nazbyt intymne. Nie do przekazania, bo zbyt bolesne dla innych.
Są rzeczy, o których można tylko milczeć".
Kundera prezentuje więc swój osobisty punkt widzenia. Powołuje się
na niemieckie pojęcie die Entfremdung. Pojęcie to wyraża proces,
podczas którego to, co było nam bliskie, stopniowo staje się obce; i
odwrotnie wobec kraju emigracji: to, co było obce, staje się powoli
bliskie i drogie.
Czyż więc owo die Entfremdung relatywizować będzie
dzisiejszą „polskość" w Europie, skoro Polska jest w tej Europie ani
mniej, ani bardziej niż Paragwaj w Ameryce Południowej?
Zestawmy na koniec (bez komentarza) takie oto „polskie" fakty w
Europie: S. Kisielewski wraca w samym środku stanu wojennego (pisze
swoją ostatnią powieść „Wszystko inaczej"); wraca C. Miłosz ( pisze,
choćby „Pieska przydrożnego" i „To"); wraca S. Mrożek (i w zasadzie
nie pisze); nie wraca J. Giedroyć (?); W. Szymborska nigdy na dłużej
nie wyjechała; T. Różewicz nie wyjeżdża; Z. Herbert - osobniczo:
niby nie wraca, ale emigruje niejako wewnętrznie „drąc patriotyczne
koty z Miłoszem". Ale wszyscy pamiętamy powrót „na białym koniu" J.
Kosińskiego i jak to się skończyło.
I dlatego „żółta kaczuszka" Houellebecq'a nic nie znaczy, poza tym,
że wyprodukowano ją w Polsce, zamiast - jak wszystko powinno na to
wskazywać - w Chinach. I dlatego warto zapamiętać „polską,
muzykującą bezinteresownie w Wiedniu, rodzinę", warto nie przejmować
się faktem, że najlepiej opracowaną antologię poezji polskiego
baroku złożył Belg, i to bez polskich korzeni; baroku - dodajmy -
którego tę najwłaściwszą, najbardziej cenioną w Europie część,
określano tutaj, w ojczyźnie „ciemnym barokiem". Żebyśmy dla
wielkiego Dostojewskiego nie byli za jakieś „kiedyś" „Polaczkami" -
żebyśmy na chwilę zapomnieli, że autor „Biednych ludzi" był przede
wszystkim Ruskiem.
Ale pytanie o „polskość" w dzisiejszej Europie - tak czy owak -
pozostanie na zawsze otwarte.
Czesław Markiewicz