hasz0
19.11.09, 15:30
w którym chcialem pisać ogólnie dla kogo taka Polska?
więc wydzieliłem z tamtego watku wybiórczo Was chamski atak!
.......ale najpierw poczytajcie sobie u Machnika czy ona się czuje
Polką czy Niemką i JAK MUSIALA WYJEŻDŻAĆ wg sędziego(polskiego?)
Mój mąż pierwszy podał pomysł, by do Niemiec wyjechać. On sam też
był z Mazurów, z tutejszych, z Trawnych. Ja najpierw opuszczać ziemi
nie chciałam. Ale przekonała mnie mama, która przed śmiercią
pojechała do rodziny. Wraca i opowiada, jak tam dobrze. Jak wszystko
mają, dzieci będą miały wspaniale...
A ja już wtedy miałam pięcioro: Roswitę, Manfreda, Dorotę, Karin i
Sylwię. Zaczęliśmy się przygotowywać. Żeby dostać paszport na
wyjazd, zaproszenie to było jeszcze na nic. Zrzec się obywatelstwa -
też mało. Trzeba było jeszcze przynieść zaświadczenie od poczty i od
banku spółdzielczego, że nie mamy długów. Aktualne badania komina
donieść od kominiarza. I inne takie papiery. Całymi tygodniami nic
nie robiliśmy, tylko z urzędu do urzędu... A jeszcze trzeba było
sprzedać i syrenkę, i ciągnik, i meble.
Sąsiedzi patrzyli krzywo, że wyjeżdżacie?
- Raczej zaciekawieni byli, niektórzy trochę zazdrościli. W
październiku siedemdziesiątego siódmego kupiliśmy sobie lepsze
ubrania na drogę, a bagaże wynajętą ciężarówką pojechały na dworzec
w Olsztynie. Przyjęcie pożegnalne zrobiliśmy trzydziestego
pierwszego. Dużo wódki popłynęło, potem dużo łez. Żal było klucze
oddawać.
Tak po prostu - oddaliście?
- Sołtysowi, do ręki. Później wsiedliśmy do taksówki i do Warszawy.
Dalej, pociągiem, nach Friedland. Do tego obozu dla przesiedleńców.
Jeden lager, potem drugi. Mąż poszedł na kurs ślusarski, ja się
przyuczyłam na krawcową.
Zachód się pani spodobał?
- Uuu... ja! Zobaczyłam w parku helikopter z zabawkami. Święty
Mikołaj wylądował na trawniku i rozdawał dzieciom prezenty. Takie
coś mi się spodobało bardzo. Poczułam, że tu dzieci będą naprawdę
miały dobre życie. My też.
Pierwsza wizyta w sklepie...
-...od razu chciałam wyjść. Za pełno wszystkiego było. Za ciasno od
reklamy, od półek, od towarów. Cukier w pięciu rodzajach. Dziesięć
gatunków herbat... Mąż na szczęście znalazł pracę z ogłoszenia w
gazecie. Gdy tylko przyniósł pieniądze i policzyliśmy, ile można za
to kupić, to był szok. W Polsce przecież pralka to był dorobek
życia, a tam co miesiąc stać cię na nową. Dostaliśmy od urzędu
mieszkanie, najpierw dwupokojowe, potem siedmiopokojowe. A jeszcze
później bliźniak w Ratzingen koło Düsseldorfu. Do tego Kindergeld. I
marki na zagospodarowanie - czternaście tysięcy marek.
Jakieś 140-letnie zarobki statystycznego Polaka w tamtym czasie.
- Dobrze się żyło, ale tylko póki oboje żeśmy pracowali. Kiedy mąż
zachorował na cukrzycę, a ja też na rentę poszłam, wtedy się
porobiło dużo, dużo gorzej.
Albo już się przyzwyczailiście do dobrobytu i przestało wam
wystarczać.
- Nein! Ja miała rentę niską, wirklich nie do wyżycia. Dlatego
zapytałam Lastenausgleichamt, jak to będzie po polsku...
Urząd kompensacyjny.
- ...czy nie mogę coś dostać dodatkowych pieniędzy za ten zostawiony
w Polsce majątek. "W którym roku pani wyjechała?" -pytają. Mówię
im. "To może pani całe gospodarstwo odzyskać".
Wszystko tam wiedzieli w tym urzędzie: jak i co robić trzeba.
Odebrałam przez polskie sądy i dom, i czterdzieści siedem hektarów z
jeziorem, lasem... Teraz mój adwokat walczy o odszkodowanie za
resztę ziemi, co państwo wyprzedało bez zgody, kiedy ja była w
Reichu.
Ziemię pani faktycznie odzyskała, ale dom przecież tylko na
papierze. Dwie mieszkające tam rodziny ani myślą się ruszyć. Byliśmy
u nich przed spotkaniem z panią i jedziemy znowu. Chybaby pani nie
chciała słyszeć, co mówią.
- No... ja wiem: najgorsze świństwa. Ale to kwestia czasu tylko.
Albo będzie eksmisja tych ludzi, albo inne rozwiązanie, ale koniec
tego bezprawia nastąpić musi. Jest taka ostatnia koncepcja mego
adwokata, żeby Lasy Państwowe cały grunt razem z domem wykupiły. Ja
sobie wtedy wezmę pieniądze i gdzie indziej kupię ziemię.
Ale też w Polsce?
- No pewnie, że tak. Tylko na Mazurach, bo i gdzie? Tu się urodziłam
i tutaj umrzeć bym chciała. Co roku przyjeżdżam, wynajmuję pokój u
doktora, któremu jeszcze przed siedemdziesiątym siódmym rokiem
wydzierżawiliśmy z mężem kawałek pola i on się na naszym pobudował.
Teraz mnie przygarnia... tak się porobiło. I chodzę sobie po swoim
lesie, nad jeziorkiem siadam. Dobrze się czuję. Cisza, spokój.
Tylko czasem piłę w lesie słychać. Na spacerze zauważyła pani, że
ktoś drzewo wycina, i tak się ta cała wojenka zaczęła.
- Tak było.
I na złość postanowili się nie wyprowadzać. Mimo wyroku sądu.
- Też prawda. Mówią, że się przyzwyczaili, że już tutaj tyle
poinwestowali... No, a ja jakoś nie widzę tych inwestycji... Raczej
zniszczenia. Wójt gminy im dawał dwanaście innych lokalizacji...
Jeden lokal sam urząd wojewódzki z Olsztyna im znalazł. I co?
Wszystkie propozycje odrzucają. Chyba ich to cieszy, że ja nie mogę
do swego domu wejść. Że muszę patrzeć, jak tam wróble dach
dziurawią. Jeszcze ich telewizje podburzają, tylko jakoś dotąd mnie
nikt o nic nie zapytał.
Niemieccy dziennikarze pytają?
- Był ze mną jeden duży program w niemieckiej telewizji.
Opowiedziałam, jakie mam skaranie z lokatorami. Dziennikarz głową
kiwał, pytał, czy ci Polacy mocno mój dom niszczą.
Co pani odpowiedziała?
- Że nawet dokładnie sprawdzić nie mogę, bo mnie do środka nie
puszczają. Psy tam trzymają. "Aha" - tak pokiwał głową redaktor. I
to było wszystko. Potem ludzie na ulicy w Ratzingen mówili, że mnie
bardzo mocno współczują, że rozumieją. A wy mnie chociaż rozumiecie?
Rozumiemy, że chodzi o pieniądze. O półtora miliona odszkodowania za
sprzedaną przez państwo polskie część pani gospodarstwa, ewentualnie
o kilka razy tyle za całość z domem.
- Mówimy o pieniądzach, co mnie się prawnie należą. Ja bym chciała
dzieciom coś trwałego w Polsce zostawić. Żadne się już tu nie
osiedli pewnie na stałe, ale będą sobie chociaż może latem
przyjeżdżały w te lasy piękne takie. W Niemczech takich miejsc już
dawno nie ma.
Źródło: Gazeta Wyborcza
wyborcza.pl/1,87648,6623785,Agnes_Trawny___corka_Mazura.html